Coodotwórczynie

Rozmowa z Natalią Sosin-Krosnowską

Konstanty jest zawsze na pierwszym miejscu, reszta jest improwizacją – mówi Natalia Sosin-Krosnowska, dziennikarka telewizyjna, mama rezolutnego 3-latka i jedna z najbardziej zajętych osób, jakie znam.

Najpierw widzę ciemne jak węgielki oczy, potem dopiero Natalię. Ta magnetyzująca dziewczyna prowadząca program „Daleko od miasta” i autorka książki „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” robi milion rzeczy naraz ze stoickim spokojem i lekko, jakby szła po linie. Poznałam ją, przepytałam i wciąż tak do końca nie wiem, skąd w niej ta równowaga, dystans i zaufanie do własnych wyborów. Może to kwestia priorytetów, szanowania swojego czasu i przestrzeni, a może naturalnej odporności na trudy i radzenia sobie ze zmianami, jakby to była fraszka igraszka zabawka blaszana. Natalia jedzie wprost do celu jak lokomotywa, ale nie jest to pogoń, tylko podróż, w której towarzyszą jej najważniejsi ludzie – mąż i syn. To mi się pięknie zgrywa z ideą przyświecającą spotkaniom spod znaku COODOtwórczynie, realizowanym wspólnie z marką Coodo. Spróbujmy się kolektywnie pochylić nad tajemnicą życia powoli, blisko rodziny, przy jednoczesnym realizowaniu siebie i swoich pasji.

*

Jak ci minął dzień? Dużo spraw?

Bardzo dużo. Po północy wróciłam ze zdjęć do kolejnego sezonu „Daleko od miasta”, wstałam jak zawsze koło 8 rano, potem zajęłam się ogarnięciem mieszkania przed naszym spotkaniem, a uwierz mi – po dziewięciu dniach mojej nieobecności i rządów taty i syna, wyglądało, jakby huragan przeszedł przez sklep z zabawkami i wyrzucił wszystko na naszą podłogę.

No to brawo, bo nie ma śladu po huraganie. To zasługa twojego autorskiego systemu ogarniania chaosu czy może dobrego podziału obowiązków?

Nie dzielę się obowiązkami, a organizuję na bieżąco. Mam ten luksus, że moja praca nie wymaga codziennego chodzenia do biura, poza tym pomaga nam moja mama, bez której byłoby bardzo ciężko. Jak wyjeżdżam na zdjęcia, to ona zajmuje się synkiem w ciągu dnia, gdy Wojtek jest w pracy. Jak pracowałam jeszcze w redakcji i później – kiedy pisałam książkę – też się nim zajmowała. Mąż chodzi do pracy, z doskoku uczestniczy w domowych obowiązkach, ma też ogromny talent do zamieniania prac domowych w superzabawę, dzięki czemu nie pamiętam, kiedy ostatnio musiałam zrobić pranie. W ogóle angażowanie dziecka w codzienne działania, gotowanie czy sprzątanie, bardzo ułatwia życie. Poza tym, choć trudno to nazwać obowiązkiem, raczej tradycją – Wojtek zawsze, od kiedy mamy dziecko, wstaje z nim rano, żebym mogła choć trochę dłużej pospać.

 

 

To chyba Wojtka trzeba by nazwać Coodotwórcą.

Tak! Jest na maksa wspierającym mężem i na maksa zaangażowanym tatą, zawsze najpierw myśli o nas, a dopiero potem o sobie. Nie ma w nim krzty egoizmu. A cuda… Cudów nie ma, za to jest ciężka praca i wspierająca rodzina, dzięki której można realizować plany i bez której nie udałoby się nic. No i powiedzmy sobie szczerze – cudem jest spiąć budżet domowy, kiedy zarabiasz średnią krajową, cudem jest żonglowanie czasem, jak masz kilkoro dzieci w różnych placówkach, cudem i wyczynem jest ogarnianie wszystkiego, kiedy się jest samotną matką. To, co my robimy, to lepsze lub gorsze zarządzanie czasem, nic ponad to.

Prawda. Powiedz, jak szybko po porodzie wróciłaś do pracy? 

W sumie nigdy jej nie przerwałam. Pracowałam do 9. miesiąca ciąży, niemal zaraz po porodzie zaczęłam robić jakieś drobne rzeczy, typu prowadzenie Instagrama dla jednego z serwisów internetowych. Licząc końcówkę ciąży i czas połogu, mogłam mieć w sumie może 1,5-2 miesiące przerwy kompletnej. Taki prawdziwy powrót do pracy odbył się, kiedy mój syn miał 8 miesięcy – wtedy zaczęliśmy zdjęcia do kolejnego sezonu programu.

Brzmi jak full time job, w dodatku ciągle w ruchu, a więc dużo – zarówno dla małego dziecka, jak i mamy.

