psycholog

Jak przestać krzyczeć na dziecko?

Rozmowa z psychologiem dziecięcym Anitą Janeczek-Romanowską

Jak przestać krzyczeć na dziecko?
Przemek Chudkiewicz

Eksperci mówią zgodnie: nie krzyczmy na dzieci. Permanentne narażenie na głośny nerwowy ton i komunikacja w podwyższonych rejestrach robią krzywdę, źle wpływają na rozwój emocjonalny, a nawet… zmieniają sposób, w jaki rozwija się dziecięcy mózg. Poza tym, wychowawczo krzyk tak naprawdę nie działa.

Ewolucyjnie rzecz biorąc, zaczęliśmy krzyczeć po to, by lepiej bronić się przed drapieżnikami. Tak przynajmniej zapewniają amerykańscy naukowcy w Journal of Nonverbal Communication. Gdy krzyczymy, zmienia się nasza mimika, słychać nas bardziej, a dźwięk wypełnia naturalne rezonatory w czaszce. Krzyk jest wokalną siłą, a więc może być także narzędziem agresji. Skoro nasi praprzodkowie nauczyli się krzyczeć dla obrony, czemu my krzyczymy na małe, niewinne dzieci? Czy wybieramy krzyk z bezradności? A może idziemy na łatwiznę? Czy nasze krzyki wynikają z tego, że niesforne zachowania dzieci traktujemy zbyt osobiście? A może chcemy jak najlepiej, ale po prostu nic innego już nam nie pozostaje? Wokół krzyku narosło sporo teorii, z których większość wpędziła rodziców w poczucie winy. Bo niestety – nawet jeśli nie chcemy, to bardzo często zdarza się, że krzyczymy. Zdaniem naszej ekspertki, psycholog Anity Janeczek–Romanowskiej, nie należy się jednak biczować. Warto spojrzeć krytycznie na swój krzyk, ale też na swoje wyobrażenia o idealnym rodzicu, który tylko wzdycha ze smutkiem, nigdy nie podnosząc tonu.

Zna Pani rodziców, którzy nie krzyczą?

Znam takich, którzy to deklarują. Jak jest naprawdę i co dzieje się z nimi w środku – trudno określić. Często, niezależnie od deklaracji, złość mimo wszystko się pojawia. Ktoś nie krzyczy, ale to nie znaczy, że nie ma w nim burzy uczuć. Czasem wyraża je w inny sposób albo kumuluje w postaci poczucia winy. Powiedzmy sobie szczerze – krzyk nie jest rozwiązaniem, dobrze jest go unikać za wszelką cenę, ale nie zmienia to faktu, że jakaś część rodziców i tak krzyczy, i już w momencie, kiedy to się wydarza, mają ogromne wyrzuty sumienia. Wielu z nich nie potrafi jednak zatrzymać tego rozpędzonego pociągu. Złość, bezradność, lęk wychodzą im wówczas uszami i padają słowa, z których większość z nich nie jest dumna. Z drugiej strony są też rodzice, którzy za wszelką cenę chcą uniknąć krzyku, ale nie mają strategii, by coś innego zrobić ze swoją złością i frustracją, mogą więc wpaść w pułapkę. Potrzebę krzyknięcia wprawdzie stłumią, ale nerwy wyjdą z nich, kiedy będą na przykład zapinać maluchowi kurteczkę. Zapną tak, że suwak dziecko poczuje z całej siły.

Czyli krzyczą wszyscy, lecz niektórzy z nas robią to „wewnętrznie”?

Myślę, że niewielu jest rodziców, którym zdarza się nie krzyknąć w ogóle. Oczywiście to ideał, który chcielibyśmy osiągnąć, ale czasami puszczają nam nerwy. Znam rodziny, które wkładają bardzo dużo pracy w to, by tego krzyku było jak najmniej, a w każdym razie, by był jak najmniej raniący.

Mówi Pani, że wrzaski to nasz wentyl, nasze ujście złości. Dlaczego więc mam wrażenie, że to coś złego?

Bo to jest coś złego, jeśli rani i narusza granice innych. Kiedy krzyczymy na drugą osobę, szczególnie na tę młodszą, zwykle pojawiają się w tym oceny, krytyka, niekiedy wręcz poniżenie i pogarda. Taki krzyk jest raniący i to bardzo dobrze, że coraz częściej jasno się mu przeciwstawiamy. Są jednak specjalne formy krzyku, które mogą być człowiekowi pomocne, uwalniające. Niekiedy to wręcz jedyny sposób, by o siebie zadbać. Jest to bardzo delikatny temat i istnieje ryzyko, że jak potraktujemy go powierzchownie, to ktoś przeczyta: „możecie krzyczeć na dzieci”, a to absolutnie nie o to chodzi. Te inne formy, o których mówimy, to raczej strategie na to, jak troszczyć się o swoje granice, ale nie naruszając drugiej osoby.

Są badania, które wykazały, że krzyk w czasie uprawiania sportu w niektórych dyscyplinach zwiększa efektywność nawet o 25%. A w relacjach rodzinnych, z dziećmi? Kiedy krzyk nie jest OK?

W Porozumieniu Bez Przemocy jest rozróżnienie krzyku na dwa rodzaje – zachęcam, by się temu przyjrzeć, przeanalizować i nauczyć się je rozróżniać, by nie wylewać przysłowiowego dziecka z kąpielą. Krzyk, którego na pewno chcielibyśmy unikać, to krzyk na osobę. Wiąże się on zazwyczaj z jakimś atakiem personalnym, mówieniem dziecku jakie jest, obwinianiem go. Taki krzyk jest adresowany bezpośrednio do osoby i nosi znamiona dominacji. I powiedzmy jasno – tego najlepiej unikać, minimalizować, pracować nad innymi formami.

