#Childhoodstories Marysi

Wspomnienia czule utkane

Uwaga, z tego posta będzie dziś biła czułość. Będzie oplatać słowa, chować się za przecinki, krążyć wokół zaimków. Ale nie może być inaczej. Marysia, czyli Czułe Tkanki, zamiast makatek tka dziś opowieść o swojej rodzinie, dzieciństwie i tęsknocie. Dajcie się zaprosić do tej rozmowy.

Marysia przytula Władka i Staszka. Na łóżko ląduje stara przytulanka słonik, kiedyś towarzysz snu taty, dziś bawią się nim chłopcy, troskliwie przylepiając mu plaster na trąbę. Opatuleni po uszy prowadzą rozmowę między lisem, a dinozaurem, jakby obydwa uciekły ze splotów kocyków Fabliek. Wzrokiem szukam makatek, ale czule utkane idą w świat, nie zostają na ścianach tego krakowskiego domu. Zresztą Marysia nie stworzyła marki z potrzeby zapełnienia rękodziełem ścian. Raczej z potrzeby zatrzymania się, przyjrzenia pracy własnych dłoni, zadania pytania o to, co nas tak naprawdę w życiu cieszy. Poczucia siły, jaka płynie ze spotkań pełnych kobiecej mocy. Fabliek zaprasza na kolejne spotkanie z cyklu #childchoodstories, będzie dużo wzruszeń.

 

Czuły. Czyli opiekuńczy, serdeczny, wdzięczny, uprzejmy…Można tak krążyć wokół tego słowa, wyplatać synonimy. Do którego ci najbliżej?

Właśnie chyba na tym polega wielkość tego niepozornego słowa, że w żaden sposób nie potrafię jednoznacznie wskazać czym ono jest. Często myślę obrazami. Mówiąc „czułość” mam przed sobą widok małej stopy Władka, którą zamykam w swojej dłoni zasypiając. To nożyczki, którymi moja Babcia kroiła materiał na wiązane pod szyją bluzki, a które ja teraz zabieram ze sobą na warsztaty. To plasterek przyklejany na trąbę wiekowego słonia – przytulanki. Czułość to pewne spotkania, które pozostawiają po sobie ogromny niedosyt i uczucie wewnętrznego drżenia. 

Czułe tkanki to nazwa wieloznaczna. Czule tkanie, ale też i tkanki ciała ludzkiego. Jakbyś tę czułość miała we krwi, jakby towarzyszyła ci we wszystkim co robisz. Stąd ta nazwa, czy błądzę?

Matką chrzestną Czułych tkanek jest Karolina, moja bliska koleżanka i najlepsza copywriterka świata. To także uczestniczka pierwszych moich warsztatów. Nazwa ta powstała w minutę po tym, jak zapytałam ją o nią. Nie miałam żadnych wątpliwości, że takie właśnie imię powinno nosić coś, czemu poświęcam się bez reszty. W co zaangażowana jest każda komórka, każda tkanka mojego ciała. Tkanie, jako proces twórczy jest dla mnie czymś niesamowicie indywidualnym, każdy odbiera je na swój sposób. Zupełnie jak z tkankami naszego ciała. Każdy z nas jest inną, niepowtarzalną konfiguracją określonych komórek.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Prowadzisz warsztaty tkania makatek. Mam takie wrażenie, że pomysł na nie nie powstał z potrzeby zapełnienia pustych ścian. Przyjrzałaś się bliżej swoim dłoniom, ile potrafią. Czy dłonie Marysi jako mamy potrafią więcej niż kiedyś?

Pomyślałam o tym, co sprawiało najwięcej radości małej Marysi. Na myśl o czym podskakiwała z nogi na nogę, co ją unosiło nad ziemią. Widzę siebie wtedy idącą do szkoły plastycznej na zajęcia z tkaniny. Mam może 10, może 12 lat. Pod pachą niosę niezbyt wygodną ramę, do której tata bardzo profesjonalnie powbijał mi gwoździe. Służyła mi potem przez kolejne lata mojej tkackiej przygody. Myślę, że dłonie Marii potrafią dokładnie tyle samo, co dłonie małej Marysi. Tylko przybyło kilka nowych doświadczeń, które zapisała głowa. To one sprawiają, że w tym co robię jest zupełnie inna jakość. Inna, nie znaczy lepsza czy gorsza. Po prostu inna. 

Tkanie to wspaniały sposób na wejście w kontakt ze swoim ciałem. Dużo tu spokoju, dużo uważności. Brakuje tego na co dzień.

