ciąża historie porodowe poród

Historie porodowe: Beata Jarzębska

Powiedz mi, jak rodziłaś

Historie porodowe: Beata Jarzębska

Dwa porody siłami natury i trzeci, po 17 latach, przez cesarskie cięcie. O tym, jak nowo narodzone dziecko przychodzi do prawie pełnoletniego rodzeństwa i domu, który dawno już nie słyszał niemowlęcego śmiechu.

Jakie to uczucie, kiedy po kilkunastu latach bez kremów na odparzenia, wkładek laktacyjnych, smoczków i pieluch trzeba sobie to wszystko na nowo zgromadzić, przypomnieć, przedefiniować i do tej nowej sytuacji przywyknąć? Beata Jarzębska, fotografka i mama trojga dzieci: 18-letniej Elizabeth, 17-letniego Ivana i półrocznej Konstancji, wraca myślami do swoich wszystkich trzech porodów, a szczególnie do ostatniego, który odbył się tuż po jej 43. urodzinach. Jak zbudować domowy ład w sytuacji, gdy pojawia się nowy człowiek w od lat ustabilizowanym i stosunkowo przewidywalnym środowisku? Jak się rodzi po czterdziestce, w dodatku po 17 latach przerwy? O tym wszystkim opowiada kolejna bohaterka cyklu Historie porodowe, tworzonego we współpracy z marką Pink No More, tworzącej piękne koszule porodowe i produkty wyprawkowe.

*

Tak, chciało mi się 

Mam 43 lata, w tym roku urodziłam córkę Konstancję. Tak, chciało mi się. Od momentu, kiedy urodziłam moje starsze dzieci, Elizabeth i Ivana, wiele się w moim życiu zmieniło. Wyjechałam z Paryża i zamieszkałam w Warszawie, a od ponad 8 lat jestem w nowym związku. Bardzo chcieliśmy mieć razem dziecko i to marzenie 8 miesięcy temu się spełniło – w kwietniu przyszła na świat nasza córka. A dlaczego urodziłam trzecie dziecko po czterdziestce? Wcześniej jakoś się nie złożyło (śmiech). Świadomość, że Ivan i Elizabeth za chwilę opuszczą dom, była dodatkową motywacją. Teraz widzę, że dojrzałe macierzyństwo pozbawione jest wielu lęków towarzyszących przyjściu na świat pierwszego dziecka.

*

Kto się boi cesarskiego cięcia?

Jazda konna zawsze była moją pasją, ale od momentu wypadku, po którym 8 tygodni przeleżałam bez ruchu, rodzina mi na nią nie pozwala. Ponad cztery lata temu spadłam z konia, w wyniku czego popękały mi kości łonowe w trzech miejscach i kość krzyżowa w jednym. Będąc w ciąży z Konstancją, skonsultowałam się z ortopedą w sprawie metody porodu, stanęło na cesarskim cięciu. To było dla mnie nowe doświadczenie, bo poprzednie dwa porody odbyły się siłami natury. Tak więc miałam już dwoje dzieci, z czego jedno jest obecnie pełnoletnie, a drugie za chwilę będzie. Pomiędzy nimi jest tylko rok, miesiąc i tydzień różnicy. Trochę się bałam tego nowego doświadczenia, a więc szukałam informacji i wypytywałam moje koleżanki, które miały za sobą CC. Jedna z nich zwróciła mi uwagę na to, że warto mieć kogoś do pomocy na tę pierwszą noc po porodzie. Więc nastawiłam się, że ktoś taki przy mnie będzie i to była świetna decyzja. Tą osobą była Marta, młoda położna, bardzo zaangażowana i miła. Przypomniała mi o potrzebach tak małego człowieka, bo od czasu moich poprzednich porodów wiele się zmieniło.

