rozwój dziecka

Kiedy dziecko nie współpracuje

Zrób to bez chcenia

Kiedy dziecko nie współpracuje
Amazon box guy

Moje dziecko płacze, czegoś chce lub nie chce, jest nieszczęśliwe. Widzę, że mu źle, słyszę jego rozpacz, współodczuwam niezgodę. A mimo to obstaję przy swoim. Dziś o koszmarze i o zaskakujących korzyściach płynących z dziecięcego niezadowolenia i frustracji.

Czy znasz to uczucie, kiedy obstajesz przy swoim i przymuszasz dziecko do czegoś, przed czym ono uparcie się wzbrania? Czy i tobie zdarza się czuć wtedy jak sprawca/sprawczyni przemocy? Pamiętam, jak moja malutka córeczka nie zgadzała się na bycie rozebraną i osłuchaną w gabinecie lekarskim, a poważnie chorowała. Pamiętam, jak mój syn odmawiał bycia zostawionym w osiedlowym klubiku, kiedy miałam coś do załatwienia i/lub potrzebowałam chwili bez niego. Łzy się lały, serca pękały.

Rodzicom jedno pokolenie wstecz nie śniło się, że zmuszanie dziecka do czegokolwiek może być przekroczeniem granic. Granic nietykalności, granic szacunku. Dziś często mamy wątpliwości i poczucie porażki, kiedy zdarzy się nam wymóc coś na dziecku. Rodzicielstwo szybko nas uczy, że te sytuacje są praktycznie nie do ominięcia. Konieczność pójścia do lekarza, do placówki – każda rodzina ma swój obszar, o którym dzieci nie mogą decydować same, bo uznajemy, że troska o nie i ich bezpieczeństwo czy o byt finansowy rodziny jest nadrzędna.

Tekst ilustrują zdjęcia rodziny Danbo, postaci wykonanej z pudełek po przesyłkach z Amazona. Sam Amazon ani jego właściciel nie wywołują w nas szczególnej sympatii, natomiast już sam viralowy projekt japońskiego artysty Antona Tanga okazał się tak pojemny, że można w nim odnaleźć wiele trafnie oddanych rodzinnych sytuacji.

KTO WIE LEPIEJ?

Ty najlepiej wiesz, gdzie kończą się granice dziecka, a zaczynają twoje – czyli gdzie przebiega linia, za którą twoja decyzyjność i kompetencja są istotniejsze niż dziecka chcenie lub niechcenie. Ty wiesz, i to jest ważne. Kiedy przejmuję stery i mówię dziecku, że coś się zdarzy wbrew jego woli, wtedy – paradoksalnie – dziecko czuje się bezpiecznie. Może przeżywać bunt, frustrację, ale moje silne przekonanie, że ta decyzja jest dla niego dobra, że jest słuszna, pozwalają dziecku poczuć, że jest tu ktoś duży, kto się troszczy i zarządza. Łatwiej jest pójść do przedszkola, łatwiej umyć zęby czy założyć nielubianą kurtkę, kiedy się wie, że rodzice podjęli decyzję, że tak ma być.

TO NIE JEST TAK, ŻE DZIECI GŁOSU NIE MAJĄ

Nasza silna decyzja i przekonanie w jakiejś kwestii nie oznaczają jednak, że głos dziecka, jego odmienne zdanie czy frustracja nie mają być wysłuchane. Dziecko uczy się samo siebie słyszeć w swoim niezadowoleniu. Z naszą pomocą rozpoznaje je. Jesteś niezadowolony, prawda? Chciałabyś, żeby było inaczej? Rozumiem to, słyszę to. To dla mnie ważne, dziś jednak zrobimy tak. Jeśli dziecko jest spokojne, może wysłuchać naszych argumentów, dzielimy się nimi w najprostszy sposób. Jeśli płacze, jest w emocjach – darujmy sobie. Większym wsparciem niż argumenty jest nasze zdecydowanie i ciepłe, akceptujące towarzyszenie.

Mnie jest nieskończenie trudno towarzyszyć dzieciom w tych frustracjach, za którymi stoi moja decyzja. Próbuję pamiętać, że dziecko, które dostało wsparcie w przeżywaniu niezadowolenia, w przyszłości będzie umiało akceptować swoje frustracje, będzie szukało rozwiązania sytuacji zamiast się kulić z nimi w sobie. Pocieszam się, że umiejętność przyjmowania dyskomfortu wzmacnia poczucie własnej wartości. Nadmierne chronienie dzieci je z kolei osłabia, odbiera im poczucie, że są kompetentne w przyjęciu życia z jego różnymi odcieniami.