Jest jednak inna forma krzyku, o którym rzadko mówimy jako o dostępnej nam strategii radzenia sobie z emocjami. Jest to „krzyk o sobie samym”. Krzyk DO kogoś. W odróżnieniu od krzyku na kogoś, służy on temu, by wyrazić, jak jest nam trudno, i tym wyrażeniem sprawić sobie ulgę. Są momenty, gdy kumuluje się w nas bardzo dużo napięcia, i jeśli nauczymy się mówić o swoim stanie, wyrażać to, jak się czujemy, ale nie raniąc przy tym dziecka, to może być to jedyny skuteczny środek, po który możemy sięgnąć. Tak jak powiedziałam wcześniej, to jest bardzo delikatny temat i nie chodzi o to, żeby tym, co się u nas dzieje, obarczać dziecko albo zatrzymać się na tej strategii i już nie szukać rozwoju ku temu, żeby krzyczeć jak najmniej.

Żeby to zobrazować, krzyk na dziecko jest np. podczas porannej bieganiny: „ileż mam na ciebie czekać, ty zawsze się tak ociągasz!”, a krzyk o sobie to np. „rany, ale mam presję w sobie!”. Ideą tego drugiego jest wykorzystanie go jako strategii, kiedy czujemy, że jest w nas dużo napięcia, które chcemy uwolnić, ale pamiętamy, że to jest nasze napięcie. Ono nie ma być przelane na dziecko, ale jego wyrzucenie z siebie może nam pomóc wrócić do takiego poziomu równowagi, w którym dostrzeżemy, a nie zranimy dziecko.

Czyli najistotniejsze jest rozpoznać, dlaczego krzyczymy?

Bywa, że rodzice świadomi, znający literaturę o komunikacji bez przemocy, są pokonywani przez rzeczywistość. Codzienność, z którą się zderzamy, pośpiech w związku z wyjściem do pracy, albo dziecko, które zupełnie nie współpracuje – czasami to wystarczy, by nasze pokłady cierpliwości szybko się wyczerpały i nie pomoże tu żadna posiadana wiedza na temat NVC. Intencje nie zawsze idą w parze z tym, jakim emocjom ulegamy. W takich przypadkach powinno się pracować nad rozwojową strategią, myśleć, jak powiedzieć: „jest mi teraz bardzo trudno, potrzebuję chwili oddechu” bez ranienia dziecka, jak uwolnić negatywną energię, żeby sobie z całym trudem poradzić. Krzyk w niektórych przypadkach może być wspierający, ale zawsze podkreślam, że należy tu bardzo uważnie rozróżnić dwa jego rodzaje. Łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro jest mi źle i ciężko, to mogę się wydzierać. Nie wolno nam poprzestawać na akceptowaniu skrajności, dawać sobie zawsze zielonego światła, gdy mamy ochotę krzyknąć. Łagodność wobec siebie nie oznacza porzucenia pracy nad swoimi emocjami.

Dlaczego krzyk rani?

Bo bardzo mocno narusza granice drugiego człowieka. Często padają w krzyku ostre słowa: „Ty jesteś jakiś”, „To przez ciebie”. Wiadro trudu i ciężkiego emocjonalne ładunku jest wylewane na dziecko. Bardzo często krzyk jest wynikiem frustracji i jest spowodowany tym, że żadne inne strategie wychowawcze nie zadziałały, a rodzic ma wyobrażenie, że krzykiem coś zmieni. Z poziomu działania, może wydawać się, że „jak huknę, to dziecko zareaguje”. Tylko czy faktycznie krzyk działa? Według mnie jest tylko pozornie skuteczny. Dzieci, gdy się na nie krzyczy, wpadają w tzw. stan zamrożenia. Przyjmują schemat, że to ich wina, że to one coś nie tak zrobiły.

Krzyk rani, bo bardzo często sięgamy po niego z pozycji siły i dominacji. Każdy z nas wie, jak łatwo jest nakrzyczeć na dziecko, ale zapominamy, że w analogicznej sytuacji w relacji z dorosłym, nie pozwolilibyśmy sobie na taką samą reakcję. Dajemy sobie niewypowiedziane prawo do krzyku na dzieci, tylko dlatego, że jesteśmy starsi. Pozycja dominacji nad dzieckiem na pewno nie służy relacjom.

Jest też aspekt dawania przykładu.

Tak, jeśli często krzyczymy na dzieci, one uznają, że taka forma komunikacji jest akceptowalna. Zwłaszcza te wychowane w permanentnym krzyku, w domu, gdzie to jest dominujący sposób komunikowania się, mogą nabierać przekonania, że tak się rozmawia, że to jest normalne w relacjach. To bardzo niebezpieczne, bo w życiu wielu maluchów brakuje osoby, która powie im, że tak nie wolno, że nakrzyczeć na kogoś nie jest OK. Jeśli krzykowi towarzyszy obwinianie, dziecko może wpaść w przekonanie, że mama i tata tak się zachowali, „bo ja jestem jakiś…” (tu należy wstawić dowolny obwiniający epitet). Takie przekonania potem trudno zmienić. Ryzyko znormalizowania sposobu komunikacji krzykiem jest bardzo ważnym argumentem za tym, by próbować innych metod porozumiewania się.

Czy krzyk stał się „nowym klapsem”?

