edukacja

Hello school, Hallo Schule!

Edukacja za granicą

Hello school, Hallo Schule!

Oto relacje trzech matek – emigrantek, które z dokładnością naocznego świadka i macierzyńską czułością opowiadają o szkolnej rzeczywistości ich córek: w Londynie, Berlinie i Nowym Jorku.

Miałyście już przyjemność się z nimi spotkać, gdy zajmująco relacjonowały swoje nowe życie za granicą. Jedne z perspektywy kilku miesięcy, inne – kilku lat, ale bez względu na długość pobytu w nowym kraju w ich opowieściach roiło się od emocji i wrażeń na równi z wątpliwościami i znakami zapytania. Przypomnijcie sobie, jak Patrycja Skrzypczyk opowiadała o Berlinie, Agata Nowicka o Nowym Jorku, a Kasia Mogilnicka o Londynie. Nowe ojczyzny, poznawane z zachwytem i dozą niepewności, są malowniczym tłem dla okresu dorastania ich córek, które się w tej stopniowo oswajanej rzeczywistości świetnie się odnajdują. Przeczytajcie.

*

Berlin jest domem dla Patki, projektantki toreb i biżuterii, jej męża fotografa i trzech córek już od 4 lat. Przez ten czas 13-letnia Pola, 10-letnia Ninel i 6-letnia Milla zdążyły już się zaklimatyzować, znaleźć przyjaciół i zdecydować, które przedmioty pociągają je najbardziej. Sprawdźcie to.

 

Jak wyglądały wasze początki w berlińskiej szkole?

Gdy 4 lata temu przyjechaliśmy do Berlina, były wakacje. Pola miała iść za chwilę do czwartej klasy, a Ninel do pierwszej. Oczywiście nie znały ani słowa po niemiecku. Na szczęście nie były przestraszone. Tyle razy powtarzaliśmy, że będzie fajnie i że na pewno szybko nauczą się języka, że wreszcie w to uwierzyły (śmiech). Na kilka dni przed rozpoczęciem roku, jak tylko sekretariat ożył, wkroczyłam optymistycznie do szkoły z wiadomością, że oto jesteśmy, mieszkamy w rejonie i co dalej. Oczywiście pani w sekretariacie nie mówiła ani słowa po angielsku, więc próbowałam, moją łamaną wtedy niemczyzną, się dogadać. Ustaliłam jednak, że Pola do klasy czwartej miała się stawić w poniedziałek na rozpoczęciu szkoły, za to Ninel do pierwszej klasy dopiero 5 dni później, w sobotę. Nie byłam pewna, czy dobrze rozumiem – dlaczego szkoła dla Ninel zaczyna się w sobotę i dlaczego nie tego samego dnia co u Poli?

Polą od razu zaopiekowały się koleżanki, trafiła do superklasy prowadzonej przez wspaniałą nauczycielkę. To była świetna szkoła rejonowa z elementami Montessori, dziewczyny w takich warunkach szybko nauczyły się języka. Spędziły tam 3 lata, a rok temu zmieniliśmy ją na szkołę usytuowaną bliżej nowego domu. No i Pola poszła do gimnazjum.

 

Opowiedz o berlińskich szkołach, jaka jest ich specyfika?

Szkoły funkcjonują tutaj zupełnie inaczej niż w Polsce, nawet ławki są ustawione w inny sposób – do siebie. Dzieci siedzą w grupach po 4-5 osób. Moje córki mają w klasie 2 nauczycieli, podstawowego i pomocniczego. Klasa 1 i 2 są ze sobą połączone. Każdy drugoklasista ma do pary malucha, któremu pomaga. Pierwszego dnia dla pierwszoklasistów organizowana jest mała uroczystość. Zaprasza się rodzinę i przyjaciół, dzieci spotykają się wtedy w klasie i dostają wielkie tutki ze słodyczami.

Podstawówki mają też zawsze place zabaw, na które dzieci mają obowiązek wychodzić na przerwach. Podobnie rzecz się ma
w gimnazjach.

Co szczególnie ci się podoba w niemieckim systemie edukacyjnym?

To, że dzieci nie noszą kilogramów książek, bo one zostają w klasie. Każdy ma swoją półkę, na której trzyma zeszyty ćwiczeń i przybory, jak kredki czy farby. W tornistrze nosi się śniadaniówkę i wodę, no może kilka zeszytów.

Prace domowe nie istnieją. Oczywiście dzieci dostają
zadania do rozwiązania, ale rozwiązuje się je w szkole. W
domu mają przygotować raz na tydzień projekty, samodzielnie, w parach lub w grupach, np. prezentację o ulubionym zwierzęciu. Muszą zdobyć informacje na dany temat, wykonać plakat, a potem
to wszystko przedstawić klasie.

Zaskoczyło mnie to, że nie ma listy lektur obowiązkowych, ale Pola i tak pochłania książki i jest stałym bywalcem okolicznych bibliotek. Kolejny plus jest taki, że w szkole nie trzeba zmieniać butów, a kurtki wiszą na wieszakach obok klasy.

