historie porodowe

Historia porodowa: Maria Dziewanowska-Kowalska

Opowiedz, jak rodziłaś

Historia porodowa: Maria Dziewanowska-Kowalska

Kolejna odsłona cyklu opowieści porodowych w Ładne Bebe. Tym razem głos zabierze mama wyczekiwanych, 8-letnich bliźniąt.

Czekasz na upragnione dwie kreski na teście ciążowym. I są, a wraz z nimi pojawia się mieszanina bezkresnej radości i paraliżującego strachu. Chyba tak właśnie smakuje spełnione marzenie. Po pierwsze: zostaniesz mamą. Po drugie: zostaniesz mamą bliźniaków. Jasne, że jest szczęście, że to się nareszcie stanie. Ba, nawet jesteś w stanie mniej więcej przewidzieć termin realizacji, a to przy spełniających się marzeniach dość nietypowe. To w czym problem? W tym, że stawanie się mamą to duża rzecz. To długotrwały i wymagający proces, który stawia przed kobietą jakieś sto tysięcy nowych wyzwań, wątpliwości, straszków i strachów. Warto się z tym mierzyć i przekonywać o własnej sile, nawet jeśli po cesarskim cięciu nie jesteś w stanie przejść jednego kroku. Maria, mama 8-letnich bliźniaków Stasia i Zosi, ręczy za radę, którą w chwili słabości usłyszała od swoich przyjaciółek: każdego dnia będzie ci coraz łatwiej.

Opowieść Marii to kolejna relacja z cyklu Historie porodowe, który przygotowujemy we współpracy z Pink No More – polską marką tworzącą produkty wyprawkowe i takie, które odpowiadają na potrzeby mam. Oddaję głos Marii.

*

ZANIM ZOBACZYŁAM DWIE KRESKI NA TEŚCIE

Kiedy po długich latach oczekiwań na dwie kreski na teście, w końcu nadszedł ten dzień, strach mieszał się ze szczęściem. Nie przypuszczałam, że można jednocześnie przeżywać tak skrajne emocje w jednej chwili. Ponieważ od samego początku wiedziałam, że urodzę bliźniaki, przede wszystkim bałam się, czy sobie poradzę z podwójnym wyzwaniem.

Zanim zaszłam w upragnioną od kilku lat ciążę, przedzierałam się przez gąszcz porażek, problemów, emocjonalnych wzlotów i upadków. Bardzo trudno było mi oswoić się z myślą, że w końcu się udało – że będę mamą. Cieszyłam się ogromnie, ale jakby przez mgłę, starając się nie zapeszać, przesadnie nie planować. Nauczona doświadczeniem wiedziałam, że ten sen może szybko się skończyć.

*

WYBIERAM CESARSKIE CIĘCIE

Moja ciąża przebiegała, niestety, z przygodami. Od początku była prowadzona bardzo fachowo, medycznie, wręcz laboratoryjnie. Kolejni lekarze, których spotykałam na swojej drodze, straszyli, upominali, studzili mój entuzjazm. Przynajmniej na początku. Nigdy przedtem nie byłam w szpitalu, a w czasie ciąży zaliczyłam trzy pobyty naznaczone strachem i poczuciem beznadziei. Za każdym razem wychodziłam jednak z niego silniejsza i skreślałam kolejne tygodnie przybliżające mnie do porodu. Od początku przygotowana byłam na poród przez cesarskie cięcie. Żaden z pięciu lekarzy, którzy monitorowali moją ciążę, nawet nie sugerował mi porodu siłami natury, ja również bardzo tego nie chciałam. Wierzyłam lekarzom, ufałam medycynie – w końcu dzięki nauce udało mi się zajść w ciążę. Nie chciałam ryzykować, nie chciałam, żeby ktoś decydował za mnie w tym najważniejszym momencie naszego życia. Zapisałam się na planową cesarkę do szpitala przy ulicy Karowej w Warszawie, w którym wcześniej leżałam w kryzysowych momentach, i czekałam na ten wielki dzień.

*
MAMA, CZYLI KTO?

Dokładnie miesiąc przed wyznaczonym terminem poczułam, że coś się zaczyna dziać. Dzień wcześniej jeszcze pracowałam i straciwszy równowagę przewróciłam się. Pamiętam, że te ostatnie miesiące starałam się w pełni wykorzystać, przeczuwając, że za chwilę moje życie zmieni się nieodwracalnie – praca, spotkania, przemeblowania. Tego dnia byłam u siostry mojego męża, która właśnie wróciła ze szpitala ze swoim nowo narodzonym synkiem. Wtedy dość mocno dotarło do mnie, że już za chwilę będzie to też moja rzeczywistość, a wtedy kompletnie nie wiedziałam, jak sobie poradzę w nowej roli. Nie mogłam sobie wyobrazić w ogóle tej sytuacji, kiedy wracamy z dziećmi do domu ze szpitala – i co dalej? Teraz brzmi to śmiesznie i absurdalnie, ale tego dnia dopadł mnie strach i to poczucie nieodwracalności. Nieuchronność porodu to też zjawisko, które bywa w pewien sposób przerażające. Jakby się nad tym zastanowić – to większość zdarzeń w życiu można jednak odwołać, zmienić ich bieg, a w tym przypadku moja droga wiodła tylko w jednym kierunku, nie było odwrotu, trzeba było te wyczekane dzieci jakoś urodzić. Choć pragnęłam zostać mamą, bardzo bałam się porodu.

