COODOtwórczynie

Rozmowa z Martą Bartkowską

Wolno, wolniej, najwolniej. Możemy tak stopniować w nieskończoność, ale o ile z gramatyką sobie radzimy, o tyle wprowadzenie idei slow w życie nie jest już taką prostą sprawą. Bedzie łatwiej, jeśli postawimy sobie kogoś za wzór, kogoś, kto przy milionie zajęć potrafi zatrzymać się i czerpać z tego, co dzieje się tu i teraz.

Marta Bartkowska to czwarta cud-dziewczyna, która wzięła udział we współtworzonym z marką Coodo projekcie Coodotwórczynie, promującym życie i macierzyństwo w spokojnym rytmie, zgodnym z indywidualnymi potrzebami i temperamentem.

Bo wszystkie jesteśmy inne. Są mamy, które ważą każde słowo, a zmiany wprowadzają stopniowo. Wolą działać wolniutko, niż sparzyć się nieprzepisową prędkością. Są też takie, którym wiatr przeczesuje włosy, bo ciągle gdzieś mkną i nie chcą się zatrzymać. No dobrze, zrobią sobie przerwę na chwilę, ale prędko wrócą do gry, bo lubią, jak w życiu jest gęsto od zdarzeń, szans i niespodzianek. I taka właśnie jest Marta, menedżerka teatralna i mama 1,5-rocznego Kuby, dziewczyna-żywioł, wolny duch i niezmierzona serdeczność w jednej, przesympatycznej osobie.

Lubię takie spotkania, kiedy słowa płyną same, śmiech wybucha salwami, w mieszkaniu widać ducha właścicieli, a gdzieś tam w kącie czai się kot, duży i ciężki, ale niezbędny w pewnym malowniczym ujęciu na balkonie. No i tego kota o imieniu Byrski trzeba przekonać, że musi się na zdjęciu znaleźć. Czyli złapać, przenieść, ustawić, przygładzić rudy bujny włos. I mimo przewidywalnej klęski, cała operacja pięknie się udaje. Sami zobaczcie.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

*

Cześć Marta, spieszysz się dokądś?

Nieustająco.

Masz w zwyczaju pędzić czy raczej stąpasz powoli?

Co chwila łapię się na tym, że biegnę. Jakoś lepiej się czuję w szybszym tempie. Lubię, kiedy coś się dzieje, lubię być w ruchu. Niespecjalnie umiem wysiedzieć dłużej w jednym miejscu. To w sumie zabawne, bo mimo tego pędu i tak często się gdzieś spóźniam. Im bardziej staram się być na czas i im bardziej się spieszę, tym gorzej mi to wychodzi (śmiech).

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Na co najbardziej brakuje ci czasu teraz, kiedy jesteś mamą?

Nie wyliczam i nie narzekam. Nauczyłam się działać w trybie „na raty”. Dwie strony książki tu, 30 minut filmu tam, krótka, szarpana rozmowa przez telefon z przyjaciółką, która zresztą sama ma trójkę dzieci. Kiedy się da. Pomiędzy. Ale najbardziej brakuje mi wieczornych wyjść do kina i teatru. Zorganizowanie wspólnego wyjścia jest już logistycznie trudniejsze, ale nie nieosiągalne. Ostatnio udało nam się nawet „wyrwać” na półtora dnia do Wrocławia na festiwal Nowe Horyzonty. Przesiedzieliśmy w kinie cały dzień. Uczta. Radość.

 

A na co masz tego czasu teraz nieporównywalnie więcej?

Na życie wewnętrzne (śmiech). Ale serio, siłą rzeczy ¾ dnia spędzam ganiając za swoim synem wte i wewte. Trafił nam się wyjątkowo ruchliwy i energiczny egzemplarz, mały kombinator, więc nie możemy spuszczać go z oka nawet na ułamek sekundy. Człowiek-sprężynka. Widzisz i znowu ten bieg. To chyba rodzinne (śmiech).