 

A co odnotowujesz na minus?

Nie mam zbyt wielu postulatów do zmian. Dzieci wychodzą rano do szkoły, a ja się nie martwię. Wiem, że nic ich tam złego nie spotka. Życzyłabym sobie tylko, żeby system wystawiania stopni był bardziej elastyczny. 

Może kilka zasad jest niepotrzebnie pokomplikowanych, ale zawsze, gdy czegoś w systemie szkolnym nie rozumiałam, mogłam liczyć na innych rodziców, którzy bardzo chętnie wszystko mi tłumaczyli.

 

Jak zapowiada się wrzesień w szkole Poli, Ninel i Milli?

Świetnie, bo moje dziewczyny zwyczajnie lubią do szkoły chodzić. A mnie podoba się nastawienie na pracę grupową i sposób rozwiązywania problemów. Bo oczywiście problemy bywają. Podoba mi się, że gdy wchodzę do szkoły odebrać dziecko, to każdy napotkany na korytarzu nauczyciel mówi mi „Hallo!”. Pamiętam sytuację z naszych początków, kiedy poszłam odebrać córkę ze szkoły, a tego dnia padał rzęsisty deszcz. Ze szkolnych głośników sączyła się wtedy „Deszczowa piosenka” na osłodę dnia bez placu zabaw. Jak takiej szkoły nie lubić?

 

*

Niecałe 2 lata temu ilustratorka Agata Nowicka wyemigrowała wraz z córką do Nowego Jorku. Sprawy przybrały dobry obrót, także te codzienne, jak znalezienie odpowiedniej szkoły dla rozkochanej w rysunkach 11-letniej Mili. Posłuchajcie, jak wygląda jej szkolna rzeczywistość w Ameryce i jak sobie radzi z nią na co dzień.

 

 

Do której klasy chodzi Mila?

Właśnie skończyła szkołę podstawową, czyli elementary school, co nie odbyło się bez pewnych zawirowań. Do szkoły w Polsce poszła jako 7-latka, w trakcie trzeciej klasy przeniosłyśmy się do Stanów i tam dołączyła do swoich równolatków uczących się w klasie 4. Musiała zatem przeskoczyć rok. To było wyzwanie – nowy kraj, język, program szkolny, a mimo to dała sobie świetnie radę.

Opowiedz o szkole Mili, jaka jest jej specyfika?

Bardzo polubiłyśmy naszą niewielką lokalną szkołę, a szczególnie wspaniałe nauczycielki, które Milę od początku mocno wspierały. Piąta klasa była dużo łatwiejsza, bo Mila była już osłuchana z językiem, zaczęła płynnie pisać i czytać po angielsku.

Co szczególnie ci się podoba w amerykańskim systemie edukacyjnym?

To, że jest tu spory nacisk na pracę zespołową, a nauczyciele podchodzą do zajęć interdyscyplinarnie. Dzieci uczą się dużo o współczesnym świecie, na lekcjach zwraca się uwagę na prawa mniejszości i ochronę środowiska, np. cała seria zajęć była poświęcona Malali Yousafzai. W nauce języka nie popełnia się tego błędu co w nauczaniu angielskiego w Polsce, czyli zaczynania od gramatyki. Dlatego dzieci obcojęzyczne uczą się go chętniej i szybciej.

A co odnotowujesz na minus?

Szkoły są dość mocno skoncentrowane na dyscyplinie, a oprócz przerwy na lunch i krótkiej zabawy na podwórku między lekcjami, nie ma przerw, co było dla nas dość zaskakujące.

Jak zapowiada się wrzesień w szkole Mili?

Właśnie w tym momencie Mila zaczyna naukę w middle school, czyli w odpowiedniku polskiego gimnazjum. Nazywa sie School of Visual Arts (i nie jest to znana nowojorska uczelnia wyższa o takiej samej nazwie). Wybrałyśmy tę szkołę razem, głównie ze względu na jej luźniejsze podejście do dzieci i artystyczny charakter. Po zajęciach, które trwają od 8:30 do 14:30, dzieci mogą zostać w szkole do 17:30 i brać udział w zajęciach pozalekcyjnych odpowiadających ich zainteresowaniom. Wśród wielu oferowanych przez szkołę możliwości jest gra w zespole muzycznym, uprawa ogrodu na dachu i gotowanie.

 

 

*

Kasia Mogilnicka nie kryje swojego zadowolenia z brytyjskiego systemu szkolnictwa. Jej młodsza córka Tola pójdzie w tym miesiącu do pierwszej klasy, a starsza Maya do ostatniej, szóstej. Posłuchajcie, jak z jej perspektywy prezentuje się system nauczania.

 

 

Jak wyglądały wasze początki w brytyjskiej szkole?