*
CZY TO ZNACZY, ŻE RODZĘ?

Kiedy po powrocie do domu zaczęły powoli odchodzić mi wody, Jędrek – tata bliźniaków – był akurat w pracy. Zadzwoniłam do niego, sprawiając wrażenie opanowanej, żeby na spokojnie skończył to, co ma do zrobienia, a wieczorem pojedziemy do szpitala, bo w sumie to ja nie wiem, czy to już. Skurczy nie miałam, wszelkie wyobrażenia i kalki, które miałam wdrukowane o tym, jak wygląda rozpoczynający się poród, nie były moim udziałem. No ale jednak coś dziwnego ciekło mi po nogach. Zapakowaliśmy się po południu do samochodu i pojechaliśmy do umówionego szpitala. Kiedy stwierdzono na izbie, że poród się rozpoczął, choć bez odczuwalnych jeszcze skurczy, lekarz dyżurny powiedział, że mnie nie przyjmie, bo nie mają wolnych inkubatorów. Misterny plan zaczął się chwiać, musiałam szybko oswajać się z nowymi scenariuszami. Pamiętam dokładnie, jak leżałam za zielonym szpitalnym parawanem i słuchałam telefonicznych rozmów lekarza dzwoniącego do kolejnych placówek, które odmawiały mojego przyjęcia. Kiedy trzeci raz odłożył słuchawkę, starał się mnie uspokoić, powiedział, że jeśli nie znajdą żadnego miejsca w szpitalu z najwyższą skalą referencyjności, będę rodzić u nich. Ale żebym się przygotowywała na poród siłami natury. A ja już wtedy czułam się jak w filmie, ale ta informacja to było coś, czego się zupełnie nie spodziewałam. Nie chodziłam do szkoły rodzenia, nie czytałam o porodach, nie dopuszczałam w ogóle takiej możliwości, a tu nagle takie wieści. Pamiętam moją absurdalną myśl – ale ja przecież nie wiem, jak to się robi (śmiech). Oblał mnie zimny pot, ale starałam się trzymać i nie panikować. Zza rzeczonego parawanu dobiegł mnie w końcu głos lekarza: „Świetnie, dziękuję, już wysyłam pacjentkę”.

*

PORÓD JAK NIEOSTRE ZDJĘCIE

Pojechaliśmy do szpitala MSW na ulicę Wołoską – tam już na mnie czekali. Pamiętam, jak po drodze żartowaliśmy z Jędrkiem, że w wojskowym szpitalu to się dopiero mną zajmą, bez przesadnych ceregieli i pomysłów o porodach naturalnych bliźniaków. Bardzo szybko, fachowo i z poszanowaniem moich wyborów przyjęto mnie jednak na oddział i zaczęto przygotowywać do operacji. To była już piąta godzina, odkąd wyszłam z domu, czas płynął jakoś dziwnie. Szpital nocą miał w sobie coś tajemniczego – niby ospale i cicho, ale za drzwiami sal działy się pod osłoną nocy rzeczy niebywałe. Kolejna scena, którą pamiętam, to oczekiwanie pod salą operacyjną na moją kolej – przede mną rodziły się również bliźniaki. Mąż ze stoickim spokojem czytał gazetę, a ja przebrana w szpitalną koszulę, która ma dla mnie w sobie coś z fartucha rzeźnika i kaftana bezpieczeństwa, nie byłam w stanie zebrać myśli. Ekscytacja i niedowierzanie, że już za chwilę to się wydarzy. Zespól lekarzy, który się mną zajął, był wspaniały, wesoły, uśmiechnięty, sprawny i zgrany. Mam wrażenie, że to wszystko działo się poza mną, czas przestał istnieć, choć byłam cały czas bardzo świadoma. Jędrek stał za szybą. Pamiątką tej nocy jest nieostre zdjęcie, które próbował zrobić przez szybę trzęsącymi się rękami i rozładowującym się telefonem. Jestem na nim ja, a właściwie moja głowa w otoczeniu personelu zszywającego mój brzuch, a na pierwszym planie ledwo widoczne dzieci. Uwielbiam to zdjęcie, bo wspaniale oddaje klimat tego, co się działo – wzruszenia, spontanu, prawdziwych emocji i nieprzewidzianych zwrotów akcji.

