#Childhoodstories Poli Lubery

Fabliek, opowieści tkane ze wspomnień

Zimową szarugę osładza mi domową bezą i własnoręcznie zrobionym blokiem czekoladowym. Wyjmuje z kosza swoją kolekcję starych lalek, a z albumu wysypują się czarno-białe zdjęcia. Wiem, że szukając nowej porcji #childhoodstories trafiłam pod dobry adres, bo Pola Lubera pielęgnuje pamiątki i wspomnienia ze szczególną troską.

„Nudzą się tylko ludzie nudni”, tak mawiała moja mama – mówi Pola. Wygląda na to, że bierze sobie te słowa do serca. Nie wiem skąd mama Józi, Henia i Kazia czerpię energię, ale pomiędzy zawożeniem córki do szkoły muzycznej, wizytą w muzeum i wspólnym pieczeniem ciasta znajduje jeszcze chwilę by poszukać inspiracji w necie oraz zaszyć starego misia, towarzysza jej dzieciństwa. A ja wiem, że jak Pola sypnie z rękawa opowieściami… szybko stąd nie wyjdę! Kolejne spotkanie z cyklu Fabliek #childhoodstories przeniesie mnie w przeszłość do czasów, gdy gra w zbijaka przebijała atrakcyjnością dzisiejszego youtube, a widoczki nie miały nic wspólnego z wakacyjną fotką na Instagramie. Hej, tej aplikacji nawet nie było w najśmielszych marzeniach…Wchodzę więc z przyjemnością do szafy, niech przeniesie mnie do lat 80. Przykrywam się kocem z dzieciakami i mam ochotę wytłumaczyć im, że do gry piekło-niebo potrzebna jest tylko jedna kartka papieru. Wierzycie?

Wchodzę do waszego domu i widzę w nim wiele opowieści. Jest opowieść o Poli miłośniczce roślin wszelkiej maści, jest historia o flircie z modą, o tobie jako świadomym rodzicu. O miłośniczce Starej Ochoty. A ja chcę dziś pogadać o małej Poli, cofamy się w czasie. Gdzie spędziłaś dzieciństwo?

Dzieciństwo pamiętam bardzo szczegółowo. Wspomnienia z tego okresu były dla mnie zawsze ważne, nawet zanim urodziłam dzieci. To moje źródło siły. Pierwsze lata spędziłam blisko Mamy, najpierw w akademiku, a potem w naszym ciasnym mieszkanku, z bratem, psem, kotami, i innymi zwierzętami. Pamiętam z tego okresu nie tylko sceny (jak na przykład moją mamę czytającą książki i pijącą herbatę), ale też kolory, zapachy, dźwięki. Przechowuję pamiątki z dzieciństwa, takie jak pierwsza przytulanka, rysunki, dziecinny plecaczek mojego brata czy T-shirt taty z logo mistrzostw świata w 1982 roku. Mam wspaniałe wspomnienia z wyjazdów, podróży, czasu spędzanego u babć. Moje dzieciństwo to dowód, że do szczęścia dziecku niekoniecznie są potrzebne drogie zabawki czy własny, przestronny pokój. Rodzice ofiarowali mi dużo swojego czasu, uwagi, a także wiele różnorodnych doświadczeń. Zabierali mnie w podróże, a jak byłam starsza, wysyłali samą za granicę, do cioci. Jestem im za to wdzięczna i ten wzorzec wychowania staram się przekazać swoim dzieciom.

I muzyka. Od zawsze.

Mój tata to głównie wspomnienia muzyczne. Mam dziś całe playlisty ułożone według klucza „z dzieciństwa”, bo są płyty czy piosenki, które uruchamiają we mnie cały ciąg skojarzeń. Nagle przenoszę się na tylne siedzenie poloneza, jedziemy gdzieś całą rodziną w Polskę, muzykę tylko co jakiś czas przerywa chrzęst zmienianej kasety… Inne wspomnienie związane z tatą, to kary, które dawał mnie i mojemu bratu, gdy się źle zachowywaliśmy. Kazał nam uczyć się na pamięć wierszy. Dopóki nie wyrecytowaliśmy ich perfekcyjnie, mieliśmy szlaban. Mój brat Stefan był młodszy, więc dostawał łatwe wierszyki Tuwima i Brzechwy. Ja dostawałam Gałczyńskiego, Grochowiaka!