W społeczeństwie jest coraz większa obawa przed publicznym szarpnięciem dziecka, fizycznym jego naruszeniem, bo wiemy, że jest to po pierwsze niezgodne z prawem, po drugie źle widziane. Nie mam pewności, że krzyki są tak samo negatywnie postrzegane jak klapsy. Być może brakuje głośnego mówienia o tym, że krzyk może nosić znamiona przemocy. Można krzycząc, dziecko poniżyć, straumatyzować, dotknąć, zranić. Więc tak – pewnego rodzaju krzyk bywa nowym klapsem. Warto sobie ustawić ten temat na pewnym kontinuum, ale nie po to, by się pocieszać „ja krzyczę na dzieci malutko”. Trzeba sobie zdawać sprawę z tego, że kiedy się rozpędzimy, to łatwo jest wszelkie granice przekroczyć.

Czy krzyczymy z bezradności, czy raczej dlatego, że idziemy na łatwiznę?

Mnie akurat jest bliskie przekonanie, że rodzice sięgają po strategie, które znają i mają dostępne, wybierając z nich te najlepsze. Czyli nie jest to kwestia pójścia na łatwiznę, choć zapewne zależy od osoby i sytuacji. Problem pojawia się tam, gdzie tych strategii nie znamy. Część rodziców została wychowana w taki sposób, że stosuje tylko jeden model komunikacji w momencie napięcia. Pomijanie dzieci, niedostrzeganie w pełni ich podmiotowości, jest tym, w czym sami niektórzy dorośli wzrastali, więc może brakować im uważności, że zachowują się w sposób naruszający granice i godność dzieci. Na pewno liczy się także wpływ kultury i przekazy niesione pomiędzy rodzicami, w stylu „na nas krzyczano i nic nam nie jest, żyjemy” albo „mnie rodzice trzymali krótko i wyrosłem na ludzi”. To bardzo krzywdzące przekonania, na które odpowiadam, że skoro metody wychowawcze poprzednich pokoleń były takie świetne, to proszę spróbować dostać się do jakiegoś psychoterapeuty, nawet prywatnie – kolejki są wszędzie. Mnóstwo ludzi musi dziś korzystać z pomocy, bo nie radzi sobie z emocjami.

O czym jeszcze mówi nam częste sięganie po krzyk w komunikacji?

Jest grupa osób i grupa sytuacji, u których częste sięganie po krzyk jest informacją, że to one mają problem – niezaspokojone potrzeby, brak zadbania o swoje zasoby, lub brak narzędzi na radzenie sobie z trudnymi emocjami. Wielu rodziców, z którymi spotykam się na konsultacjach, mówi o tym, że krzyczą na dzieci z ogromnym wstydem i poczuciem winy. Bardzo to przeżywają. Mówią, że bardzo chcieliby nie krzyczeć, ale czują się bezradni, pozbawieni wsparcia – np. pomocy niani czy babci, są przytłoczeni napięciami. Teraz wszystkie okołocovidowe historie pogarszają sytuację i tak drenują zasoby rodziców, że niektórzy z nich wyjmują ze swoich „życiowych plecaków” takie narzędzia, po które nigdy nie chcieliby sięgać. Ale robią to, bo doszli do ściany. 

Czyli krzyczymy, nawet gdy nie chcemy?

Najważniejsze jest to, co pojawia się w naszej głowie, gdy jesteśmy już na zimno. Jeśli przychodzi do nas refleksja „nie chcę taki być, chcę nauczyć się funkcjonować inaczej, bo ten mały człowiek, na którego nakrzyczałem, jest dla mnie ważny”, to dobry znak. Jeśli postanowimy pójść na warsztat radzenia sobie z emocjami, kupimy książkę o NVC, podejmiemy terapię, poszukamy sposobu, by popracować nad sobą – również. Jeśli jednak po krzykach pojawi się w nas refleksja, że dobrze się stało, bo dzieciak musi być krótko chowany – wówczas trudno coś tłumaczyć bezradnością. Ale nawet wtedy trzeba spojrzeć na dorosłego, który tak myśli, z jakiegoś rodzaju współczuciem. Bardzo możliwe, że on sam był kiedyś jakimś zranionym dzieckiem.

Co robić, jak już nakrzyczę?

Dzieciom należy się, by były traktowane poważnie. Problemem wielu rodziców jest kalkulowanie w relacji z dzieckiem: co jeśli zachowam się właśnie w ten sposób? Co będzie, jeśli wykonam taki gest? Jeśli naruszyłam granice dziecka (np. krzycząc na nie, czy przestraszyłam je krzykiem „o sobie”, krzycząc z własnych emocji), to bardzo ważne jest, by ten bałagan po sobie posprzątać. W momencie, gdy emocje opadną, warto powiedzieć dziecku, że żałujemy tego, co zrobiliśmy. Że nie jesteśmy z siebie dumni. Traktujmy to nie jako kajanie się, że jestem złym rodzicem, ale jako naprawianie tego, co się w naszej relacji z dzieckiem zepsuło. Biorąc odpowiedzialność za całą sytuację i przepraszając, nie róbmy tego, by dziecko stwierdziło „nic się nie stało”. Stało się przecież. Musimy pokazać, że w relacjach ludzie mogą się złościć, czasami robią trudne rzeczy (dzieci też), ale najważniejsze jest, że mamy siebie na horyzoncie, chcemy to, co zepsute, posklejać. Nazywamy to w psychologii „rozmową naprawczą”. Uczmy się mówić, że to, co się stało, to była nasza złość. Powiedzmy mu: „ciągle się uczę, nie chcę na ciebie krzyczeć”.

Ale wielu rodziców krzyczy na dzieci w sytuacjach napięcia, chcąc je czegoś nauczyć np. „nie bij siostry!” albo „uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę!”. Gdy przepraszamy dziecko po takim krzyknięciu, czy nie podważamy dydaktycznego wydźwięku całej naszej reprymendy?

