Dania na rowerach z maluchami

Wakacje bardzo pod chmurką

500 km na rowerach z kilkulatkami. Brzmi odważnie. Ale czy samoloty, przesiadki transferowe, zmiany hoteli też nie bywają udręką? Plan jest prosty: wakacje pod chmurką i w swoim tempie, bez narzuconych grafików. Ot tyle, by zdążyć na samolot do Polski. Zobaczcie relację Olgi z tej wyprawy!

Na kółkach, niespiesznie, tyle ile sił w nogach. Donikąd nie goniąc, no chyba, że za uciekającym dwulatkiem. Podziwiając świat z poziomu trawy, wody i szosy, najbliżej natury jak się da – oto wyjazd Olgi i ekipy do Danii. Dzieciakom do szczęścia niewiele potrzeba, a rodzicom przybijam piątkę, bo rowery i 500 km robią na mnie wrażenie jednak piorunujące. Ja, na starej holenderce, ledwo pod górkę na Książęcej…

Jak mówi Olga, odwagi! Posłuchajcie, jak pięknie o tej wyprawie opowiada.

*

Nasza trasa? Wylądowaliśmy w Billund w Dzień Dziecka. Przejechaliśmy na czterech rowerach obok Legolandu i zaczęliśmy wakacje. Spędziliśmy dwa tygodnie na powietrzu – pod namiotami, na łąkach, drogach, plażach i między drzewami. Chłopcy nie mieli nam za złe. W końcu był piach, kamienie, czereśnie i dużo wody – atrakcje w sam raz dla naszego Tadeo (2 lata) i synków przyjaciół: Tymka (4 lata) i Jerza (prawie 2 lata).

*

TRANSPORT

Pokonaliśmy rowerami z przyczepkami planowaną trasę: 500 km z Danii kontynentalnej przez wyspy Fyn i Sjælland do stolicy. Po drodze zaliczyliśmy także entuzjastyczną przeprawę promową i kilka długich mostów. Chłopcy jechali w dwóch sportowych przyczepkach Thule – jednej z przełomowych inwestycji naszego rodzicielstwa. Tymek (a dokładnie – jego tata) wiózł też dodatkowo własny rowerek, którym na równi z nami zasuwał tam, gdzie to było bezpieczne. Wyzwaniem logistycznym było nie tyle pedałowanie (to kraj o bardzo podlaskim krajobrazie), co… transport rowerów. Trasa PL-DK-PL była mało ekologiczna – lecieliśmy samolotem. W Warszawie bez problemu rozkręciliśmy sprzęt do kartonów i zabezpieczyliśmy stretchem. W Kopenhadze, o zgrozo, przez wiele godzin nie mogliśmy zdobyć ani kartonów, ani folii. Przygoda sama w sobie. Dobytek mieliśmy w sakwach i worach. Łącznie z dziećmi, jakieś 200 kilo obciążenia, dość nierówno podzielone na czwórkę rodziców.

*

POGODA NA MIEJSCU

Pod chmurką. Było doskonale – nie za ciepło, nie za zimno. Wróciliśmy ze zdrową opalenizną i poczuciem, że zarówno strój kąpielowy, jak i odzież typu hardshell warto było wieźć ze sobą. Raptem dwa razy dopadł nas deszcz (chłopcy byli zachwyceni) i Dania jest stosunkowo wietrzna (a rower z przyczepką jak żagiel), ale grunt to być elastycznym i przygotowanym na każdą pogodę. To naprawdę możliwe, także z dziećmi. Upały nie są wskazane na rowerowe wyprawy, więc te 16-24 stopnie były naprawdę przyjemne. I chodzi tu nie tylko o wysiłek, ale też komfort snu dzieci w przyczepkach. Wszędzie było blisko do morza lub innej wody, więc towarzyszyło nam sporo komarów, ale też ptaków: łabędzi, jaskółek, rudzików i tych niedostrzegalnych, które pięknie śpiewały nad ranem.

