Indie w tydzień

rodzinny wypad do Radżastanu

Serwujemy wam kadry, które najlepiej oglądać przy szklance mango lassi i aromatycznego palak paneer. Nie, nie przerywajcie lepienia śnieżynek, ale jak mróz da w kość, zróbcie przerwę na odrobinę słońca i dużą dawkę koloru prosto z Indii.

Indie na tydzień? Łapiecie się za głowę? Zobaczcie, że jest to możliwe i przy dobrej organizacji można posmakować Indii i nabrać apetytu na dużo więcej. W grudniowej hegemonii bieli i szarości rodzina z bloga Owady bez O , czyli Łajka, Wadyń i pięcioletnia Zuza zabierają nas na ekspresowy rodzinny wypad do kraju pachnącego curry. Ta rodzinka naprawdę wie, jak wykorzystać podróżniczo wolne dni, jak sami mówią: „żaden ustawowo wolny dzień, nie może nam przepaść”. Wspominamy z nimi ich tygodniową, hinduską przygodę i to w środku pory deszczowej. Ahoj przygodo!

 

*

DOKĄD

Czytelnicy naszego bloga wiedzą już, że każdy przedłużony wolny weekend staramy się wykorzystać podróżniczo jak tylko się da. Tak samo było z ostatnią sierpniówką. 15 sierpnia wypadał w środę, więc włączając weekend przed i po, optymalnie można było wykorzystać 9 dni wolnego. Większość znajomych dookoła była w ferworze urlopowym i wybierała kierunki południowo-europejskie. Ja, w trakcie trwania polskiego lata, najchętniej uciekałabym tam, gdzie nie ma ludzi. Pomysł padł na Bawarię pod namiotem. Pech, albo niektórzy stwierdzą, że szczęście, chciał, że tydzień przed wyjazdem okazało się, że jedno z nas, w tym czasie, musi biznesowo pojechać do Indii, do Agry na dwa dni.

Pomyślałam sobie: ale jak to? Przecież miał być rodzinny urlop? W tym roku ciężko nam było pojechać gdzieś razem. Wszystko zaplanowane, a tu znów praca nam wchodzi w drogę. Z drugiej strony Agra to Taj Mahal, można zaliczyć kolejny cud świata, no i w Indiach jeszcze nie byliśmy. Zaczęło się kombinowanie, sprawdzanie biletów, hoteli, załatwianie wizy i okazało się, że można w kilka dni załatwić wyjazd 3-osobowej rodziny na tydzień do Indii!

 

*

TRANSPORT

Nasi znajomi łapali się za głowę. „Indie? tylko na tydzień? I to z dzieckiem? Chce wam się?”. Oczywiście, że się chciało. Pół roku już nigdzie dalej nie wyjeżdżaliśmy, jak dla nas to dość długo. A Indii nigdy nie braliśmy pod uwagę jeśli chodzi o nasze urlopy, to w sumie czemu nie skorzystać z okazji.

Transportowo zahaczyliśmy chyba o większość opcji jakie się da. Samolot z Warszawy do Delhi z przesiadką w Monachium. Z lotniska bezpośredni transport międzymiastowym Uberem (tak w Indiach jest Uber Intercity) do Agry, na miejscu tuk tuki i elektryczne vany. Wynajęty samochód z kierowcą z Agry do Dżajpuru. Pociąg z Dżajpur do Dżodhpuru. Lokalna linia lotnicza między Dżodhpurem a Delhi. Metro w Delhi. W końcu lot powrotny do Warszawy z 10 godzinną przesiadką w Zurychu.

 

*

POGODA NA MIEJSCU

Sierpień to środek pory deszczowej na tym terenie. Jednak już się nauczyłam, że przez zmiany klimatyczne na całym świecie, pora deszczowa porze deszczowej nie równa. A i pora sucha potrafi zaskoczyć ulewnym deszczem. Wzięłam się za planowanie trasy. Przez głowę przeszło mi, żeby polecieć na Goa, w końcu co niektórzy w naszej rodzinie uważają, że wakacje bez plaży to nie wakacje. Jednak wyszedł klasyczny złoty trójkąt: Delhi, Agra i Radżastan. Padało 2 razy przez godzinę, a na Goa w tym czasie była wielka powódź.

*

NOCLEGI

Podobnie jak transport, przez 7 dni przerobiliśmy chyba większość z możliwych opcji, no może poza spaniem na dziko. Od 5-gwiazdkowego hotelu z dwoma basenami w Agrze, przez butikowy hotelik w stylu Art Deco w Dżodhpurze i kilka godzin w hostelu w Dżajpurze, po wagon sypialny nocnego pociągu z Dżajpuru do Dżodhpuru, z trzy piętrowymi łóżkami i samymi mężczyznami dookoła.

*

TOP 5 ZACHWYTÓW

Wypadałoby tu napisać, że Taj Mahal, bo to przecież jeden z nowych 7 cudów świata. Owszem robi wrażenie i niektórych może zachwycić. Ja jednak wolałabym na tej liście w jego miejsce wpisać kambodżański Angkor, który na mnie zrobił większe wrażenie.

Zachwyt to przede wszystkim jedzenie. Nie jesteśmy specjalistami i smakoszami, wręcz mamy ograniczone pole manewru, bo Wadyń i Zazu warzywami raczej gardzą. Po wyprawie na Sri Lankę mieliśmy też trochę dość hinduskiego jedzenia. Jednak w większości wegetariańskie radżastańskie knajpy mnie zachwyciły i rozkochały w potrawach z wariacjami soczewicy, ziemniaków, papryki, sera paneer, orzechów i sosu pomidorowego.