*

DOM, KTÓRY ZBUDOWALIŚMY W SZPITALU

Myślałam wyłącznie o bezpieczeństwie moich dzieci, sobą zbytnio się nie przejmowałam. Stasia i Zosię zabrano od razu do nagrzewnic, szczęśliwie nie potrzebowali wsparcia inkubatorów. Przez 12 godzin leżałam pod morfiną, dochodząc do siebie, i mierzyłam się z bólem i uczuciem, że stałam się właśnie mamą. Kiedy myślę o tym z dystansu czasu, wiem, że potrzebowałam tych godzin dla siebie samej. Moja heroiczna walka o sprowadzenie moich dzieci na świat w końcu dobiegła końca. Starałam się racjonalnie myśleć, wziąć się w garść, powstać i ruszyć do czekających mnie zadań – wręcz po wojskowemu. Udzielił mi się być może klimat szpitala MSW. Przystopowałam, kiedy musiałam przenieść się z sali pooperacyjnej do mojego pokoju. Doceniłam wtedy, że dzieci leżą oddzielnie. Całe szczęście wiedziałam, że są pod dobrą opieką, bo ja nie byłam w stanie się ruszyć. Każdego dnia czułam się jednak coraz silniejsza, a po drugiej dobie dzieci poczuły się na tyle dobrze, że mogliśmy zamieszkać już razem. Te pierwsze dni były przepełnione troską o to, aby bliźniaki jak najszybciej przybrały na wadze. „Tuczyliśmy” je wspólnie – raz butelką, raz piersią, i ogrzewaliśmy ich malutkie ciałka pozbawione tłuszczu. Dostałam niespodziewanie pokój jednoosobowy i specjalne traktowanie, Jędrek mógł wychodzić ode mnie po godzinie 22. Grała cicho muzyka, dogrzewał nas własny grzejnik, bo przez szpary w oknach zacinał śnieg. Stworzyliśmy sobie tam namiastkę domu. Czułam, że jesteśmy zaopiekowani, ważni – spędziliśmy tam pierwszy tydzień naszego wspólnego życia jako rodzina.

*

PIERWSZE KROKI MAMY

Drugiego dnia po porodzie wśród kart leżących na biurku wypatrzyłam nazwisko mojej koleżanki. Okazało się, że urodziła kilka godzin po mnie i leżymy po sąsiedzku. Wspierając się, plotkując i wymieniając informacjami, stawiałyśmy pierwsze nieporadne kroki jako matki. Od początku ufałam własnej intuicji, wiedziałam, co jest dla nas najlepsze. W ciągu jednego dnia z niepewnej przyszłej matki stałam się matką siłaczką. Strach prysł i objawiła się ogromna moc i wielka miłość. Kiedy wspominam ten czas, pamiętam przygniecenie nowymi obowiązkami i codziennością, której nie wyobrażałam sobie w najśmielszych snach. Był to największy haj, jakiego w życiu doznałam. Właściwie nie spałam, bo albo przygotowywałam się do karmienia, albo karmiłam, albo nosiłam po karmieniu i przewijałam. Kiedy kończyłam z Zosią ten taniec, miałam w porywach 20 minut, żeby rozpocząć go ze Stasiem. To był obłęd, ale pamiętam też bardzo ważne słowa moich doświadczonych koleżanek: każdego dnia będzie ci coraz łatwiej. I było to zdanie, które starałam się ciągle sobie przypominać, a ono stawało się powoli faktem. Nasz pokój w szpitalu był miejscem, gdzie toczyło się życie rodzinne i towarzyskie – czułam ogromne wsparcie mojej całej rodziny i przyjaciółek. Byłam otoczona pomocą, wsparciem i miłością. Dawało mi to siłę i pozwalało oswajać się z nową rolą. Dzień urodzin moich dzieci traktuję również jako dzień urodzin mnie jako zupełnie nowej osoby. Niezmiennie od 8 lat celebruję ten dzień z wielką pompą, pełna wzruszenia i ogromnej wdzięczności za to, że dane było mi urodzić Zosię i Stasia.

 

*

METRYCZKI

Kto i gdzie przyszedł na świat: Staś, Centralny Szpital Kliniczny MSWiA w Warszawie
Data narodzin: 27.03.2012
Waga: 1980 g
Wzrost: 45 cm

Kto i gdzie przyszedł na świat: Zosia, Centralny Szpital Kliniczny MSWiA w Warszawie
Data narodzin: 27.03.2012
Waga: 2270 g
Wzrost: 49 cm

*

Zdjęcia pochodzą z domowego archiwum Marii.

Materiał został przygotowany we współpracy z marką Pink No More.