Miałam sześć lat gdy tata zabrał mnie samolotem do Finlandii, bez mamy. Nigdy nie zapomnę pierwszej wizyty w saunie, lodowatego jeziora, i pierwszego w życiu hamburgera i soczku w kartoniku na stacji benzynowej (przeżycie dla dziecka PRL-u!). Takich wspomnień mam bardzo wiele. W czwartej klasie pojechałam z rodzicami w epicką podróż samochodem po Europie Zachodniej. Marzy mi się, by odtworzyć ten wyjazd, tę samą trasę z moimi dziećmi. Wtedy było tyle samo przygód, co kłopotów (w czasach z papierową mapą i bez GPS nie było łatwo). Dziś, przy współczesnych technologiach, to powinien być czysty fun. To jedno z moich największych marzeń, by odwiedzić te same miejsca po latach. Wielu rzeczy wówczas nie doceniałam, bo rodzice zamiast do Disneylandu o którym marzyłam, zawieźli mnie m.in. do muzeum Van Gogha w Amsterdamie, albo do muzeum człowieka z Cro Magnon we Francji. Jednak po latach uważam, że te wycieczki to była jedna z lepszych rzeczy, która mi się przytrafiła, to one mnie ukształtowały i rozbudziły moje dorosłe zainteresowania.

Nasi rodzicie naturalnie wychowywali nas w stylu unplugged. Dziś musimy czytać o tym w poradnikach.

Moja mama była dość zajęta domem, ale jej sposobem na pogodzenie wszystkiego, było angażowanie mnie i brata w codzienne czynności. Pamiętam wspólne haftowanie serwetek, pieczenie ciast, lepienie pierogów, prace w ogródku. Mimo bycia gospodynią, zrobiła też karierę i znalazła czas na realizację własnych zainteresowań, stąd prowadzenie domu zawsze postrzegałam jako coś naturalnego i fajnego. Mama potrafiła zawsze wyczarować świąteczną atmosferę, nie tylko na Boże Narodzenie. Na Zielone Świątki zrywaliśmy tatarak, na Trzech Króli w domu pachniało kadzidłem, w karnawale były faworki, a na moją Pierwszą Komunię Świętą całe mieszkanie wypełniły bukiety bzu. To co robiła moja mama, a czego ja nie potrafię (i bardzo żałuję), to szycie. Do dziś trzymam ubranka dla Barbie, które mama mi uszyła ze skrawków koronek i gumy do majtek. Miałam też lalkę szmaciankę, ale niestety nie przetrwała do dziś.

Czym jest wychowanie unplugged dla mnie? Wbrew pozorom to nie tylko wyszukiwanie aktywności i nowych atrakcji dzieciom, czy dbanie o bodźcowanie z różnych stron. Bardzo mi zależy na budowaniu w moich dzieciach tożsamości. W dzisiejszym świecie wszystko jest dostępne, na wyciągnięcie ręki. Wiedza, doświadczenia, bogactwo kulturowe. Dlatego chcę by moje dzieci miały gdzieś zapuszczone korzenie. By cokolwiek w życiu wybiorą, gdziekolwiek i jakkolwiek postanowią żyć, mogły myśleć o jakimś miejscu jak o domu. Chcę by miały coś stałego, ważnego, ukochanego, co się wiąże z przeszłością ich przodków. Dlatego pilnuję by wiedziały jak najwięcej o historii naszego narodu, by poznały Polskę, by były dumne ze swoich korzeni. Jednocześnie imponuje mi archetyp wykształconego Europejczyka, który edukuje się podróżując. Dlatego co roku wymyślam jakieś wycieczki po bliższej i dalszej Europie. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Każdy ma jakieś śmieszne, a czasem mrożące krew w żyłach opowieści z trzepaka. Wyobraźnia dziecka w czasach analogowych, nie do przebicia!

Mam opowieści jak każde dziecko z PRL. Sanki zimą, latem podwórko. Mnóstwo czasu spędzałam w ogródku, bo mieszkałam w bloku na parterze. Mama pozwalała mi tam bawić się w ogrodnika, uczyła mnie nazw roślin i sposobu ich pielęgnacji. Moją ulubioną książką był oczywiście „Tajemniczy Ogród”, a potem „Linnea w ogrodzie Moneta”. W wakacje pływałam z dziećmi w rzece na wsi, u mojej babci. Gdy dziś myślę, że dorośli puszczali nas tam samych, to dreszcz przechodzi mi po plecach. Dużo rzeczy robiłam na własną rękę, jak każdy w tamtych czasach. W trzeciej czy czwartej klasie jeździłam już po Warszawie autobusem, by odwiedzić moją mamę w pracy po szkole. Często o tym myślę, gdy dziś spędzam wiele godzin tygodniowo na wożeniu moich dzieci do szkół i na zajęcia.

Jesteś bardziej ostrożna?

