fotorelacja

G’day, Australia!

Rodzinna podróż na skraj świata

G’day, Australia!

U nas środek lata, a w Australii środek zimy. Na początku sierpnia fotografka Joasia Bogusławska z mężem i prawie dwuletnim synkiem Antonim polecieli przywitać się z tą zachwycającą krainą na końcu świata.

Wrócili rozentuzjazmowani i zakochani w Australii po same uszy. I nie przywieźli żadnych sztampowych wspomnień, tylko same  bardzo pozytywne wrażenia z poznawania australijskich plaż i szusowania po Great Ocean Road z rodziną i bandą przyjaciół. Nawet wielodniowy jet lag nie zdołał popsuć im nastrojów i w żaden sposób nie zaważył na wspomnieniach z tak dalekiej i jednak męczącej podróży. Ba, oni już myślą o powrocie w tamte strony. Przeczytajcie, czy Australia ich zachwyciła.

*

Kiedy i dokąd wyjechaliście? 

Na początku sierpnia wyjechaliśmy do Australii.

Wspaniale. Zdradź proszę, co was tam przywiodło.

W Cairns mamy przyjaciół, których chcieliśmy odwiedzić. A że era darmowego latania dla naszego syna miała się niebawem skończyć  – w październiku Antoni skończył 2 lata – stwierdziliśmy, że to idealny moment. Chociaż tak naprawdę to była tylko kropka nad i. Byliśmy po raz pierwszy w Australii 7 lat temu i wciąż myśleliśmy o tym, żeby tam wrócić.

Jak tam dotarliście?

Samolotem. A dokładnie trzema: z Warszawy do Dubaju, potem do Perth, a na koniec do Cairns. Nie pamiętam, ile godzin trwała cała podróż. Zamiast kalkulować, skupiałam się na tym, by przetrwać. Ale dość wymowny jest fakt, że wylatywaliśmy z Warszawy w sobotę, a na miejscu byliśmy w poniedziałek (śmiech). W drugą stronę pokonywanie tylu stref czasowych jest łaskawsze, jeśli chodzi o kalendarz, bo wylatywaliśmy w środę, a w czwartek byliśmy już w Warszawie.

Fajnie, fajnie, a co z jet lagiem?

Niestety, jet leg nie odpuszczał przez długi, długi czas…

Jak Antoni zniósł tak długą podróż?

Samolot to była dla Tonia główna atrakcja. Fascynował go każdy start i lądowanie, spacery po samolocie i przyglądanie się każdemu szczegółowi jego karoserii. Nie dotarliśmy tylko do kokpitu pilotów, ale tata obiecał, że kiedyś mu to załatwi (śmiech). Podczas przesiadek pełen ekscytacji informował nas, że zaraz znowu będzie leciał samolotem. Nie było miejsca na strach czy płacz, jedyne oznaki niezadowolenia pojawiały się w momencie, w którym bardzo chciał się przemieszczać, a akurat nie mógł, bo były turbulencje.

 

 

Jaka pogoda czekała na was po przyjeździe?

Idealna. Taka, o której się nie rozmawia, bo nie ma o czym (śmiech). Deszcz padał może z raz, przelotnie. Można było spokojnie siedzieć na plaży, w słońcu potrafiło być gorąco, ale zawsze w porę nadchodził orzeźwiający podmuch wiatru. Wieczorem się nieco ochładzało, ale wciąż było przyjemnie. Co wieczór siedzieliśmy na dworze. Tam się generalnie dużo czasu spędza na powietrzu, bo pogoda na to pozwala i właśnie za tym już bardzo tęsknię. Taka jest zima w Cairns i świadomie wybieraliśmy ten okres. Poprzednio byliśmy prawie w tym samym terminie. W ichniejsze lato, które przypada na naszą zimę, jest tam upalnie. Podobno nie do zniesienia nawet dla tubylców. Kilka dni byliśmy też w okolicach Melbourne, a to już zupełnie inna historia. Nagle przenieśliśmy się w 10-13 stopni, deszcz i dużą wilgotność, a więc temperatura odczuwalna była dużo niższa.

Twojemu synowi też odpowiadała taka pogoda? Nie marudził?

O tak. Na przełomie lat 2016 i 2017 byliśmy na Fuercie, na której w moich wizjach Tonio godzinami bawi się w piachu. W rzeczywistości bał się wówczas stanąć na nim gołą stopą, a kiedy się przewracał, nie chciał sam wstać, bo to oznaczało podparcie się ręką o piach i – o zgrozo – dotknięcie go! Na szczęście te lęki minęły i w Australii w pełni korzystał z uroków plaż, oceanu, basenów i innych wodnych atrakcji, których tam nie brakuje. Cairns jest w ogóle miastem, w którym nietrudno spędzać z dziećmi aktywnie czas, a nasz syn oprócz tego, że mógłby mieszkać w wodzie, potrzebuje gdzieś zużyć roznoszącą go energię.

Jak się przemieszczaliście na miejscu?