*

Mój trzeci poród

Fizycznie, przez całą ciążę z Konstancją czułam się świetnie, narzekałam tylko na zgagę. Miałam przodujące łożysko, więc nie forsowałam się w żaden sposób. Nie wiadomo było, czy łożysko się przesunie, bałam się też, czy mój upadek z konia nie spowoduje problemów podczas porodu naturalnego. Istniało zagrożenie, że Konstancja mogłaby utknąć w kanale rodnym, dlatego cesarka była najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Cudowna położna Marta przypomniała mi, jak się przygotować do szpitala. Trochę się zmieniło przez te ostatnie 17 lat, a tak naprawdę to zapomniałam, jak to jest na początku. Spodziewałam się co prawda, że Konstancja trochę się pospieszy, podobnie jak jej starsze rodzeństwo, ale ona inaczej podeszła do tematu. Zostałam przyjęta dzień przed planowaną operacją. Okazało się, że będziemy pierwsi tego dnia, a po nas zaplanowano jeszcze trzy cięcia. Na sali operacyjnej wszyscy byli bardzo mili, atmosfera była spokojna i wszyscy byli mocno skoncentrowani na swoich zadaniach. Dostałam znieczulenie, które bardzo szybko zadziałało. W wielkiej lampie nad głową widziałam odbicie tego, co robił lekarz, tego jak przecinał skórę. Na szczęście nie było to szczególnie wyraźne.

Sam moment wyciągania małej z brzucha był bardzo dziwny – to uczucie przypominało tępe ciągnięcie. Denerwowałam się, ale gdy tylko usłyszałam jej płacz, zalała mnie fala totalnego szczęścia. Po wszystkich pomiarach przyłożono mi ją do policzka i mogłam ucałować moje maleństwo. Była śliczna. Potem, gdy lekarze zakładali mi szwy, położna zawiozła Konstancję do taty. Zależało nam na tym, żeby tato przytulił ją swojego ciała, i to się udało, nikt tego nie utrudniał. Pielęgniarki były bardzo pomocne i dzięki nim tata przez kilkanaście minut kangurował Konstancję. Z karmieniem również nie było żadnych problemów – na sali pooperacyjnej malutka od początku pięknie ssała pierś. Była cudowna, nie płakała i dużo spała. Starsze rodzeństwo było nią zachwycone i dumne, na zmianę trzymali ją na rękach. A potem były już takie ilości endorfin, że wszyscy byliśmy pijani ze szczęścia. Dopiero teraz czuję prawdziwy smak tego sformułowania.

*

Poród bez bólu

Zaplanowany poród przez cesarskie cięcie był prawie bezbolesny. Jedyny dyskomfort wiązał się z chwilą, gdy znieczulenie przestało działać. Dostałam wtedy okropnych mdłości i wymiotów, i to było moje najgorsze doświadczenie związane z cesarką. Na szczęście położna bardzo mi wtedy pomogła. Ale czy przez brak bólu czuję, że czegoś w tym doświadczeniu zabrakło? Nie, właśnie na taki poród się nastawiałam. Mój pierwszy poród odbył się tuż przed moimi 25. urodzinami. Mieszkałam wtedy w Paryżu, ale córkę wolałam urodzić w Polsce. To był trudny czas, bo w grudniu umarł mój tata, a poród miałam zaplanowany na luty. Pamiętam, jak płakałam, siedząc w aucie pod szpitalem. Pamiętam też dokładnie, jak nagle przestałam. Wstąpiła we mnie jakaś dziwna siła. Wszystko, co było potem, przeszłam zadziwiająco spokojnie. To nowe życie we mnie dawało mi tyle energii. Poród pierwszej córki trwał szesnaście długich godzin, syna – sześć. Z tamtego czasu pamiętam tylko już te piękne momenty, pierwsze spojrzenia i ciepło małych ciał.