MUSZĘ, CHOCIAŻ MI SIE NIE CHCĘ

Nie chcę iść na logopedię – powiedział dziś Krzyś. Rozumiem. Po prostu dziś zrób to bez chcenia – odpowiedziała mu nauczycielka. Ta sytuacja z przedszkola ilustruje, jak można pomóc dziecku skonfrontować się z tym, że musi zrobić coś, na co nie ma ochoty. I dzieciom, i dorosłym często nie chce się robić różnych rzeczy. Każdy z nas, nawet jeśli ma cudowną pracę, mierzy się z koniecznością robienia rzeczy żmudnych, niedających satysfakcji, koniecznych, lecz nieprzyjemnych. Wypełnianie papierów, ścielenie łózka… Nasza codzienność ma taki swój niemiły pakiet. Trening robienia rzeczy bez chcenia w dzieciństwie, pozwala nam być w dorosłym życiu lepszymi partnerami w pracy i w rodzinie. Jesteśmy gotowi uczestniczyć w życiu z wszystkimi jego przyjemnymi i niemiłymi odcieniami, nie wymigiwać się. Odkrywamy, że w drodze do upragnionego celu czy realizacji zadania możemy skutecznie zmierzyć się z tym, co odbieramy jako nieprzyjemne. Uczymy się potykać się o trudności i mierzyć się z nimi, nie tracąc z oczu tego, co ważne.

Coś dla Ciebie

Halo, tu nuda

Halo, tu nuda

CZASEM CHCIEĆ JEST TRUDNIEJ

Niekiedy dziecięcego niezadowolenia nie da się uniknąć i wtedy dzielnie bierzemy je na klatę. Można jednak próbować mu zaradzić.

„Nie chcę” i „nie chce mi się” mogą oznaczać:

– „Nie wiem, jak to zrobić, to jest dla mnie za trudne”. Wtedy naszym zadaniem jest dodać dziecku otuchy, odwagi, wiary we własne siły. Mój syn źle przyjmował, że ma tak dużo zadawane do domu. Skupiłam się na proszeniu nauczycielki, żeby odciążyła dzieci, zanim zauważyłam, że zapomniałam o tym, że moim zadaniem jest także wzmacniać syna, pokazać mu, jak sobie zorganizować warsztat pracy, jak to zrobić, by zdążyć z lekcjami i o nich pamiętać. Walczyłam z systemem, ale zapomniałam, by z drugiej strony wzmacniać dziecko.

– Strach przed czymś. Wtedy mogę spróbować być przy dziecku najlepiej jak się da. Próbne wizyty u dentysty i fryzjera pomagają rozładować niejeden lęk. Mogę też pomóc dziecku w sytuacjach towarzyskich. Zdarza się, że dzieci boją się członków naszych rodzin czy znajomych, stresuje je to, że są witane, wyściskiwane, wypytywane. Zanim nauczą się dbać same o siebie w takich sytuacjach, to my musimy uprzedzić dorosłych z naszego otoczenia o oporach dziecka i poprosić o uszanowanie ich.

– To, że dziecko miało zbyt intensywny kontakt z mediami elektronicznymi. Wtedy najbardziej się nie chce. Przy megabodźcującym, barwnym, szybko zmontowanym świecie bajek czy gier nasz świat wydaje się szary i mało ekscytujący. Wymaga wykonywania czynności żmudnych i nieoferujących fajerwerków. Dlatego elektronikę proponujemy dzieciom po zrobieniu tego, co jest trudne: po odrobieniu lekcji, pójściu na zajęcia czy sprzątnięciu zabawek. Nie w nagrodę, lecz z przyczyn pragmatycznych – po prostu.

TRENING CZYNI MISTRZYNIE I MISZTRZÓW

To, na ile nam się w życiu cokolwiek chce, zależy od indywidualnego charakteru. Jedni mają dużą motywację wewnętrzną, inni bez wspomagaczy typu kawa ledwo wstają z łóżka. Tak po prostu jest, że niektórym z nas się chce naprawdę niewiele.