Jeśli zastanawiamy się, czy warto przeprosić za nasze zwrócenie dziecku uwagi (nawet w słusznej sprawie) krzykiem, wypowiedziane w agresywny sposób, to znaczy, że szacujemy czy też kalkulujemy, czym będzie skutkować dla relacji nasze zachowanie. Kalkulacja nie służy budowaniu zaufania. Ocena tego o co Pani pyta, zależy od szczegółów sytuacji. Jeśli krzyknęliśmy w obronie drugiego dziecka, był to krzyk-ostrzeżenie, rodzicielskie „STOP!” wypowiedziane podniesionym tonem – to jest to OK. Gorzej, jeśli krzyczeliśmy z wściekłością, obwiniając, krytykując i wrzeszcząc, np. „co ty jej robisz, ty łobuzie!”, „patrz co narobiłeś!” itd. To są dwie różne sytuacje, choć z pozoru podobne. Subtelność przesądza o tym, jak należy o nich myśleć.

Jak wobec tego mówić do dzieci w tych granicznych momentach? Uprzejmie prosić, by nie rzucać drogocennym wazonem cioci? Delikatnie zasugerować, by nie wyrywać włosów rodzeństwu? Droczę się, ale mam wrażenie, że najczęściej rodzice krzyczą w sytuacjach, gdy trzeba zachować się zdecydowanie.

Gdy brakuje nam narzędzi na komunikowanie swoich granic – spróbujmy mówienia o sobie. „Ja tego nie chcę”, „nie lubię tego”, „nie zgadzam się na to”. To też jest stanowcze, mimo że niewypowiedziane z krzykiem. Próbujmy zatrzymać się na tym etapie – nie mówiąc dziecku o nim samym, nie idąc w epitety. Gdy po całym zajściu mamy w sobie niewygodę, źle się czujemy z tym, co powiedzieliśmy – warto przekazać dziecku, że żałujemy swojego zachowania, nie kalkulować, że „jakaś nauka się wykasuje” czy jakaś lekcja nie zostanie tu odebrana. Chodzi o to, by pokazać, że są inne rozwiązania, nawet jeśli tym razem wybraliśmy krzyk. Bardzo często krzyczymy na dzieci przecież po to, żeby one same nie krzyczały. Ktoś musi w tym układzie być dorosły, by powiedzieć „w ten sposób nie udaje nam się porozumieć”. Nie chodzi o długie umoralniające rozmowy, tylko o odpowiedzialność i pokazanie różnych dróg. Musimy zresetować w dziecku przekonanie, że krzyk był OK, bo ono coś zrobiło. Jeśli o to nie zadbamy, dziecko uzna, że samo może w ten sposób reagować wobec innych. Nie chodzi oczywiście o przepraszanie co chwila za każdy podniesiony ton czy obarczanie dziecka naszymi trudnymi emocjami. Większość z nas umie zachować zdrowy rozsądek i intuicyjnie czujemy, kiedy wobec dziecka popuściliśmy sobie lejce, robiąc coś nie tak. Naprawiajmy to.

Czy jest sens przepraszać, skoro czujemy, że może nie uda nam się nie powtórzyć błędu drugi raz? „Już nigdy nie podnieść głosu na dzieci” brzmi dla mnie mało realistycznie…

Oczywiście musimy dążyć do tego, by nasza relacja z dzieckiem nie polegała na stałym krzyczeniu i przepraszaniu, znów krzyczeniu i ponownym przepraszaniu. Warto jednak spróbować postawić się w sytuacji, w której to na nas ktoś krzyczy, bo coś zrobiliśmy nie tak. Czy czulibyśmy się lepiej, gdyby nas potem przeproszono? Jeśli obawiamy się powtarzania błędów, zadajmy sobie pytanie: czy jako rodzic jestem w rozwoju? Czy widzę swoje słabości, nie akceptuję tych zachowań i chcę coś z nimi zrobić? Czy chcę być lepszym rodzicem? Jeśli się nastawimy na rozwój, to nawet popełniając te same błędy, damy dziecku poczucie, że jest dla nas ważne. Zobaczy nasz proces zmiany i starania, a miłość będzie czuło w codzienności.

Gdy rozmawiam z innymi rodzicami o krzyku na dzieci, często słyszę o wstydzie i poczuciu winy. Jak Pani myśli, dlaczego?

W świadomym, podążającym za dzieckiem rodzicielstwie bardzo często koncentrujemy się na potrzebach dzieci, troszkę odkładając siebie na bok. U części rodziców to może skutkować tłumieniem emocji. Być może wynika to z utartego przekonania, że dobry, podążający za dzieckiem i słuchający rodzic się nie złości, nie pokazuje wobec dziecka swoich trudnych uczuć.  Z drugiej strony, powstrzymanie nerwów bywa niekiedy nadludzkim wysiłkiem. W jednych pęka to wobec partnera, w innych wobec przedmiotów, lub wobec siebie. Są rodziny, w których jest bardzo wiele empatii wobec dzieci, ale wobec samego siebie czy drugiego dorosłego jest jej bardzo mało.

Co możemy robić, by krzyków w naszym rodzicielstwie było mniej?