Samochodem – kiedy w końcu odważyłam się spróbować swoich sił w ruchu lewostronnym (tylko ja wzięłam z Polski prawo jazdy) – samolotem, promem, pociągiem, górską kolejką i oczywiście całkiem sporo na nogach. Po Great Ocean Road podróżowaliśmy wynajętym wesołym vanem, do którego zapakowaliśmy się całą siódemką, czyli ja, mój mąż, nasz syn oraz para przyjaciół z dwójką dzieci w wieku 5 i 8 lat. Zabrakło tylko kampera i wyprawy w bardziej bezludne rejony Australii. Poprzednim razem byliśmy kilka dni w buszu – niezapomniane przeżycie. Tym razem odpuściliśmy ze względu na fakt, że Tonio niespecjalnie lubuje się w podróżach samochodem, ale mamy plan to nadrobić.

 

 

Gdzie mieszkaliście w czasie podróży?

W Cairns mieszkaliśmy u przyjaciół. Podróżując do Melbourne i po Great Ocean Road – u znajomych naszych przyjaciół w Geelong, którzy odważyli się przygarnąć dwie rodziny i to w apartamentach. Niektóre mieszkania rezerwowaliśmy przez Airbnb, niektóre bezpośrednio. Raz w Mission Beach byliśmy w pełnoprawnym hotelu z widokiem na ocean. To w ogóle była dość nietypowa podróż, bo na ogół to my jesteśmy organizatorami, planujemy loty, trasę, szukamy fajnych lokum w rozsądnej cenie, a tym razem wszystko dostaliśmy na tacy. Nasi przyjaciele mają biuro podróży No Limit Adventures, więc mimo że uwielbiam to całe planowanie podróży, pozwoliłam się sobą zaopiekować i to było bardzo przyjemne!

Co zrobiło na was największe wrażenie?

Nie wiem, czy to kwestia liczby kilometrów, które trzeba pokonać, żeby tam dotrzeć, ale kiedy tylko docieram do Australii, już jestem w siódmym niebie. Chyba nigdzie indziej tak bardzo nie odrywam się od tego, co zostawiam w Polsce i w zasadzie jestem pod nieustannym wrażeniem wszystkiego, co widzę. Tym razem rozłożyła mnie na łopatki Great Ocean Road. To uczucie, kiedy siedzisz sobie w aucie, pokonujesz kolejny kilometr, za oknem niekończące się widoki zapierające dech w piersiach, w szybę uderzają na przemian krople deszczu i promienie słoneczne, i myślisz, jak małą istotą jesteś względem naszej majestatycznej Matki Ziemi. Bezcenne. Chwilę później do rzeczywistości przywraca cię marudzące dziecko. Dla niego jazda cały dzień autem nie jest atrakcją, także jako najfajniejsze rodzinne doświadczenie wymieniłabym Skyrail Rainforest Cableway. Kolejką linową w Alpach jeździmy praktycznie co roku i nie sądziłam, że i na mnie zrobi wrażenie. Dlatego fruwanie wagonikiem przez 7,5 km nad gęstym tropikalnym lasem to jest naprawdę coś! Kolejka powstała w latach 90. i wówczas była najdłuższą na świecie.

Co najbardziej zachwyciło Antoniego?

Najbardziej podobał mu się moment, w którym stary, zabytkowy pociąg wjeżdżał na stację, bo było go dobrze widać, ale w kolejce linowej stał cały czas na siedzeniu z twarzą przyklejoną do szyby i krzyczał z radości (śmiech). Jego uwadze nie umknął żaden wagonik przejeżdżający w przeciwną stronę, słup, drzewa widziane z góry, rzeka…

 

 

5 miejsc, które trzeba zobaczyć.

Kuranda. Przepięknie położone miasteczko na wzgórzu, w środku lasu tropikalnego. W latach 60. odkryte na nowo przez hipisów, którzy stworzyli tam istniejący do dziś targ – Kuranda Original Rainforest Market. Największą atrakcją jest tutaj sama droga z Cairns. W 2010 pojechaliśmy tam samochodem, krętą drogą wijącą się wśród licznych wzniesień. Osobom z lękiem wysokości nie polecam. Tym razem zaś ze względu na Tonia wybraliśmy bardziej turystyczną opcję, za to jaką zjawiskową! Do góry pojechaliśmy pociągiem. Kuranda Scenic Railway to linia kolejowa łącząca Cairns i Kurandę. Po drodze pociąg zatrzymuje się m.in. przy wodospadzie  Barron Falls. W sierpniu był spokojny, bo pora deszczowa już minęła, ale od grudnia do marca jest podobno naprawdę potężny i widowiskowy. Wracaliśmy wspomnianą już kolejką linową Skyrail Rainforest Cableway. Nie wiem czy widziałam kiedyś Tonia tak podekscytowanego.
Po drugie, wspomniane Great Ocean Road. Malownicza droga biegnąca przez niemal 250 km wzdłuż południowo-wschodniego wybrzeża Australii. Wraz z położonymi przy niej parkami narodowymi znajduje się na liście dziedzictwa Australian National Heritage List.