Pewnie zgodzisz się ze mną, że jesteśmy ciągle gdzieś. W trakcie jednej czynności, tuż przed wykonaniem kolejnej, brakuje nam w tym wszystkim czasu na pobycie samemu ze sobą. Zapominamy o tak prozaicznych czynnościach, które kiedyś sprawiały nam radość, jak choćby wyplatanie wianków, siostrzanego warkocza, lepienie z gliny, czy zagniatanie ciasta drożdżowego. Nasze dłonie często są uśpione, przyzwyczajone do codziennych czynności: noszenia zakupów, czy dotykania wyświetlacza telefonu. Tkanie zatrzymuje. Mówi: jesteś tu i teraz. Masz do dyspozycji różne materiały, dotknij ich. Sprawdź czy są miękkie, delikatne, czy drażnią twoją skórę. Może pachną? Z czym ci się ten zapach kojarzy ? Weź je do ręki i zobacz co możesz z nimi zrobić. 

 

 

Oda do rąk, respekt do pracy rzemieślniczej. Macie ją podobno wplecioną w gen rodzinny?

Dziadek Władysław i babcia Wanda, oboje  przez wiele lat pracowali w Radomskich Zakładach Przemysłu Skórzanego „Radoskór”. Doskonale potrafili rozróżnić dobry kawałek skóry od złego, wiedzieli jak ją ciąć tak, żeby bezbłędnie układała się na kopycie. Byli mistrzami dzisiejszego zero waste wykorzystując materiał do ostatniego centymetra. Mieli ogromną wiedzę i doświadczenie w pracy szewskiej i nie bali się nią dzielić z innymi. Bardzo żałuję, że moje zainteresowanie tym rzemiosłem zrodziło się w momencie, gdy babcia była już poważnie chora, a dziadka od kilku lat z nami nie było.

Mijamy się…

Nie uważasz, że to szalenie niesprawiedliwe, że się tak mijamy? Że czas naszego świadomego przeżywania życia spłata się z czasem odchodzenia naszych dziadków? 

Ale zostają pamiątki z duszą. Choćby te nożyce. Wierzysz w takie amulety, przedmioty które przynoszą szczęście?

Wierzę, że historia, którą ze sobą niosą ma siłę sprawczą. Trzymając w dłoni drewnianą szczotę i czesząc nią włosy Władzia wyobrażam sobie moją mamę rozczesującą moje włosy lat przeszło trzydzieści temu. Nożyczki babci, błagające już o naostrzenie nasuwają bezpośrednio obraz jej dłoni, mieszających łyżką zupę, czy lepiących pierogi. O, w tym właśnie momencie z najmniejszymi szczegółami widzę babcię, jak zakleja dwie części ciasta, żeby nic w czasie gotowania ze środka się nie wydostało. Robiła to tak zgrabnie i zwinnie, że do dziś się temu nie mogę nadziwić. W szafkach naszej kuchni leżą babcine talerze z Włocławka, do kilku doniczek z tym samym kwiatowym motywem przesadziliśmy kwiaty, które rosną na parapecie w kuchni. Mając te przedmioty na wyciągnięcie ręki czuję przedziwną siłę. One mnie określają i w pewien cudowny sposób zakotwiczają.

Kraków i mała Mania. Opowiedz o dzieciństwie!

I tu cię zaskoczę. Mała Mania to nie Kraków, a Radom. To gra w badmintona, zawsze ginęły nam lotki. To chowanie pod szkłem kwiatów i robienie z koleżankami widoczków. Czy ktoś je jeszcze  pamięta ? Lata mojego dzieciństwa upływały na okołoblokowych zabawach: grze w gumę zaplataną o drzewa, w podchody, czy państwa i miasta. Wieczorami razem z rodzicami wyświetlaliśmy na rzutniku Ania bajki, których kolekcję mam do dziś w domu. Robiliśmy wspólnie kwiaty z bibuły i ziemniaczane stemple. Uwielbiałam też zaszywać się w swoim pokoju pośród albumów o malarstwie, które zdejmowałem z półki mojego taty i wyobrażałam sobie, że jestem konserwatorem zabytków. To chyba nadal moje małe niespełnione marzenie. 

Czym smakowały te beztroskie dni?

Bez chwili zawahania: to smak dojrzałych, ciemnych winogron z dziadkowej działki. Pamiętam, jak dziadek przywoził na rowerze pełną łubiankę soczystych kulek, a ja zajadałam się nimi dopóki nie wypełniły całego brzucha. Przez wiele lat nie byłam w stanie odnaleźć nigdzie na straganie tej konkretnej odmiany winogron, aż rok temu znalazłam na naszym targu starszą panią, która przywoziła dokładnie tę samą odmianę ze swojego ogródka. Byłam codzienne jej klientką i znosiłam do domu po kilogramie owoców. Jak się możesz domyśleć winogrona były na śniadanie, obiad i kolację.