To były zdjęcia wyjazdowe, w miejscach rozsianych po całej Polsce. Było to trudne, ale też bardzo wzruszające przeżycie. Jeździliśmy z dzieckiem, które podczas tych kilku miesięcy zdjęć, z bobasa stało się biegającym chłopcem. Mój mąż zużył cały urlop, żeby jeździć z nami i siedzieć z niemowlakiem w pokojach hotelowych, kiedy ja byłam w pracy. Cała ekipa i wszyscy bohaterowie dostosowywali się do planu dnia malucha, co oznaczało, że choćby nie wiem co, zdjęcia kończyły się o 19, bo wiadomo było, że muszę jechać do hotelu wykąpać i położyć syna spać. Z perspektywy czasu to był niezły młyn, a ja chodziłam chyba tylko siłą rozpędu i ekscytacji, bo wstawałam codziennie o 7 rano i co noc miałam od kilku do kilkunastu pobudek związanych z karmieniem. Ale to było piękne lato i nigdy nie zapomnę tego, jak wszyscy dwoili się i troili, żeby jednemu małemu człowiekowi umilić ten trud życia na planie. A on był wspaniałym, bardzo współpracującym dzieckiem. Ani razu się nie rozchorował, dzielnie siedział w tych pokoikach hotelowych, zrobił z nami spokojnie jakieś 7-8 tysięcy kilometrów w kilka miesięcy. Choć umówmy się – najtrudniej miał mój mąż, który musiał go podczas mojej obecności czymś zajmować, nie mając do dyspozycji tych wszystkich rzeczy, które ma się w domu. Naprawdę, podziwiam go za to.

Szacunek. Czym teraz się zajmujesz zawodowo? Co zajmuje ci najwięcej czasu?

Nagraniami kolejnych odcinków „Daleko od miasta”. 18 lipca wychodzi moja pierwsza książka, więc pewnie będę miała dużo pracy związanej z promocją. Poza tym dla relaksu rysuję i maluję, robię zdjęcia. Mam jeszcze taki własny projekt, z którym jeszcze nie wiem, co zrobię – są to akwarelowe ptaszki, które zaczęłam malować dla zabawy i dla relaksu podczas pisania książki. Wiadomo, syndrom ostrzenia ołówków, sprzątanie mieszkania i milion innych rzeczy, żeby nie pracować. Kilka tych ptaszków podarowałam przyjaciołom, kilka wrzuciłam na Instagram i od tamtej pory wszyscy mnie namawiają, żebym coś z nimi zrobiła. Jeszcze nie jestem do końca pewna co, ale myślę, że jesień tego roku upłynie mi na wymyśleniu tego czegoś. I może na pisaniu kolejnej książki.

A czym chciałabyś w najbliższym czasie zająć głowę i myśli? Może jest coś jeszcze, o czym dotąd nie wspomniałaś?

Moją niespełnioną pasją jest urządzanie wnętrz. Bardzo bym chciała iść na studia podyplomowe z architektury wnętrz, a na razie, jak tylko mogę, wyżywam się w swoim mieszkaniu. Zrobiłam sobie w kuchni kompozycję z pustych ram, które zbierałam chyba od dekady – tak, wiem, długo, ale pomysł musiał dojrzeć! W moim programie często robię jakieś przedmioty z bohaterami, dzięki temu mam odlew swojej dłoni, misę którą sama zrobiłam z plastra drewna i różne drobiazgi rozsiane po całym domu. Poza tym kupuję pasjami różne dziwne i zabawne rzeczy w internecie, antykwariatach i na pchlich targach, przestawiam co kilka miesięcy meble, wieszam obrazy i grafiki, i ciągle szukam idealnego ustawienia mebli. Dzięki temu nadal nie mam na przykład przykręconego lustra, bo mój mąż się uparł, że nie będzie nic wiercić, dopóki nie zdecyduję, gdzie na pewno ma wisieć. Rok je mamy i nadal nie jestem pewna (śmiech).

 

 

Wcale się nie dziwię. To w końcu poważna decyzja, trzeba się zastanowić.

Właśnie. Poza tym, a raczej przede wszystkim – staram się spędzać dużo czasu z Konstantym, i jak mogę, to staram się regularnie chodzić na jogę, choć z tym różnie bywa, bo „zawsze coś”. Aktualnie to „coś”, to skręcona kostka.

Ojej, jak to się stało? W domu?

A wcale nie w domu, bo w pracy (śmiech). Po zdjęciach wyszłam sobie popatrzeć na gwiazdy i zjechała mi noga z jednego schodka. Powoli wracam do siebie.

Jak zmienił się twój rozkład dnia, od kiedy jesteś mamą?