*

MIESZKANIE

Też pod chmurką. Mieliśmy wygodne samopompujące się maty Mammuta, lekkie śpiwory i bardzo praktyczny, łatwy do codziennego składania i rozkładania namiot Fjord Nansen per rodzina. Zabookowaliśmy tylko pierwszą noc po wylądowaniu, potem po prostu rano wybieraliśmy cel dalszej podróży. Kempingów jest naprawdę wiele i większość z nich oferuje miejsce na namiot w cenie około 250-350 zł na rodzinę. Ogólnodostępne są też drewniane, surowe Sheltery z żywym dachem lub przykryte strzechą, rozsiane po wszystkich zakątkach kraju. Wielu odwiedzających korzysta z domków do wynajęcia, a najczęściej przyjeżdża wielkim kamperem. W Danii nie obowiązuje znane nam np. z Norwegii prawo dostępu, czyli swobodnego kontaktu z naturą, który w praktycznym wymiarze oznacza możliwość rozbicia namiotu w niemal dowolnym dogodnym miejscu. Jednak zawsze w zasięgu 30-50 km mieliśmy dwa, trzy miejsca na nocleg do wyboru, a większość kempingów oprócz kuchni i łazienek dla biwakujących, miała też ogrzewane pokoje rodzinne, place zabaw i małe sklepy spożywcze czy… minizoo. Posiłkowaliśmy się aplikacją Naviki i mapami Google. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

*

CO WARTO ZABRAĆ? 

Bogatsi o doświadczenie z górskich podjazdów po Tatrach trzy razy zastanowiliśmy się, czy lepiej spakować dodatkowy polar, czy garść proszku do prania. Było natomiast naprawdę sporo rzeczy, które po prostu musieliśmy ze sobą mieć. Z rzeczy na wszelki wypadek była tylko apteczka – całą resztę dobieraliśmy kluczem niezbędników na różną pogodę i ułatwiaczy życia. Do tych ostatnich należały między innymi lekkie książeczki dla chłopców, łopatka, ulubione auto czy wysokoenergetyczne batony i gorzka czekolada.

Zasadnicza część bagażu na taki wyjazd to odzież techniczna, która (co nie bez znaczenia) szybko schnie po praniu. Koszulki i bielizna, często z oddychającej wełny merino, wygodne spodnie, getry, buffy, czapki. Windstoper na wiatr, hardshell na deszcz, polar lub sweter na pochmurne dni, puchówka na zimne noce, dobre buty na każdą pogodę. Unikaliśmy jasnych rzeczy, by wszystko móc prać razem i nie bać się plam z błota i truskawek. Chłopcy mieli czuć się swobodnie. Po prostu często się przebieraliśmy.

Do tego cała strefa piknikowa: duża sakwa. Jeszcze w domu zmieszaliśmy porcje bogatych owsianek. Mieliśmy ze sobą także liofilizowane obiady do przygotowania na gazie, dziecięce mleko, kilka owocowych tubek, orzechy. Rano podgrzewaliśmy lunch do termosu z szerokim wlewem, z którego wieczorem chłopcy też podjadali kisiel. Kilka talerzy, kilka sporków. Każdy miał swoją, inną butlę na wodę. Dzieci zabrały też bidony Lassig ze stali nierdzewnej, z poręcznym uchwytem, które pozwoliły nam transportować mleko czy sok przelany z kartonu i zrezygnować właściwie z jednorazowego plastiku. 