Jeśli powtarzamy te same schematy zachowań, należy zadać sobie pytanie, czy zadbaliśmy o swoje granice w relacji z dzieckiem. Może dotąd było nam trudno dzieciom czegoś odmówić, zadbać o siebie? Nie chodzi przecież o to, by godzić się na wszystko, czego dziecko chce. Granice i ich przekraczanie zawsze prowadzą do emocji. Gdy się dużo tego w nas nagromadzi, to albo wybuchamy, albo zła energia idzie w nasze ciało, w różne reakcje. Obserwujmy się, kontrolujmy: czy już nam się zbiera. Jeśli czujemy, że zbliżamy się do krawędzi, reagujmy, zanim będzie za późno, zanim zaczniemy wrzeszczeć. Na przykład gdy czujemy, że siedzenie na placu zabaw może ciągnąć się w nieskończoność, wiemy, że zaraz minie czas i dojdzie presja jakichś obowiązków, czy ocena obecnych obok rodziców… Spróbujmy wyjść, zanim będzie bardzo trudno to zrobić. To wymaga nauczenia się, by mówić o swoich granicach, o tym, że jest nam trudno. Są rodzice, którym to nie przyjdzie z łatwością, nie będą umieli od początku powiedzieć dziecku „wyjdźmy z tego placu zabaw już teraz”. Ale lepiej to zrobić, niż potem we frustracji wyciągać to dziecko od zabawy z krzykiem.

Reasumując: jeśli czujemy, że w nas narasta złość czy nerwowość, miejmy odwagę, by te emocje upuścić w sposób nieraniący. Tak jak ciało daje nam znać, gdy jesteśmy głodni czy śpiący, tak układ nerwowy informuje o sytuacji, gdy zbliża się już nasza granica emocjonalna. Warto być uważnym na różne rzeczy, które odczuwamy, i reagować już przy pierwszych sygnałach. Jeśli nie mamy ochoty na jakąś zabawę z dzieckiem i czujemy, że zmuszanie się do niej może się skończyć później bólem głowy czy frustracją i nerwami, trzeba mieć odwagę powiedzieć dziecku „ja niezbyt to lubię” albo „zróbmy coś innego, co lubimy oboje”. Musimy być oczywiście świadomi, że przyjdzie się nam mierzyć z niezadowoleniem dziecka i emocjami, którymi będziemy musieli się zaopiekować. Ale im bardziej w codzienności troszczymy się o to, by pilnować własnych granic, umieć odmawiać, nie ubierając tego w szczególny powód (po prostu robiąc to dla siebie i swojej równowagi psychicznej), tym lepiej. I nie chodzi o to, by udawać, że mamy ważnego e-maila z pracy, a faktycznie scrollować Facebooka. Mówmy wprost: potrzebuję chwili dla siebie.

Co konkretnie robić, by nie dochodziło do napięć z krzykami?

Rodzice sobie radzą w różny sposób, by nie wybuchnąć. To może być cokolwiek, co działa w sytuacji, gdy wiemy, że doszliśmy do ściany i zrobiliśmy wszystko co można. Można spróbować powiedzieć coś przez zaciśnięte zęby, np. „nie mam już siły i cała się trzęsę…”. Cokolwiek, co nie jest tłumieniem, ale też nie narusza granic drugiej osoby. Oczywiście w teorii wszyscy jesteśmy mocni, ale jak przychodzi życie, to bywa niezwykle trudno. Powtarzam rodzicom, że w sytuacji jakiegoś wyzwania z dzieckiem, najpierw trzeba zareagować wobec siebie, chociaż odrobinkę wydłużyć sobie lont, choćby nawet wymamrotać pod nosem jakieś niecenzuralne słowo, czy zaśpiewać szeptem piosenkę pełną przekleństw, zanim się zrani dziecko. Są rodzice, dla których pomocne będzie pójść napić się szklanki wody i chwilę popatrzeć za okno, czy pobyć w pokoju obok przez chwilę. Inni pracują nad rozluźnieniem ramion… Byle by tylko dać sobie chwilę, zanim wypuścimy z siebie tego rodzicielskiego potwora. Są rodzice, którzy w myślach żartują. Inni biorą do ręki telefon i piszą do innego rodzica na Messengerze „cholera jasna, mam już serdecznie dość wszystkiego, zaraz wyskoczę przez okno”. To wszystko są sposoby na to, by przytrzymać swoje dzikie zwierzęta w klatce, zanim wypuścimy je w kierunku dziecka. Jeśli nie mamy takich strategii lub o nich zapominamy, pracujmy nad tym, by o swoich emocjach umieć powiedzieć. Nie bójmy się mówić, co czujemy, ale bardzo pilnujmy, by nie kierować złości na dziecko, i nie ranić.

Chciałabym spróbować metod, o których Pani mówi, ale wtedy przypominam sobie, jak mój dwulatek rzuca talerzami i jedzeniem, gdy jest zły, jak trudno mi wtedy nie podnieść głosu.

Gdy komunikujemy swoje granice, dzieci być może je usłyszą, ale nie zawsze wezmą pod uwagę. Warto o tym pamiętać. Dzidziusie i dzieci, które jeszcze nie mówią, to szczególna grupa. Dla psychologów ten wiek to bardzo fajny obszar, by obserwować, czym takie zachowania, o jakich Pani mówi, są. Często w wieku poniemowlęcym i przedszkolnym histerie u dzieci są strategią na to, by zredukować napięcie. Do trzecich urodzin komunikowanie naszych granic to jest właściwie wyłącznie zasiewanie ziarenek. Tak małe dziecko kompletnie nie ma zasobów rozwojowych, by po naszej uwadze powiedzieć „OK, rozumiem, teraz już przestanę rzucać”. W przypadku małych dzieci warto pracować na zimno, czyli wtedy, gdy emocje opadną. Poza tym trzeba szukać przyczyny, informacji, o czym była cała sytuacja. Często dzieci regulują się przez ciało: rzucając, kopiąc, głośno płacząc. Mówię wtedy rodzicom: zacznijcie od tego, co by było, gdyby ciało było wyregulowane na co dzień, gdyby tego napięcia poupuszczać.