Przeczytałam gdzieś bardzo ładne zdanie, że z dziećmi ma się długie dni i krótkie lata. I coś w tym jest. Często bywa, że o 8 rano marzysz, żeby była już 8 wieczór, ciągną się te dnia potem – bach! – nie wiesz, kiedy rok ci minął.

To o mnie!

O nas wszystkich. Co się jeszcze zmieniło? Kiedyś spałam (śmiech).

Piona!

Długo karmiłam piersią, myślę że spokojnie mogę powiedzieć, że nie przespałam ani jednej nocy przez ponad dwa lata od narodzin Konstantego. A i po tych 2 latach różnie z tym snem bywa, bo przecież dzieci się budzą, mają złe sny, bóle wzrostowe, rosną im zęby, jest pełnia, jest po pełni, dzień był za nudny, bądź zbyt ekscytujący, są wybuchy na słońcu i tak dalej. Wiesz, te wszystkie rzeczy, o których nikt nam nie powiedział, zanim zostałyśmy matkami.

Ruchy tektoniczne, żyły wodne, drobnoustroje o wymyślnych nazwach – sporo tych czynników zapobiegających spaniu. Jak sobie radzisz z tymi zmianami?

Kiedyś marnowałam bardzo dużo czasu, ale też inaczej pracowałam. Więcej i ciężej, ale chyba mniej efektywnie. Dziś nie mam tyle czasu, co kiedyś, więc staram się dobrze planować, z różnym skutkiem. Niestety, nigdy nie umiałam i nadal nie umiem prosić o pomoc, co nie jest dobre, gdy się ma małe dziecko.

A czy mimo to udało się ustalić sztywny grafik waszych aktywności? Bo to z kolei bywa pomocne, gdy się ma to małe dziecko.

Jedyne, co pozostaje niezmienne od 3 lat, to to, że zawsze wstajemy koło 8 rano, zawsze jemy razem kaszę z owocami na śniadanie, zawsze koło 10 jest spacer, zawsze o 20 dziecko idzie spać. Od 8. miesiąca jego życia weszły zdjęcia, czyli kilkudniowe wyjazdy. Potem wróciłam do pracy w Agorze, by po pół roku się zwolnić.

Dlaczego?

Przestałam się oszukiwać, że da się pogodzić niespanie w nocy z pracą na etat i pisaniem książki wieczorami. To znaczy może się da, ale ja nie wyrabiałam na zakrętach. Konstanty jest zawsze na pierwszym miejscu, reszta jest improwizacją. Grunt, to nie przywiązywać się do planów, bo to się kończy frustracją – twoją i dziecka. Czasami jest świetnie i wszystko idzie jak z płatka, a czasami jest taki dzień, że wszystko źle. Planując pisanie książki, policzyłam, ile dni zajęłoby mi napisanie 20 reportaży, bo uznałam, że tak można potraktować rozdziały, i pomnożyłam to przez trzy – raz, że napisać, dwa, że mam małe dziecko, trzy, bo coś się może wywalić. I to była bardzo dobra kalkulacja.

Czy często zdarza ci się robić kilka rzeczy naraz? 

A da się nie robić kilku rzeczy naraz? Moim zdaniem wielozadaniowość to domena kobiet. Idąc do kuchni, zgarniesz po drodze kubek po kawie, przetrzesz blat i wyrzucisz papierek do śmieci, prawda? Od kiedy pamiętam, miałam stałą pracę i jakieś fuchy, nigdy nie poprzestawałam na jednej rzeczy. Poza tym miałam zainteresowania, znajomych, sporty, pasje, jogę. Przy dziecku umiejętność robienia wielu rzeczy naraz jest kluczowa, tak samo jak umiejętność przerywania i powracania do przerwanej pracy. To wymaga pewnego treningu, bo człowiek musi się wdrożyć z powrotem w tok myślowy sprzed kilku godzin, a nieraz i dni, ale cóż, nie ma wyjścia.

Skąd to umiesz?

Po prostu robię to, co mam do zrobienia, chyba nie ma innej metody. Mam też kilka notesów, każdy do innych spraw – na notatki związane z programem, z książką, na pomysły, na rzeczy do sprawdzenia w bibliotece czy w Internecie, na zapiski o codzienności. Bez notatników byłoby ze mną krucho. W życiu codziennym przydaje się też umiejętność robienia wszystkiego jedną ręką, z kilkunastokilogramowym dzieckiem na biodrze. Crossfit może się przy tym schować.

Ale też kiedyś trzeba odpocząć. Co ciebie najskuteczniej odpręża? 

Uwielbiam ciszę i nic mnie tak nie odpręża jak posiedzenie w spokoju we własnym domu. Robię sobie kawę, patrzę się w ścianę, leżę z zamkniętymi oczami, rozmyślam, czytam książkę, idę na spacer z psem – nic spektakularnego. Nie jestem typem kobiety, które relaksuje się u fryzjera i kosmetyczki – a może w moim wieku już powinnam zadbać o lepsze nawilżanie czy coś.