Na rok przed rozpoczęciem edukacji należy złożyć aplikacje do trzech wytypowanych miejsc. My mieliśmy to szczęście, że szkoła, która była naszym numerem jeden, znajdowała się na końcu naszej ulicy i obie dziewczyny dostały w niej miejsce. Pomagają w tym trzy kryteria – niepełnosprawność dziecka, rodzeństwo, już obecne w danej szkole oraz lokalizacja. Dzieci zaczynają szkolną przygodę we wrześniu, po 4. urodzinach w klasie Reception (odpowiednik polskiej zerówki – przyp. red.). Wielu obcokrajowców ma skrajne opinie na ten temat, ale ja, obserwując prędki rozwój moich dziewczyn, należę do grupy zadowolonych z tego systemu.

W której klasie są obecnie twoje córki?

Tola pod koniec roku będzie świętować swoje 6. urodziny i za kilka dni rozpoczyna Year 1, czyli pierwszą klasę. I już się nie może doczekać. Maya natomiast ma 10,5 roku i zaczyna ostatni rok szkoły, czyli Year 6. W październiku będziemy składać papiery do secondary school.

Opowiedz o szkole dziewczyn, jaka jest jej specyfika?

Na początku trzeba powiedzieć, że system nauczania w Wielkiej Brytanii bardzo różni się od polskiego, który znam z dzieciństwa. Klasa reception, czyli wprowadzanie dziecka w system edukacji, koncentruje się głównie na grach i zabawach, podczas których od drugiego semestru wplatane są elementy nauki. Dzięki temu dzieci momentalnie zaczynają czytać i pisać. Na tym etapie potrafią już rozwiązać najprostsze równania matematyczne. Lubię to, że wszystko odbywa się bez stresu, przepytywania i wkuwania na pamięć. To idealne wprowadzenie do klasy pierwszej. Dzieci znają już część nauczycieli, znajomy jest też sam budynek szkoły.

Kolejne lata nauki również przebiegają według zasady: „Każde dziecko jest inne i należy je traktować indywidualnie”. Bardzo podoba mi się takie podejście i wiem, że informacja od nauczycieli dotyczy wyłącznie mojego dziecka i jego osiągnięć, a nie tego, jak wypada na tle innych czy według średnich. Tutaj nie ma wywiadówek – w to miejsce organizowane są tzw. open evenings, podczas których przychodzimy spotkać się z prowadzącym nauczycielem w cztery oczy. Dowiadujemy się wtedy, z czym dziecko radzi sobie świetnie, a nad czym musi jeszcze popracować. Sam fakt, że nauczyciel zmienia się co rok, świadczy o tym, że każdy uczeń w jakimś sensie ma świeży start od kolejnego września i nie jest skazany na, czasem krzywdzące, opinie krążące za nim przez całą szkołę.

Co szczególnie ci się podoba w brytyjskim systemie edukacyjnym?

Jednym z głównych atutów jest wspomniany brak porównywania i umieszczania wyników dzieci w tabelach średnich. Uczniowie nie są informowani o tym, jak wypadają na tle klasy, kto jest najlepszy, a kto najgorszy. Rodzice również nie wiedzą, jak radzą sobie inne dzieci. Wiele testów odbywa się niezapowiedzianie, ale dzięki temu dzieci nie stresują się przygotowaniami czy wynikami, bo służą one głównie zdobyciu informacji o tym, czy nauczyciel w odpowiedni sposób przekazuje uczniom swoja wiedzę.

Nie wspominając już o braku specjalnych przygotowań do szkoły pod koniec wakacji, bo wszystko, czego dzieci potrzebują jest na miejscu. Omija nas zakup plecaków, podręczników, kredek, farb, zeszytów itd. Dzieci ,,dla zabawy” mogą zabierać ze sobą do szkoły ulubiony ołówek czy notes, ale nie jest to wymagane.

A co odnotowujesz na minus?

Dobrze, że pytasz, bo nie nie jest aż tak kolorowo (śmiech). Dzieci dostają co tydzień zadanie domowe z matematyki, muszą czytać w domu książki, które, na szczęście, same sobie wybierają (oczywiście nauczyciele podpowiadają poziom trudności czy tematykę). Co drugi tydzień mają wykonać w domu zadanie kreatywne, co zresztą Maya uwielbia, bo może wybrać metodę ich wykonania, a ona lubi mieszać różne techniki: od rysunku odręcznego, przez grafikę komputerową, po wykonywanie modeli robotów czy urządzeń kuchennych z tektury. Zatem te minusy nie są nam straszne.

Jak zapowiada się wrzesień w szkole Toli i Mayi?

Bardzo dobrze. Dziewczyny bardzo lubią swoją szkołę. W ramach klubów organizowanych po lekcjach mogą rozwijać swoje zainteresowania, mają też okazję poznać i wypróbować różne dyscypliny sportu czy muzyki. Poza tym obie znalazły już tam wspaniałych przyjaciół, za którymi tęsknią w wakacje.

Nasza szkoła jest wyjątkowa pod jeszcze jednym względem – nie obowiązują w niej mundurki, co w Wielkiej Brytanii jest bardzo nietypowe.

*

A jak wam podobają sie szkolne opowieści z Nowego Jorku, Londynu i Berlina?

*

Rozmawiała: Dominika Janik