Czyli należy podkreślać, że na pewne rzeczy nie mamy wpływu?

Wiek, niedojrzałość dziecka mogą powodować, że nie będzie w stanie wziąć pod uwagę naszych komunikatów. Ale może się to zdarzyć i starszym wieku, na przykład z powodu ekstremalnego poziomu emocji. Wtedy trzeba się pogodzić z sytuacją i tyle. Jedną z najtrudniejszych rzeczy w rodzicielstwie jest przyjąć, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Warto mieć w sobie gotowość na to, że być może na danym etapie nic nie poradzimy na histerie naszego dziecka, jego nerwy i rzucanie talerzami, jeśli korzystamy ze strategii uwzględniających dziecko i metody NVC. Może być tak, zwłaszcza jeśli dziecko jest malutkie, że mimo naszych starań i próśb nie przestanie czegoś robić. Bądźmy na to gotowi i zarazem na reakcję otoczenia, na przykład przed imprezą rodzinną. Pracujmy nad rozładowywaniem emocji i zaspokajaniem potrzeb na co dzień, ale nie miejmy złudzeń: to jest cena, jaką płacimy za drogę wychowania w relacji. Mówię takim rodzicom: poczekajcie, aż dziecko skończy 4 lata, wtedy zacznie powoli słyszeć wasze granice i być może powoli je uwzględniać.

Odarcie się ze złudzeń występuje zawsze wtedy, gdy wybieramy drogę relacji. Wielu ludzi żyje wyobrażeniem, że „inne dwulatki tak nie rzucają”, stresują się, że na spotkaniu świątecznym tylko ich dziecko będzie zbuntowane. I znów: to jest koszt wyboru, że traktujemy drugiego człowieka poważnie i z szacunkiem bez względu na jego wiek. A w poważnym traktowaniu konieczne jest uwzględnienie, że druga osoba też ma swoją autonomię, która nie zawsze jest łatwa. Niestety – wybór świadomego rodzicielstwa pociąga za sobą konsekwencje pewnego trudu. Ale warto go podjąć, bo dzięki temu wiemy, że wspieramy rozwój naszego dziecka.

…a nie je tresujemy.

Dokładnie. Dodałabym jeszcze, że im dziecko jest młodsze, tym więcej warto pracować nad jego fizycznym wyregulowaniem się, np. zabrać na spacer, który rozładuje napięcie, czy zaprosić do jakiejś spokojnej zabawy. Rozmawiać możemy próbować, jak emocje opadną.

Mówimy o trudnych sposobach wychowawczych, na których efekty czekać trzeba niekiedy latami. Krzyk ma działanie natychmiastowe zazwyczaj. Ale właśnie – czy jest skuteczny?

Niektórzy mówią „krzyknąłem i od razu posłuchało”. Rzeczywiście u części dzieci krzyk dorosłego wprowadza szybko stan zamrożenia i emocjonalnego paraliżu. Ale to nie to samo, co przyjęcie i zaakceptowanie tego, o czym rodzic mówi. Bardzo często dziecko po prostu się przestrasza krzyku i zmienia swoje zachowanie, w obawie przed zerwaniem relacji, przed tym, że rodzic będzie rozczarowany i je odrzuci. Poczucie zagrożenia niedostępnością opiekuna to bardzo silna motywacja dla dziecka. Dla niektórych rodziców krzyk może więc z pozoru działać. Ale co to w ogóle znaczy, że działa? Jako strategia stosowana nagminnie może sprawić, że kiedyś ten mały człowiek, gdy na niego szef nakrzyczy, weźmie nadgodziny, zaniedba siebie i swoją rodzinę. Albo nie zadba o siebie, gdy nakrzyczy na niego jego partner. Poza tym część dzieci zareaguje tym, że same zaczynają jeszcze bardziej krzyczeć, albo robić coś gorszego. Bywa, że dziecko zanurza się w obronę swojej autonomii, co skutkuje jeszcze większym rozminięciem się w dialogu i współpracy z rodzicem. Krzyk NA dziecko to sytuacja, która wpycha je w mechanizm przetrwania. W przypadku maluchów oznacza instynktowne „zrobię wszystko, by mieć rodzica przy sobie”. Powiedziałabym więc, że krzyk nie działa. Oczywiście jeśli naszym celem jest zrealizowanie celu rodzica – to w jakimś sensie krzyk skutkuje doraźnie. W dłuższej perspektywie jednak nie wspiera rozwoju dziecka. Nam może być teraz łatwiej, ale jemu w przyszłości już raczej nie.

Mam wrażenie, że na negatywne skutki krzyku nie musimy nawet czekać do dorosłości. Podobno już po 11 roku życia dzieci się od nas oddalają, i zakładam, że od krzyczących rodziców odwrócą się prędzej i łatwiej.

Jeśli dziecko stosuje się do naszych zakazów, to czy oznacza to, że zrozumiało i utożsamia się z tym, o czym mu mówiliśmy? Im młodsze dziecko jest, tym bardziej możemy zakładać, że robi to, czego od niego oczekujemy, w strachu przed utratą relacji. Dla dziecka bliskość rodzica jest gwarancją przetrwania i poczucia bezpieczeństwa. Wiedza o tym, jak działa ludzki mózg w stresie, mówi nam, że dzieci nawet w nerwach szukają kontaktu z rodzicem. Dlatego krzyk z poziomu władzy „posprzątaj ten bałagan!” czy odsyłanie do pokoju może wydawać się skuteczne, mimo że nie jest. Dziecko wprawdzie przychodzi i przeprasza, albo mówi w popłochu „już sprzątam”, ale wówczas to nie jest działanie na poziomie refleksji, wewnętrznego zintegrowania się. Raczej jest to emocjonalna reakcja podyktowana potrzebą odzyskania łączności z rodzicem.