Smak dzieciństwa to też naleśniki mojej babci z truskawkami i śmietaną. Po skończonym obiedzie wylizywałam ubrudzony truskawkami  talerz, nieustannie wprowadzając kochanego dziadka w błąd, jakoby cokolwiek na nim wcześniej lądowało. Talerz lśnił, a dziadek Władysław omijał go przy myciu, myśląc że jest czysty. Rozbawiało nas to zawsze do łez i wzruszało. To była właśnie czułość za którą dziś bardzo tęsknię. 

Szyłaś przytulanki, tkasz makatki. Czy dzieciaki włączają się chętnie w takie analogowe rozrywki? Co lubicie razem robić?

Moi chłopcy są dziećmi nie znoszącymi stagnacji. Pewnie dlatego założona na ramkę sznurkowa osnowa po chwili staje się gitarą elektryczną. Uważność ćwiczymy poza domem spacerując po lesie i…muzeach. Czy już ci wspominałam, że muzea to mój drugi dom? Miejsce, w którym odpoczywam jak w żadnym innym. Lubię się z nimi po nich szwendać. Dociekać co widzą, jak czują dany obraz. Myślę, że to bardzo ich uwrażliwia. Poza tym Stach i Władek uwielbiają spędzać czas aktywnie. Tu przekazuję pałeczkę mojemu mężowi, który organizuje im najlepsze na świecie wycieczki rowerowe, w zimę zabiera Staszka na narty. Władek kilka dni temu przymierzał buty brata i już zapowiedział, że za rok jedzie razem z nimi. 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Walczysz na co dzień z potrzebą utrzymania proporcji, równowagi między Ipadami, ekranem a zabawą bliższą naszemu dzieciństwu?

Nie walczymy bo za bardzo nie ma z czym. Mamy w domu jasno ustalone reguły: bajki oglądamy tylko w weekendy na rzutniku, gry tak naprawdę Staszek zna tylko z telefonów kolegów i koleżanek, z którymi się spotykamy. Wyznajemy oboje zasadę, że im mniej elektronicznych pobudzaczy, tym lepiej. Myślę, że w naszym przypadku równowaga jest zaburzona na korzyść czasu spędzanego offline. Czasem dopada nas taka myśl, czy nie jesteśmy w tym wszystkim trochę za bardzo zerojedynkowi, ale widząc z jaką radością chłopcy wyczekują weekendu i wspomnianych bajek, utwierdza nas to w tym, że dobrze nam tak jak jest. I, że jeszcze na wszystko przyjdzie czas.

Wiążemy finalny supełek w naszej rozmowie. Wasze ulubione miejsca rodzinne w Krakowie?

Zabieramy chłopców wszędzie tam, gdzie sami lubimy spędzać czas. W zależności od tego, jakie są nasze potrzeby w danym momencie jest to późne śniadanie w Rannym Ptaszku, wystawa w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha czy Muzeum Narodowym oraz całoroczne spacery po Lasku Wolskim. Odwiedzamy też coraz to nowsze place zabaw, które chłopcy uwielbiają i których w Krakowie wciąż przybywa. Ogromnie cieszy mnie fakt, że budowane są w dużej mierze z surowców naturalnych, z drewna. 

Pytanie bonusowe, ale muszą o to zapytać: studiowałaś chemię, co tam robiłaś czuła dziewczyno?

Zakładając biały fartuch i przekraczając próg laboratorium czule mieszałam w probówkach odczynniki, uczyłam się anatomii, dermatologii,  poznawałam działanie lecznicze różnych roślin. Studiowałam chemię środków bioaktywnych i kosmetyków. Chciałam w przyszłości pracować w laboratorium produkując naturalne kosmetyki. Moje wyobrażenie o pracy marzeń zderzyło się dość boleśnie z rzeczywistością. Świadomość tego co na siebie aplikujemy bardzo zmieniła się w przeciągu tych niemal dziesięciu lat kiedy to kończyłam studia. W tym czasie powstało całkiem sporo marek. I jest mój ukochany Jan Barba, któremu systematycznie przypominam, że jeśli zatęsknię za pracą w laboratorium, prześlę im moje CV!

Dziękuję Marysiu, że się podzieliłaś z nami wspomnieniami!

No proszę, jeśli komuś w duszy gra, to i chemiczny wzór uczyni czułym. Szukajcie wokół siebie tych małych rzeczy, które każą wam się zatrzymać. Wyciszmy głowy, a obudźmy dłonie. Tego Wam życzę na weekend!

 

 

A z czułością wypatrujcie tkanych kocyków i akcesoriów na stronie Fabliek. W sesji pojawił się koc w dinozaury, zimowe lisy oraz kosz do przechowywania w muchomory.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.