Oswojenie się z tym, że możemy działać nie z potrzeby i chęci, tylko dlatego, że tak trzeba, jest w dorosłym życiu cenne. Ćwiczymy tę niezwykłą człowieczą zdolność, kiedy mamy obowiązki do wypełnienia i miejsca, do których musimy rano się udać. Wynosząc śmieci, płacąc rachunki czy dźwigając siaty, wykształcam pewien szczególny rodzaj siły, dzięki której:
– potrafię się nauczyć czegoś, co mnie niewiele interesuje, ale jest mi potrzebne,
– mogę prowadzić samą siebie przez życie, być w nim decyzyjną,
– nie boję się swojego dyskomfortu i niezadowolenia, umiem tymi trudnymi stanami zarządzić.

Jeśli my tego nie zrobimy, robić bez chcenia nauczy dziecko szkoła. Tam przymus stosowany jest otwarcie, rytm wyznaczają dzwonki, szkoła wdziera się do domu i usadza dzieci przy biurkach. Ale szkoła – uogólniając – nie słyszy dzieci. Nie wspiera dziecięcej pewności siebie i wiary we własne kompetencje. My możemy to zrobić w dobry sposób, wcześniej. Możemy dawać dziecku siłę, umacniać w nim przekonanie, że da radę.

JAKIE NARZĘDZIE MA RODZIC?

Kiedy dziecko jest maleńkie, naszym zadaniem jest usuwać każdy dyskomfort. Przewijać, karmić, tulić. Zawsze reagować na łzy i działać. A potem dziecko zaczyna chodzić, przewracać się, wyciągać ręce po przedmioty, których nie możemy mu dać. Zdobywa dla siebie świat, a my wciąż i wciąż mówimy, że czegoś nie wolno, że coś jest zakazane. Zamiast reagować na dziecięce łzy jak pogotowie, zaczynamy być mimowolnymi ich sprawcami. Przyjęcie, że dziecko ma prawo do swojego niezadowolenia otwiera ważny etap dawania dziecku i sobie wolności, luzowania pępowiny.

Mamy wielką lekcję do przyjęcia. Trzeba:

– zapanować nad swoim lekiem, że dziecko jest postawione w sytuacji, której nie chce. Przyjąć ją jako dobrą, rozwojową. Wtedy pomożemy dziecku przejść przez to doświadczenie.

– zgodzić się na to, że nasze ukochane maleństwo potrzebuje uczyć się być w dyskomforcie, przyjąć go i przepracować, czyli odkryć, jak w trudnej, niechcianej sytuacji odnaleźć się najlepiej.

– trenować to razem. Przecież mamy – każdy swoje – sposoby. Jedni dają sobie małe nagrody, inni uczą się widzieć szklankę do połowy pełną, jeszcze inni nie myślą, nie roztrząsają, tylko skupiają się na zadaniu. Dziecko też odnajdzie własny sposób.

– nauczyć się prawdziwego towarzyszenia dziecku. Słyszenia go i jednocześnie pozwalania mu żyć po swojemu. Jedna znajoma robi to tak: Słyszę cię, że ci niemiło z koleżanką w przedszkolu. Ale nie usunę tej koleżanki z twojego świata. Może chcesz się tylko wygadać i wypłakać, a może chcesz byśmy się razem zastanowili, co ty możesz w relacji z koleżanką zrobić. Bo możesz sobie w różnych sytuacjach radzić, nawet beze mnie. Wierzę w ciebie.

NIEPRZEKRACZALNE GRANICE

Są sytuacje, w których nie należy przekraczać dziecięcego niezadowolenia i przesuwać dziecięcych granic. Każda rodzina wyznacza swój obszar nietykalności, dzieci swoim uporem w pewnych kwestiach nas same uczą, gdzie ich granice przebiegają.

U mnie w domu to było jedzenie i dotyk ciała. Nie ma takiej opcji, żeby dziecko było zmuszane do jedzenia, ma natomiast prawo do odczucia głodu. Nie mogę też na przykład tulić czy czesać dziecka, jeśli nie ma na to ochoty. To dotyczyło również tych nieszczęsnych wizyt u lekarza – ostatecznie dobry lekarz umie jakoś tam osłuchać dziecko przez koszulkę albo przychodziliśmy kilka dni później. Mam zachowany zapis z echa serca mojej córki Mili, wtedy dwuletniej: badanie należy powtórzyć, kiedy dziecko będzie posłuszne.

Maria Bator – stała autorka na Ładne Bebe, nauczycielka przedszkolna, studentka pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej, absolwentka kursu dedykowanego przedszkolankom waldorfskim. Mama dwójki nastoletnich, raczej zadowolonych obecnie dzieci. Inne jej teksty o rozwoju dzieci i związanych z nimi wyzwaniach rodzicielskich czekają tutaj

Dodaj komentarz