Oczywiście są sytuacje, gdy widzimy, że dziecko zaczyna współpracować po tym, jak puściły nam nerwy i pokrzykując, rozkazaliśmy to i owo. Nie kalkulujmy więc za każdym razem, że posłuchało, bo chce na coś zasłużyć. Nie musi tak być, bo dzieci chcą żyć z nami w zgodzie i współpracować. Chodzi o to, by nie funkcjonować w utartej strategii „krzyczę, bo to działa i dziecko wykonuje moje polecenia”. Wtedy nie jest to relacja, tylko wyuczona nauka posłuszeństwa w obawie przed negatywnymi konsekwencjami.

Powiedziała Pani o krzykach w sprawie niewykonywania poleceń i próbach zatrzymania agresji pomiędzy rówieśnikami. Ja często słyszę „przestań” i „nie teraz” wypowiadane podniesionym tonem przez rodziców czy opiekunów.

Wielu współczesnych rodziców wybiera drogę mocnego zaangażowania w dziecięcą rzeczywistość. A do tego dochodzą jeszcze inne stresory: praca, pandemia, codzienne wyzwania. Trudno jest być dla dziecka zawsze responsywnym, gotowym do zabawy, bo czasem po prostu nie mamy siły, czasu na odpoczynek. To bywa pułapką: wydaje nam się, że musimy wysłuchać każdej opowieści, w każdą dziecka sprawę wejść, zawsze być dostępni, zawsze mieć cierpliwość. Komunikaty „przestań” czy „daj mi spokój” są wielokrotnie tak naprawdę o tym, że potrzebujemy przerwy, ciszy, odpoczynku. Fajnie jest zaglądać w dziecięce potrzeby, ale proszę zauważyć, że niekiedy dziecka zabieganie o naszą uwagę, może wynikać z tego, że nie ma komu opowiedzieć o swoich sprawach, zaspokoić potrzeb kontaktu. Oprócz tego, że takie sytuacje pokazują potrzeby dzieci, pokazują też nasze: że musimy mieć prywatność, ciszę, przestrzeń dla siebie, spokój, moment, gdy nie musimy brać pod uwagę spraw innych osób. A im więcej dzieci – tym obowiązków, do których jesteśmy oddelegowywani, jest więcej. I znów: warto uczyć się w takich sytuacjach komunikacji NVC. Mówmy: „proszę cię, porozmawiajmy o tym w domu, bo ja w tym momencie potrzebuję mieć spokój”. Szukajmy, jak powiedzieć o swoich potrzebach, żeby nie zawsze były adresowane DO dziecka.

Jak powinniśmy reagować, gdy inni dorośli krzyczą na nasze dzieci?

Ważne jest, by umieć dobrze ocenić, czy w sytuacji, gdy ktoś krzyczy na nasze dziecko, ono umie sobie samo poradzić. Nie chodzi o to, by zostawiać je z problemem, ale by przyjrzeć się. Jeśli komunikuje nam, że potrzebuje wsparcia, to oczywiście trzeba mu je dać. Ale kluczowe jest upewnić się najpierw, czy dziecko umiało samo zadbać o siebie. Zapytajmy: „jak ci było z tym, że ktoś na ciebie krzyczał?”, „Jak zareagowałaś, jak sobie poradziłaś?”. Sprawdźmy, czy dziecko poczuło moment naruszenia jego granic i czy coś z tym zrobiło. Unikajmy w takich sytuacjach monologów, szukajmy wspólnie strategii, niech dziecko się zastanowi, co można zrobić, niech szuka rozwiązań u siebie. Jeśli zaś dochodzi do sytuacji ewidentnych – że ktoś obraża nasze dziecko w krzyku, rani je, robi to często czy bezrefleksyjnie – wtedy oczywiście musimy reagować zdecydowanie, zatrzymać tę sytuację. Czasem oznacza to odpowiedź na gorąco, czasem wspólne umówienie się na wizytę w szkole i rozmowę z nauczycielem. Dziecko musi nabrać przekonania, że „obraźliwy krzyk” nie jest OK. Nie firmujmy tego, że w ten sposób można się do siebie odzywać. Czasem wymaga to od nas, by postawić się członkowi rodziny. To oczywiście wymaga odwagi, zwłaszcza jeśli nie chodzi o incydent, tylko powtarzającą się sytuację. Pamiętajmy, że jeśli nikt nie powie „stop”, w dzieciach zapisuje się folder: „na tym polegają relacje, w relacjach tak można”.

A gdy dzieci słyszą krzyczących na siebie dorosłych?

Bywa, że dzieci są świadkami krzyku, niekoniecznie adresowanego do nich. Gdy przebywają w otoczeniu, gdzie ktoś krzyczy, zwłaszcza gdy krzyczy często i jest to jego dominującym sposobem komunikacji, być może sytuacja wymaga od nas, by podejść i upewnić się: czy wszystko jest OK. Może musimy zapewnić dziecko, że ono jest bezpieczne itd. Nawet jeśli nie mamy możliwości wpłynięcia na samego krzyczącego, dziecko widząc naszą dezaprobatę i reakcję, będzie miało rozróżnienie, że krzyk nie jest OK, nie według wszystkich. Sprawdzenie jak ma się dziecko i choćby próba zatrzymania osoby krzyczącej to może być jedyne takie doświadczenie w życiu tego dziecka, jedyne, które sprawi, że zobaczy ono zróżnicowany odbiór pewnego zachowania i nie będzie wzrastało w przekonaniu, że to, czego jest świadkiem na co dzień, jest powszechnie akceptowalne.