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

W przyczepkach, w małych bocznych kieszeniach maluchy miały swoje osobiste rzeczy, picie i owoce, z których w dowolnym momencie drogi mogły korzystać. Wszystko musiało mieć swoje miejsce, więc sakwy i worki Crosso miały kolorowe oznaczenia, a na kierownicach dodatkowo wieźliśmy torby Ortlieb. Świetnie sprawdziła się duża nerka od Lassiga, którą zawsze miałam na wierzchu, razem z telefonem i aparatem czy najważniejszymi dokumentami. Mieściła także okulary i filtry przeciwsłoneczne, codzienne leki Tadka, pieluszkę i ratunkowy zestaw przekąsek dla dzieci. Była na tyle wygodna, że mogłam jechać z nią na plecach, ale też świetnie wpasowała nam się zawieszona nad kufrem przyczepki. Gdziekolwiek szliśmy, zostawiając rowery czy namioty za sobą, wiedziałam, że jedyne, o czym muszę pamiętać, to torba-nerka i Tadek (śmiech).

Mieliśmy ze sobą multitoola, pompkę (niezbędne do skręcenia rowerów po wylądowaniu), ale też kilka dętek (jedna przydała się już pierwszego dnia) i patchy do sklejania opon czy mat. Do tego silver tape, trytytki, linki do mocowania worków, zapasowe haki do sakiew, oświetlenie, dyszel, kaski, czołówki, bidony…Same rowery miały swój ponadlimitowy bagaż. 

W tabeli rzeczy do zabrania były 182 pozycje…

*

TOP ZACHWYTY

Tym razem mniej chodziło o to gdzie, a bardziej jak i z kim. Dania nie onieśmielała nas widokami, ale była bardzo w sam raz. Głęboko zaciągaliśmy się czystym, nadmorskim powietrzem. Wieczorem grillowaliśmy świeże lokalne ryby i warzywa. Wsłuchiwaliśmy się w coraz to nowe słowa wychodzące z ust naszych dwulatków. Z radością odkrywaliśmy ścieżki rowerowe, biegnące przez malownicze łąki i lasy. Cieszyliśmy się swoją bliskością i porankami twarzą w twarz. Budziliśmy z nosem lub stopą dziecka wtuloną w czoło. Ganiały nas kaczki. Padał ciepły deszcz.

Super wspominam jedną z dłuższych tras. Przede wszystkim dlatego, że na jej koniec wylądowaliśmy na świetnym kempingu Sandager Næs, gdzie właściciel widząc naszą ekipę przymknął oko na godziny otwarcia części rekreacyjnej i wpuścił nas wieczorem, byśmy mogli tylko w swoim towarzystwie ogrzać się w ciepłym, outdoorowym basenie puszczając z ust parę.

Może to nietypowe, ale w tym całym dzikim wyjeździe, jednym z fajniejszych momentów było  też wparowanie na koniec między ludzi na ulice Kopenhagi. Rowerzystów było tysiące i mknęliśmy trochę z prądem między dzielnicami obserwując jak woda wplata się w miasto. Przerwę na lemoniadę zrobiliśmy na Sønder Boulevard, gdzie między drzewami można wypić mate, zjeść tacos albo sushi z jednego z licznie rozsianych tam kosmopolitycznych lokali. Albo po prostu bułkę z pomidorem z pobliskiego marketu. Wracaliśmy na kemping o zachodzie słońca czując trochę, że to już koniec wyjazdu. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

NASZE RADY

Odwagi! To, co najbardziej potrzebne do takiej wyprawy (oprócz tych 12 sakiew), to decyzja. Potem to wszystko zaczyna się układać. Każdą rzecz planuje i robi się jedną po drugiej, nie na raz – żadne rocket science, a do tego bardzo warto! Te podróże, które były wymagające, wspominamy co chwilę – dają i radość, i dumę, i satysfakcję.

Reelaax. Każdy rodzic czasem czuł ten paradoks czasu przy dzieciach; trudne godziny się dłużą, ale dni uciekają jeden za drugim. Tu było na odwrót. Mieliśmy te wszystkie chwile dla siebie bez pośpiechu. Musieliśmy tylko zdążyć za dwa tygodnie na samolot w Kopenhadze, wszystko inne można było zrobić w swoim tempie. Jak się budzimy, to znaczy, że pora wstawać, jak się kładziemy, że pora spać. 