Jeśli chodzi o współczesne wychowywanie, przyznam, że różnimy się w poglądach z moim mężem. Bartek jest z natury bardzo ostrożny. Jest ratownikiem, wnukiem dyrektora szkoły średniej, dość często widzi zagrożenie w miejscach, w których dla mnie go zupełnie nie ma. Ja nie należę do osób zbyt ostrożnych, mam raczej szalony temperament i pochodzę z rodziny z ułańską fantazją, więc tutaj staram się ustępować mężowi. Efekt jest taki, że unikamy ryzykownych zabaw, które dawniej były normą. 

Pola jako dzieciak. Byłaś typem książkowego mola i miłośniczką gry na instrumentach czy chłopakiem w spódnicy? 

Jako bardzo mała dziewczynka byłam raczej grzeczna i niewinna, dobrze się uczyłam, grałam na pianinie, rysowałam. Najgorsze co przeskrobałam, to doprowadziłam do wybuchu puszki gorącego mleka skondensowanego gotując kajmak instant. Byłam sama w domu, wcześnie pozwolono mi na samodzielne gotowanie. Tego dnia mama wróciła z pracy, i zastała całą kuchnię w słodkiej brązowej mazi… Ale byłam też chyba dość odpowiedzialna. Gdy mój brat prawie odkroił sobie palec zmywając naczynia, poszłam do sąsiadów zadzwonić po pomoc (u nas telefon stacjonarny nie działał).

Co lubiłaś robić? Oczywiście gdy nie gotowałaś mleka…

Głównie rysowałam, bawiłam się na zewnątrz. Uwielbiałam wrotki, grę w zbijaka. Wieczorami i w deszczowe dni bardzo dużo słuchaliśmy płyt gramofonowych dla dzieci. Mam wrażenie, że często się nudziłam, ale moja mama mawiała, że „nudzą się tylko ludzie nudni” i zachęcała mnie do kreatywności. Nie miałam domku dla Barbie, więc zrobiłam go sobie sama, z kartonu. Wystawiałam też często przedstawienia wraz z dziećmi sąsiadów, sama pisałam scenariusze. Wykonywałam gazetki, poradniki, pisałam je na maszynie mojej mamy. Raz zrobiłam z moim bratem pokaz sztuczek i trików karcianych dla moich rodziców, była oczywiście kurtyna z koca. Potem przyszły czasy „dziewczyńskich spraw”, pojawiło się czasopismo „Twój Styl” i wycinanki eleganckich papierowych pań, które przyklejałam sobie na ścianie. Uwielbiałam też przebieranki, stylizacje, makijaże, pokazy mody, w które bawiłam się z koleżankami. To chyba zaważyło na mojej przyszłości zawodowej, bo zostałam stylistką.

Dziś na stół wjechał blok czekoladowy. Twoje samki dzieciństwa?

Wiele potraw przypomina mi dzieciństwo, i ponieważ je lubię, to je przygotowuję w swoim domu. Uwielbiam kanapki z kiełbasą, choć może to ani nie eleganckie, ani nie modne teraz. Słodyczy jadłam mało, ale za to u nas w domu zawsze były ciasta albo desery.

Jest coś czego ci brak w czasach, gdy dorastają twoje dzieci?

Jest wiele rzeczy, których mi brak. Przede wszystkim, poczucia bezpieczeństwa. Nie mogę dzieci samych puścić do sklepu, tak jak ja chodziłam, z koszyczkiem. Ale przyznam, że jak na dzisiejsze standardy, to nie mam na co narzekać. Mam swoją małą społeczność na warszawskiej Starej Ochocie, moi sąsiedzi czasami biorą nasze dzieci do siebie, i odwrotnie. Pomagamy sobie z odprowadzaniem do przedszkola, robieniem zakupów, gdy ktoś zachoruje. Zawsze mogę zapukać do sąsiadki i zostawić jej dziecko na chwilę, inni sąsiedzi nie raz ratowali mnie z opresji. To jest właśnie klimat, który pamiętam z dzieciństwa – mała społeczność, w której zbiorowość dba o dzieci, jakby były wspólne. 

Ciągle śmigasz gdzieś między wystawą, koncertem, teatrem. To trudniejsze z trójką, niż dać każdemu po iPadzie i mieć spokój.

Tablety, kreskówki, appki, to wielka pokusa dla rodzica. Działają jak przycisk „wyłącz dziecko”. Mam ochotę go czasami użyć, gdy jestem wykończona, mój mąż też. Ale jesteśmy ostatnio bardzo twardzi w tej kwestii, bo naszym zdaniem dzieciom ekrany nie służą, zwłaszcza naszemu czteroletniemu Heniowi. Ostatnio stałam się bardzo „cięta” na elektroniczne rozrywki, ale nie będę udawać, że wyeliminowałam je całkowicie.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Ale bajka puszczona na tablecie też bywa wsparciem dla mamy. Masz swoje patenty, reguły na kontrolę ilości ekranowych rozrywek w domu? 