 

Właśnie wracasz do pracy w Teatrze Studio po urlopie macierzyńskim. Powiedz, jak się z tym czujesz, kiedy twój tryb życia i plan dnia tak się zmieniają?


Tak naprawdę, zaczęłam pracować 4 miesiące po urodzeniu Kuby. Nie chciałam zamykać się w domu sama z dzieckiem. Dość szybko podjęłam się kilku zleceń. Dla zachowania równowagi i złapania innej perspektywy, żeby wpuścić w swoje życie inny oddech, żeby być między ludźmi. Bardzo mi na tym zależało. Wiesz, ja zawsze bardzo dużo pracowałam i kilkumiesięczna przerwa w pracy w zasadzie mi wystarczyła. Jednocześnie chciałam mieć komfort decydowania o swoim czasie, poświęcania go w maksymalnym zakresie synowi. I to mi się przez ostatnich kilka miesięcy dość dobrze udawało. Wracam do pracy, ale też nie w pełnym wymiarze, więc liczę, że uda się nam wszystkim uniknąć szoku. Poza tym, mam wspaniałe wsparcie rodziny i fantastyczną opiekunkę, mamę moich przyjaciółek, którą Kubuś bardzo dobrze zna i uwielbia, więc jestem spokojna.

 

 

 

 

Teatr Studio, współpraca ze SPATiF-em i artystami: Jerzem IgoremMarcinem Maseckim, Paulą i Karolem – sporo ogarniasz. Powiedz, jak się organizujesz, że na wszystko starcza czasu? 

Zawsze lubiłam mieć w życiu gęsto i wszystkie te projekty były możliwe, ponieważ szczęśliwie nie nakładały się na siebie czasowo. Ale też żaden z nich nie wydarzyłby się, gdyby nie wsparcie mojego partnera, rodziny i przyjaciół.

Co cię najskuteczniej relaksuje? Jaka jest twoja metoda na totalne odprężenie? 

Na mnie najlepiej zawsze działała woda, pod każdą postacią. Szklanka zimnej wody z cytryną i nogi w górę, gorąca kąpiel, basen albo – najlepiej – szybki wypad nad morze.

Kontakt z wodą to też ulubiony sposób na relaks Marty Mach. A co jeszcze pozwala ci złapać balans i nie wyłożyć się na prostej drodze?

Rodzina i przyjaciele, najważniejsze punkty odniesienia. Dobrze jest mieć swoich ludzi na świecie. Jest wtedy jakoś raźniej i niesamotnie.

Kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie?

Nie wiem, nie pamiętam. Ale staram się w każdej rzeczy, którą robię, robić coś – nawet mikromałą część – dla siebie. Nie potrzebuję wielkich, spektakularnych autogestów. Chociaż trochę oszukuję, chętnie poszłabym w najbliższym czasie na pazury (śmiech).

 

Mieszkacie na Powiślu, wokół cisza i najlepsze kafejki, blisko do parku.  Jak wam się tu żyje, jak spędzacie czas?

Miejsce bajka. 10 min spacerem do centrum, kilka parków wokoło, stara, piękna architektura. No więc bardzo miło i dobrze się tu żyje. Mogłabym ponarzekać na brak windy, ale się wstydzę. Jakoś sobie musimy dawać radę. A serio, to miejsce marzenie, czasem wręcz trochę abstrakcyjne. Wciąż czuję się tu bardziej jak turysta, chwilowy gość, ale może dzięki temu jestem bardziej czujna i wrażliwa na uroki tego miejsca. Wciąż moim ulubionym miejscem spacerów z Kubą są Bulwary nad Wisłą, chociaż powoli przestawiamy się na place zabaw. Ostatnio odkryliśmy genialny plac, a właściwie park zabaw nieopodal Warszawianki – absolutny małpi gaj. Polecam szczególnie na nadchodzące deszczowe i mroźne dni.