 *

Tak urodziła się Elizabeth

Na około 2 tygodnie przed terminem dostałam skierowanie do szpitala na obserwację. Wskazaniem było spadające tętno dziecka. Przez 3 dni powtarzała się sytuacja, że mój córka zasypiała w brzuchu i wtedy jej tętno spadało radykalnie, ale bodźce ze świata zewnętrznego szybko podnosiły parametry. Po 3 dniach dostałam wypis do domu. Ze szpitala wyjechałam około południa, a wody odeszły mi o 17:00, więc w ciągu 2 godzin znowu byłam w szpitalu. Sytuacja z tętnem Elizabeth się powtarzała – na okrągło spadało i podnosiło się, więc nie było mowy o chodzeniu. Leżałam z KTG przypiętym do brzucha i z zegarem na wprost twarzy czekałam na kolejne skurcze. To było frustrujące, bo inne kobiety przychodziły, rodziły dzieci i wyjeżdżały z sali, a ja ciągle tam tkwiłam. Przed 9:00 rano usłyszałam rozmowy położnych. Za chwilę miała przyjechać kobieta rodząca bliźnięta. W mojej lekko przytępionej świadomości powstała idea, że wszyscy się nią zajmą i będę musiała rodzić sama, bez najmniejszej pomocy! No to wzięłam się do roboty (śmiech). Elizabeth urodziła się o 9:15 rano. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego spojrzenia, kiedy położono mi ją na brzuchu. To abstrakcyjne doświadczenie sprowadzenia na ten świat nowego człowieka było wręcz mistyczne. Ten nowy człowiek był pięknym dzieckiem, z oliwkową cerą i pięknymi ciemnymi włoskami. Początki miałyśmy trudne – komplikacje zdrowotne spowodowały, że po 2 tygodniach znalazłyśmy się znów w szpitalu. Dziś po 18 latach nadal pamiętam drobniutką rączkę ze śladami po igle.

*

Tak urodził się Ivan

Niespodziewanie dla mnie, kiedy jeszcze nie do końca oswoiłam się z nową rolą i to żyjąc we Francji – a więc w mimo wszystko obcym kraju – okazało się, że jestem znowu w ciąży. Byłam przerażona. Tym razem też wolałam rodzić w Polsce. Lekarze wyznaczyli termin na koniec marca, ale ja nastawiałam się na środek miesiąca. I faktycznie, 15 marca obierając ziemniaki, poczułam, że coś się dzieje. Trudno to opisać. Zaczęłam delikatnie plamić, więc szybko pojechałam do szpitala. Kiedy położyłam się, żeby podłączono mi KTG, poczułam bardzo mocne skurcze, takie, że brakowało skali. Zaczęło się ostro, a była dopiero 18:00. Pamiętam, jak chodziłam po korytarzu, rozmawiałam z mężem i ciągle trzymałam fason, ale po 23:00 stwierdziłam, że już nie wytrzymam i poproszę o coś przeciwbólowego. Tyle, że na leki przeciwbólowe było już za późno. Znalazłam się na sali porodowej, worek z wodami płodowymi nie chciał pęknąć, a ja miałam już bóle parte, kiedy położna wzywała lekarza do przecięcia worka płodowego. Potem poszło szybko – Ivan urodził się o 23:55, mój chłopak za pięć dwunasta! Był dla odmiany łysy i miał stopę przykurczoną do piszczeli. Był długi i chudy. Obiektywnie nie był piękny, zwłaszcza w porównaniu z siostrą, ale od pierwszych godzin życia miał apetyt i świetnie poradził sobie z tematem ssania. Teraz ma 195 cm.

*

METRYCZKA

Kto i gdzie przyszedł na świat: Elizabeth, Otwock
Data narodzin: 8 lutego 2001 r.
Czas trwania porodu: 16 godzin
Wzrost: 53 cm
Waga: 2750 g

*

Kto i gdzie przyszedł na świat: Ivan, Otwock
Data narodzin: 15 marca 2002 r.
Czas trwania porodu: 6 godzin
Wzrost: 57 cm
Waga: 3200 g

*

Kto i gdzie przyszedł na świat: Konstancja, Warszawa
Data narodzin: 9 kwietnia 2019
Czas trwania porodu: 30 minut
Wzrost: 56 cm
Waga: 3640 g

*

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.