Mamy zasadę, że oglądamy tylko od czasu do czasu, czyli w czasie podróży, gdy ktoś zachoruje, albo w weekendy, i tylko pod pewnymi warunkami (w dniu oglądania musi być co najmniej tyle samo innej aktywności, najlepiej fizycznej). Kreskówek i tabletów nie może być więcej niż analogowych zabaw, czy czytania. Starannie wybieramy bajki dzieciom. Nie mamy telewizora, oglądają bajki bez reklam, i pod naszą kontrolą. Chciałabym, żeby oglądały jak najwięcej po angielsku.

 

Kolejna wasza pasja bardzo w stylu unplugged to działka na Lubelszczyźnie. Mało kto wie, że miałaś bloga ogrodniczego!

Mój ogrodniczy blog powstał z miłości do ogrodnictwa i do naszej działki, która od kilkunastu lat jest moją największą pasją, naszym drugim domem. Planuję wrócić do prowadzenia tej strony, bo dostaję wiele zapytań od byłych czytelników, ale jeśli to nastąpi, to już w innej formule. Teraz moim światem są dzieci, na ogród jest naprawdę niewiele czasu. Gdy wyjeżdżamy na Lubelszczyznę, to chłoniemy piękno otaczającego świata. Spacerujemy, pielęgnujemy kwiaty, dzieci wspinają się po drzewach. Są ogniska, a latem kąpiele. Jest koszenie trawy traktorkiem z tatą, podlewanie ogrodu ze mną. Mamy swoje owoce z sadu, Józia ma swoje krzaki z malinami. Wszystko dzieje się zgodnie z rytmem przyrody, na wiosnę głównie sprzątamy rabatki, latem delektujemy się kwiatami i robimy przetwory, jesienią grabimy liście. Kilka razy wykonywaliśmy „zabawy specjalne” takie jak odciski gipsowe śladów leśnych zwierząt. Moje dzieci jak na swój wiek, mają ogromną wiedzę przyrodniczą, znają nazwy wielu gatunków roślin, podstawy biologii. Potrafią odróżnić kopiec kreta od kopca nornicy, wiedzą jak robi się kompost, i które kwiatki są trujące. Nie traktuję jednak naszych wyjazdów jak „zielonej szkoły”. Ta wiedza przychodzi do nich naturalnie, spontanicznie. Zazwyczaj po prostu palimy w kominku, robimy jajecznicę, słuchamy sowy w lesie, gapimy się z tarasu na ogród. Zauważyłam obserwując inne rodziny, że najlepiej wychodzi uczenie dzieci tego, co jest naturalnie bliskie rodzicom. Staram się robić to, co jest od zawsze elementem mojego życia, i wierzę, że dzieci jakoś tym nasiąkną.

Na koniec twoje top 5 miejsc unplugged dla dzieci w Warszawie?

Kocham Warszawę. Mam swoje miejsca jako autochton, ale lubię też z dziećmi bawić się w turystę. Numer jeden to dla mnie zoo albo ogród botaniczny UW. W ogrodzie bywamy częściej, bo jest blisko, nie wymaga poświęcania całego dnia na zwiedzanie i nie jest zatłoczony. Jak się komuś znudzi, to obok jest mnóstwo atrakcji, np. gondola przy Pałacu na Wodzie, lub place zabaw na Agrykoli. Warszawskie muzea to też coś, czego nie można przegapić, ale nie potrafiłabym wybrać jednego. W te ferie wybieramy się do muzeum domków dla lalek, i do Muzeum Ziemi. Bardzo lubię też Muzeum Kolejnictwa i Muzeum Narodowe. Jeśli chodzi o kawiarnie, to latem polecam Kolonię u mnie na Starej Ochocie, zimą Wedla na Szpitalnej. Gdy podróżuję z dziećmi, w odwiedzanych miastach staramy się zawsze „zdobyć” najwyższy punkt. W Warszawie jest to 30 piętro pałacu kultury, niedawno odremontowane. Każdemu kto przyjeżdża do Warszawy z dziećmi polecam też wizytę w Hali Koszyki, na jedzenie i zakupy.

Wiem, że wybieracie się na ferie, życzę śniegowych zasp i słońca!

 

Pola Lubera o sobie: Jestem z Warszawy. Przez kilkanaście lat byłam związana z branżą mody i mediami – jako stylistka i redaktor w czasopismach kobiecych. Przez ostatnie lata pracowałam głównie jako redaktorka i dziennikarz lifestyle dla różnych portali i custom publishing. 

*

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.