 

 

 

Wiem, że twój tato jest muzykiem jazzowym. Jak odnajduje się w świecie plastikowych zabawek, z których niemal każda musi wydawać jakiś dźwięk?

Faktycznie, mój tata przeżywa trudny czas z tymi wszystkimi zabaweczkami z finezyjnymi melodyjkami, którymi bawi się Kuba. Szczególnie, jeśli grają przez kilka godzin dziennie (śmiech). Chociaż ostatnio słyszałam, jak podśpiewuje sobie pod nosem jeden z tych motywów. Może gdyby wydał płytę pt. „Peppa Pig na jazzowo”, stałaby się hitem? Kto wie… (śmiech)

 

To jest myśl! Macie w domu też świetną kolekcję płyt, co najczęściej puszczacie Kubie?

Staramy się włączać Kubie różną muzykę. Trochę starego, melodyjnego jazzu – Bubu najbardziej chyba lubi Cheta Bakera, zawsze się przy nim tak jakoś rozmarza. Trochę współczesnych kawałków, w tym Jerza Igora. Kubuś ma naprawdę dobry słuch i jest bardzo czuły na dźwięki, więc chcemy to w nim pielęgnować. Od jesieni mamy też w planach stałe wizyty na MeloKoncertach, które prowadzą dwie wspaniałe dziewczyny, Ania Natalicz i Basia Jagodzińska-Habisiak.

Dobra rozrywka. Opowiedz jeszcze trochę o Kubie. Jaki to jest człowiek?

Kuba jest wulkanem energii, ale też bardzo czujnym obserwatorem, co mnie za każdym razem niesamowicie wzrusza. To jego wgapianie się w najprostsze czynności i każdorazowy zachwyt albo zdziwienie. Pokazywanie dziecku świata uczy wszystkiego na nowo. Poza tym Bubu uwielbia makaron, bułkę i borówki amerykańskie, jest wegetarianinem z wyboru – choć wciąż jeszcze negocjujemy tę pozycję. I uwielbia wszystko i wszystkich gryźć.

 

 

 

Czyli ideał. Jak dzielisz się domowymi obowiązkami z chłopakiem?

To wciąż bogate pole do negocjacji, ale Maciek wspiera mnie, jak tylko może. Na przykład ostatnio podjął się zmierzenia Kubie temperatury i przy okazji udało im się zmienić ustawienia termometru na skalę Fahrenheita. Teraz musimy przeliczać na stopnie Celsjusza. (śmiech).

 

Powodzenia w negocjacjach i stokrotne dzięki za rozmowę.

*

Kuba z wrodzonym wdziękiem i wirtuozerią nosi bluzkę oversize longsleeve, grafitową pikowaną bluzę hoodie, body z krótkim rękawem, czarne spodnie rurki i rampers z guzikami.

*

Zdjęcia: Kasia Rękawek

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Marta Bartkowska

Od 13 lat zajmuje się PR-em w warszawskich teatrach i promocją projektów kulturalnych. Absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim, filmoznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i podyplomowych studiów w Szkole Głównej Handlowej. Wybredna koneserka lodów śmietankowych (ale takich robionych wg starej babcinej receptury) i dobrego białego wina. Początkująca mama.

1 komentarz

  • COODOwnościowe zdjęcia!
    Kasiu, zdradzisz, jakim aparatem je robisz? Z jakiego obiektywu korzystasz? Och… Tak cudownie wyciągasz fakturę materiałów, głębię! (jak przy tym zdjęciu Kubusia na fotelu – gdzie po prostu czuje się ten różowy materiał oraz miękkość ubranek Bubu…)

    Heh, a co do termometru… To ostatnio ja przestawiłam skalę, nie mąż 😛 taka ze mnie zdolna mama 😉 I fakt, śmiechu było nieco z tego powodu 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.