Mądre pakowanie. Warto przemyśleć ilość bagażu, ale i sposób jego rozmieszczenia w sakwach. W oznaczonych kolorami workach mieliśmy system. Na wierzchu rzeczy przeciwdeszczowe, na gwałtu rety, na dnie leki – oby się nie przydały. Tu rzeczy Tadka, tu biwakowe, tam gdzie pranie, to i proszki. Nocą po ciemku sięgaliśmy po pieluchy, Kindle’a czy ciepły dres. 

Jesteśmy w tym razem. Staraliśmy się cały czas pamiętać, że to podróż i dla nas, i dla dzieci. Wsłuchiwaliśmy się w swoje potrzeby, nie wywieraliśmy presji, decydowaliśmy się wszyscy na pewne kompromisy. Chłopcy często cierpliwie czekali na przystanek, my często cierpliwie śpiewaliśmy o pociągach i wyspach Bergamutach. Myślę, że to dobra lekcja w czasach on-demand.

Jesteśmy w tym sami. Nieczęsto jako rodzice mamy okazję patrzeć przed siebie przez dłuższą chwilę, zatopić się w myślach. Rower to nie tylko środek transportu. To rozsądny wysiłek fizyczny dla każdego, który pozwala odpocząć głowie, pomarzyć, zmierzyć się, poplanować. Czasem warto zadbać, by pojawił się ten czas.

*

CZEGO NAS PODRÓŻ NAUCZYŁA

To, do czego trzeba przywyknąć na outdoorowych wakacjach to piach i umorusanie. Rączki, stopy i buzie maluchów ciężko domyć po całym dniu wrażeń. A i my nie jesteśmy oszczędzani. I nie mówię tu o sytuacjach, w których niemowlęca kupa przez palce spada ci na sandał. Ale te faktycznie w domu mają miejsce rzadziej. Takie wakacje uczą więcej śmiać się, niż płakać, gdy sprawy wymykają się spod kontroli.

Natura to żywioł i spoķój. Uczy nas pokory, zachęca do ekspresji i łagodzi – wyraz twarzy, spory, temperament. Nasze maluchy miały szansę zawiesić wzrok na horyzoncie odleglejszym niż sąsiednie bloki. To miłe, ważne. Taka perspektywa wspiera łatwość (małych i dorosłych) w radzeniu sobie ze stresem i przepracowywaniu własnych emocji. Przebywanie poza miastem pozwala też wyzwolić swobodę i zdrowy dystans. Oddalić się od dziecka nie martwiąc, że zgubi się w tłumie, zawołać, gdy zauważy się w oddali łosia, bociana czy podgrzeje zupę. Czasem krzyknąć do (nie na) dwulatka, by może jednak nie wsadzał tam ręki lub tego do buzi, ale też pozwolić mu dotknąć huby i spróbować szyszki. Mnie outdoor nauczył nie bać się krzyczeć. Tak, wiecie: heeej, i łoooł, i patrz! I jeszcze „jadą, jadą misie…”

Lubimy z M. stawiać przed sobą ambitne cele, udowadniać sobie, że z dziećmi możemy to samo, tylko inaczej. Ale nauczyliśmy się też luzować tego bata, który strofuje, by pędzić dalej, szybciej, pionowo pod górę. Podczas pierwszej dużej rowerowej wyprawy karmiłam piersią, podczas tej karmiła Aga. To nie był (nie mógł być!) Everest i nie odkryliśmy przed światem Ameryki. Ale przed samymi sobą i dziećmi, koło za kołem naprawdę odkrywamy świat. Zaczęliśmy to bardziej doceniać.

*

Koło za kołem, kilometr za kilometrem, pięknie przejechana i przeżyta historia. Nie o kilometraż i rekordy w niej chodzi. I fajnie! Mnie ciekawi dokąd ekipę poniesie za rok?

 

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.