Trzy, czyli Wielka Rafa Koralowa, jeden z siedmiu cudów świata. Podobno widoczna jest nawet z kosmosu.

Po czwarte, Brisbane. Bardziej kameralne niż Sydney czy Melbourne.

I po piąte, Cairns. Wielka Rafa Koralowa znajduje się zaledwie godzinę rejsu od portu. Można skoczyć do Mission Beach oglądając po drodze płaskowyż Tablelands. W centrum Cairns jest publiczny basen Cairns Esplanade Swimming Lagoon – Tonio nie chciał stamtąd wychodzić. Poza tym codziennie można jechać na inną plażę, każda jest naprawdę jedyna w swoim rodzaju.

 

[gallery type="rectangular" size="full" ids="140801,140798"]

Twoje najmilsze wspomnienie z wyprawy.

Kiedy zamykam oczy widzę małą wegańską kawiarenkę pośrodku lasu deszczowego, czuję zapach i smak świeżo zaparzonej kawy w kawiarce, aromatycznej i oleistej oraz obłędnego nerkownika podanego na bambusowym talerzyku. Znaleźliśmy to miejsce w Kurandzie na Original Rainforest Markecie i zaszyliśmy tam się podczas drzemki Tonia, z dala od turystycznego zgiełku, tandetnych sklepików i fastfoodowego jedzenia. Rozkoszowaliśmy się tym momentem, w którym możesz po prostu siedzieć, patrzeć się przed siebie i myśleć o niczym. Ja tego nie umiem, ale podobno sa tacy, co to potrafią (śmiech).

I to najgorsze.

W zasadzie mam tylko jedno złe wspomnienie z tej podróży. Ten moment, w którym dotarło do mnie, że linie lotnicze Emirates nie mają przewidzianego żadnego rozwiązania do spania dla dziecka w wieku i w rozmiarze Antoniego. Dziecku do 2 lat, jak wiadomo, nie przysługuje osobne miejsce. Przed wyjazdem zrobiliśmy wywiad z wieloma znajomymi, którzy podróżowali na międzykontynentalnych trasach z dziećmi i nikt z nich nie wspomniał o sytuacji, w której dziecko musiało spać na kolanach rodziców. Byłam przygotowana na to, że niemowlęca gondola może być nieco za mała, ale znajomi lecieli z trójką dzieci, w tym z 2-letnimi bliźniaczkami które mimo, że wystawały im nogi, w gondoli spały. Zakładałam więc, że coś na pewno zostanie nam zaoferowane. Naprawdę nie przeszło mi przez myśl, że uważają, że można podróżować z dzieckiem na kolanach przez 14 godzin – tyle trwał nasz najdłuższy lot. A jednak można. Usłyszeliśmy, że Tonio jest za duży i tyle. Gdybym wiedziała, że przyjdzie mi patrzeć jak moje dziecko się męczy i czuć te 15 kg na sobie przez tyle godzin, kupiłabym mu normalny bilet, bo to nie było tego warte.

Co warto spakować wyruszając z dziećmi w te strony?

Zależy od pory roku i planu podróży, ale jeśli chce się przemieszczać po Australii, trzeba się przygotować na zróżnicowane temperatury. My byliśmy w sierpniu, który jest w Australii miesiącem zimowym i tak jak w Cairns była pogoda plażowa, tak w Melbourne przydały się już kurtki i czapki. Ale tam gdzie jest cywilizacja, można dostać wszystko czego się potrzebuje, a nawet wiele więcej (śmiech). Chwilowo plecaki zamieniliśmy na walizki ze względu na sposób podróżowania, ale zawsze lubiłam pakować minimum. Dopiero wówczas dociera do człowieka jak niewiele przedmiotów jest mu naprawdę potrzebnych do szczęścia. Tam, gdzie wózek był przeszkodą albo w chwilach, gdy zależało mi na bliskości z synem, bardzo przydało się nosidło. A odwracając pytanie – na pewno warto przed wyjazdem dobrze zapoznać się z listą rzeczy, których nie można do Australii wwieść. Na przykład całkowicie zabronione jest wwożenie owoców!

Zapamiętam. Powiedz na koniec, jaka piosenka najtrafniej oddaje klimat waszej podróży?

Muzyka towarzyszyła nam podczas codziennych, wieczornych prób nadrobienia braków w przyjacielskich rozmowach, ale też podczas podróży samochodem więc jak zwykle nie jest to łatwy wybór. Myślę, że ogólny klimat najlepiej oddaje ,,Somewhere over the Rainbow”  Israela ,,IZ” Kamakawiwoʻole, trochę dlatego, że to kultowy surferski numer, który nie raz poleciał podczas tego wyjazdu. Z drugiej strony nigdy wcześniej nie widziałam tylu tęcz i to w tak krótkim czasie. Większość na Great Ocean Road. W tym podwójną!

 

 

 

Cudowne wspomnienia, dziękuję, że zechciałaś się nimi podzielić.

*

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: Joanna Bogusławska