Nie zawsze też chodzi o jakąś wielką interwencję. Gdy widzimy, że danemu dorosłemu – naszemu partnerowi, dziadkom, nauczycielce – puściły nerwy, wystarczy powiedzieć „poczekaj, ja to przejmę”. Czasem pomaga empatia wobec osoby, która przekracza granice. Nie należy umoralniać, informować, co krzyk robi złego, ale pomóc się z tym krzykiem uporać. Niezmiennie jednak w sytuacji, gdy chodzi o relację rodzic-dziecko, osobą do zaopiekowania się jest przede wszystkim dziecko, bo ono samo o siebie nie zadba. Oczywiście dorosłemu też bywa trudno, ale on ma trochę inne strategie, by sobie z własnymi słabościami radzić.

A gdy to rodzice na siebie krzyczą?

Wiele zależy od częstotliwości i ogólnego klimatu w domu. Najważniejsze jest to, by zaopiekować się sytuacją po awanturze. Nazwać ją, powiedzieć o niej dziecku. Wyrazić, że się nie dogadujemy, ponazywać to, co się dzieje. Dobrze, by pojawił się kawałek odpowiedzialności – że szukamy sposobu, by się nie kłócić, że próbujemy. Może warto przeprosić za to, co dziecko usłyszało? W końcu naszą rolą jest chronić przed takimi doświadczeniami. Niestety, mam wrażenie, że jeśli ktoś krzyczy na swoich bliskich, to najczęściej z niemocy, nie z niewiedzy. Coraz częściej słyszę od rodziców, którzy tkwią w problemach służbowych, okołocovidowych, związanych ze zdalną nauką – że wiedzą o tym, że idealnie byłoby hamować się i nie kłócić przy dzieciach, nie używać krzyku. Wiedzą, jak postępować dobrze, ale są pod taką presją, że już nie umieją tych swoich trudnych emocji powstrzymać. Jeśli jednak krzyku jest dużo, jeśli kłótnie są często, powinna się zapalić lampka kontrolna: co się dzieje, że my tylko tak ze sobą rozmawiamy? I w konsekwencji porada u specjalisty.

A czy nie jest tak, że wpadamy w pułapkę poczucia winy i bierzemy na siebie ogromną odpowiedzialność za to, by wyeliminować wszelkie trudne doświadczenia z życia dzieci? Może nasze kłótnie i stres w okresie pandemii to okazja, by porozmawiać z dziećmi o tym, czym jest kryzys?

To bardzo ważne pytanie. Kryzys i trud oczywiście są elementem życia i widzę, że wielu rodziców chce przed dziećmi ukryć trudną rzeczywistość, bądź im ją jakoś osłodzić. Wpadają w poczucie winy „bo się bardziej kłócimy”. Ważne jest, by mieć odwagę pokazywać odcienie bałaganu, który się w naszym życiu pojawia. Niekoniecznie musimy mówić dzieciom „straciłem pracę, nie wiem, czy będziemy mieli na rachunki”, bo można ująć to subtelniej. Powiedzmy: „Jest nam trudniej i szukamy rozwiązań”. Czyli postawmy na sprawczość, bo to ona może pomóc w sytuacjach kryzysowych. Sobie zaś nie stawiajmy wyzwania, które ma polegać na oszukaniu i zakamuflowaniu problemów przed dziećmi. Trudy życiowe wprowadzają pełen koloryt. Pokażmy dzieciom prawdę: może w tym roku nie udało się zrobić skomplikowanego kalendarza adwentowego DIY z mnóstwem aktywności, ale możemy się poprzytulać na kanapie, a tego teraz wszyscy potrzebujemy. Mam wrażenie, że jest to coś, co bardziej powinno się pokazywać nam, dorosłym. Bo paradoksalnie dzieci w trudzie sięgają po najprostsze strategie: przytulenie, bycie blisko, uśmiech, wspólną zabawę. Relacyjne narzędzia mamy dostępne zawsze. Zamiast więc próbować nadbudowywać, udawać, że kryzysu nie ma, przypomnijmy sobie, że można zrobić herbatę, usiąść na kanapie, i porozmawiać: „Pamiętacie, jak było rok temu? Te Święta są inne. Ciekawe, jakie będą za rok?”. Warto zrobić na to miejsce.

Wówczas nie trzymamy dzieci pod kloszem.

Tak, ale też zdejmujemy ciężar z siebie. Ciężar utrzymywania fasady, że wszystko jest wspaniale. A im więcej jest stwarzania pozorów, tym więcej jest napięć.

Dziękuję za rozmowę.

*

Anita Janeczek-Romanowska – psycholog, współzałożycielka „Bliskiego Miejsca”. Absolwentka psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim im. Jana Pawła II w Lublinie. Specjalizuje się w terapii dzieci do 10 roku życia, relacjami dziecko-rodzic, dziećmi wysoko wrażliwymi. Prowadzi stronę o rodzicielstwie i psychologii dziecka bycblizej.pl.

*

Tekst zilustrowano zdjęciami Przemka Chudkiewicza, fotografa i ojca czwórki dzieci. Przemek jest autorem fotowyzwania #patrzinaczej, którego celem jest zachęta użytkowników mediów społecznościowych do dostrzegania różnych odcieni rzeczywistości i fotografii codzienności w szczególnym okresie poprzedzającym święta Bożego Narodzenia.

Dodaj komentarz