Dżodhpur. Cudownie urocze niebieskie miasto z górującym nad nim fortem Mehrangarh. Generalnie w Radżastanie w każdym mieście jest jakiś pałac i fort. Każde miasto też ma swój odpowiedni kolor, ale nie każde jest warte polecenia, bo większość jest głośna, zatłoczona i brudna. Tylko Dżodhpur wydał się przyjazny i wart pozostania na dłużej. Zresztą z niego można też wyskoczyć na pobliską pustynię Thar i zasmakować spania pod gwiazdami w pobliskiej wiosce.

 

Targi i bazary. W Polsce nie znoszę chodzić po sklepach i centrach handlowych, jeśli mogę to wszystkie sprawy zakupowe załatwiam przez Internet. Jednak jest jakiś urok we wszystkich azjatyckich targach, że są one moimi ulubionymi miejscami i stałym punktem każdej wycieczki. Zwłaszcza hinduskie bazary mają swój klimat, bo gdzie jak nie tu kupować kolorowe chusty, narzuty, bieżniki, pufy, ręcznie wyszywane torebki, świecidełka, przyprawy czy ceramikę. Wróciliśmy z dodatkowym bagażem!

Łatwość załatwienia wszystkiego. Zwłaszcza transportu. Nie trzeba wszystkiego planować z zapasem, można zmienić plany z dnia na dzień. Nawet jeśli nie ma miejsca w pociągu, którym chce się pojechać, to znajdzie się podobny parę godzin później (choć nie było go w rozkładzie). Można czasami stracić trochę nerwów, bo styl załatwiania tego wszystkiego pozostawia wiele do życzenia, to ostatecznie da się wszystko. Praktycznie między każdym miastem jest połączenie lotnicze. Niektórzy nawet stacjonują podczas urlopu w Delhi, a każdego poranka wsiadają w samolot np. do Agry albo do Dżodhpuru albo do Waranasi lub też innego miasta, żeby tylko je zwiedzić i wieczorem wrócić na nocleg w Delhi.

*

CENY

Wszystko zależy, bo inne są ceny dla turystów, inne dla miejscowych. Inna jest pierwsza cena, a inna po umiejętnym targowaniu. Wejście do Taj Mahal kosztuje 1000 rupi dla turystów i 200 dla miejscowych. Za 100 rupi (czyli jakieś 5 pln) można zjeść Paneer Makhani, wypić litr piwa, przejechać niezłą trasę tuk tukiem, kupić sari albo parę butów.

*

CO ZABRAĆ?

To co w każdą azjatycką podróż: kilka sztuk ubrań, ale nie za dużo, bo na miejscu przecież można kupić wszystko jeszcze taniej niż nam się wydaje; okrycie przed deszczem, gdyby jednak pora deszczowa pokazała swoją moc; środki na komary – bo przecież ta sławna malaria i denga; zapasowe pieniądze lub karty płatnicze – bo polskie banki blokują karty już po pierwszej transakcji wykonanej w Indiach.

*

CZEGO SIĘ NAUCZYLIŚMY

Cierpliwości, pokory i tego żeby nie planować zbyt dużo. Indie są skrajne, Indie są wielkie, Indie są głośne, Indie są inne w każdym ich zakątku. W mojej głowie krążyły różne myśli: „może faktycznie pojechać tylko do Agry, zobaczyć Taj Mahal, poleżeć 5 dni w basenie, 2 dni zakupów w Delhi i wrócić”. Ale to nie bardzo jest w moim stylu, no bo skoro jestem w nowym miejscu, to czemu siedzieć tylko przy największej atrakcji. Może lepiej zobaczyć coś mniej znanego. Dlatego z Agry, pojechaliśmy do Fatehpur Sikri, dalej mieliśmy zostać w Dżajpurze, ale okazał się zbyt dużym miastem, więc uciekliśmy do Dżodhpuru, a później do Delhi. Tak, przegięłam – 4 miasta w 7 dni to zdecydowanie za dużo nawet dla osób, które często podróżują. Byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni. Do tego Hindusi, którzy zaczepiali nas na każdym kroku, żeby sobie z nami robić zdjęcia, żeby coś wcisnąć naiwnym turystom, żeby zagadać, porozmawiać po angielsku, albo po prostu zaczepić bez powodu. Targowanie też nie jest najłatwiejsze, zwłaszcza jeśli ktoś nie ma tego we krwi. Indie wymagają specyficznego podejścia i uczą wielkiej cierpliwości. Miesiąc po powrocie pojechałam z samą Zu, po raz kolejny, do Tajlandii i szczerze mówiąc nigdy wcześniej nie byłam tak spokojna i cierpliwa jak tym razem.

Mówi się, że Indie się kocha albo nienawidzi. Coś w tym jest, mogą oczarować kolorami, smakami, klimatem, mistycyzmem, ale są też głośne, duszne, męczące i śmierdzące. Pytanie tylko czy tak bardzo w którąkolwiek stronę jak każdy myśli. My nie mamy tak skrajnego zdania na temat tego kraju. Nie przeżyliśmy wielkiego zauroczenia, ale też nie uważamy, że jest tak źle jak część myśli. Brudno, głośno i śmierdząco? Na pewno nie bardziej niż w kenijskiej Mombasie, w której byliśmy 2 lata temu. Radżastan wart jest odwiedzenia i zdecydowanie chcę tam wrócić. Najlepiej w górskie tereny Himachal Pradesh, do Dharamsala, tam gdzie mieszka Dalaj Lama. No i może nie zaplanuję odwiedzenia 4 miast w 7 dni, to zdecydowanie za dużo!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.