A czy znajdujesz czas dla związku?

Tak. Będąc jeszcze przed ślubem, opowiadałam koleżankom, że mamy z Wojtkiem taką zasadę, że zawsze, bez względu na to, jak dużo mamy do zrobienia, wypijamy rano razem kawę. Bardzo się śmiały, że to takie romantyczne, haha, jak w filmie, jak nastolatki. Padło też znane wszystkim rodzicom zdanie: zobaczysz, po dziecku to się skończy. No więc nie skończyło się, tak samo jak nie skończyło się to, że świata poza sobą nie widzimy. Nigdy się nie pokłóciliśmy. Wiem, jak to brzmi, ale naprawdę tak jest. Na szczęście nasz syn jest kochany i od zawsze chodzi spać o 20, więc wieczory mamy dla siebie. Okres zdjęć jest trudny, bo jak policzyłam – w czerwcu spędziłam w domu 12 dni, ale i z tym jakoś sobie radzimy.

 

 

Powiedz jeszcze, jaki jest Konstanty?

Jest cudowny, najlepszy! To najbardziej kochane, mądre, dobre i empatyczne dziecko, jakie znam. Jest ciekawy świata, odważny, bywa nieśmiały, wszystko da się mu wytłumaczyć. Ale przez pierwsze pół roku, kiedy to podobno noworodki i niemowlaki głównie śpią, był koszmarny. W zasadzie niewiele mogę powiedzieć o tych sześciu miesiącach, poza tym, że je przeżyłam. Reszta zlewa się w jeden ciąg identycznych dni, nieprzespanych nocy i stresu, że na pewno wszystko robię źle. A on nie spał, ciągle płakał, ssał jak smok non stop. Przeczołgał mnie konkretnie, do tego stopnia, że po 4 miesiącach uciekłam do mamy i ona mnie jakoś wyratowała. Od kiedy skończył pół roku, zaczął siedzieć i zajmować się zabawami na podłodze – zupełnie inne dziecko. Miał być koszmarny jako 2-latek, nie był. Miał być koszmarny jako 3-latek – znów nie był. Mam w związku z tym teorię, że cały arsenał wykańczającego matkę potwora wykorzystał w pierwszym półroczu życia (śmiech).

Czym cię rozbraja ten mały chłopiec?

Swoją inteligencją, przenikliwością, tym, jaki jest troskliwy i jak dzielnie znosi rozłąkę, jak wiele zapamiętuje i jak szybko się uczy. Ma cztery tony resorówek i zna na pamięć nazwę każdej. Zna też wszystkie marki samochodów, rozpoznaje je bezbłędnie, a dzięki spacerom z babcią, zapaloną ogrodniczką, wie więcej o roślinach i kwiatkach niż przeciętny dorosły. Prowadzi uprawę poziomek na balkonie i codziennie sprawdza, czy są już czerwone. Kilka miesięcy temu zaskoczył mnie pytaniem: Mamo, po co jest wczoraj i jutro, skoro i tak zawsze jest dziś? No przyznasz – mały Budda, normalnie (śmiech). Jest świetnym kompanem, uwielbiam spędzać z nim czas, czytać, rozmawiać, spacerować, chodzić na lody. On jest dzieckiem analogowym, telewizja go nie interesuje, woli czytanie i dyskusje. Nigdy nie zrobił akcji typu rzucam się na podłogę i będę wrzeszczał, aż zrobisz to, co chcę. Oczywiście, ma swoje gorsze dni, ale wtedy staram się rozbrajać emocje, rozmawiając. Jak na razie to działa.

Brawo, mama, to najlepszy z patentów. Dzięki stokrotne za rozmowę.

Konstanty ma na sobie spodnie rurki, grafitową bluzę na guziki, koszulkę oversize, szarą koszulkę, T-shirt, krótkie spodenki.

*

Rozmawiała: Dominika Janik
Zdjęcia: Ewa Przedpełska

*

Natalia Sosin-Krosnowska – dziennikarka, redaktorka, absolwentka politologii i socjologii, kiedyś dziennikarka Polsatu i serwisu gazeta.pl, współautorka i pierwsza redaktor naczelna polskiej wersji magazynu cafebabel.com. Współpracowała m.in. z „Polityką”, TV Arte i francuskim „ELLE”, jej artykuły były publikowane w „Courrier International”, „La Stampa”, „Die Zeit” i „The New York Times”. Żyje z pisania, opowiadania i słuchania innych. Obecnie współtworzy i prowadzi program „Daleko od miasta” na antenie Domo+. W lipcu wychodzi jej pierwsza książka „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta”. Interesuje się designem, architekturą wnętrz i fotografią, ćwiczy jogę i maluje. Całe życie jedną nogą w mieście, a drugą na wsi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.