Childhoodstories Ewy

Na kliszy, na papierze, na szpuli.

W tym domu mnożymy wszystko przez dwa. Dwójka świetnych chłopaków, dwa dumne koty i podwójna dawka miłości i szczęścia. A do tej ekipy dołączy niedługo mała dziewczynka. Powinnam pytać o przyszłość, o wyprawkę, ale jak nie zanurzyć się we wspomnieniach, gdy z albumu wysypuje się stos zdjęć z wakacji na stogu siana?

Bruno i Tymek, czyli ekipa Milk oraz Chocolate tworzą zgrany duet, nazwany na sesji Kakao. Jest więc słodko, chociaż o to zadbała też Ewa, serwując nam ciasto ze śliwkami. Ja uganiam się za kotami, które jednak nie kwapią się być gwiazdami w obiektywie, dzieciaki budują szałas, a sprawcą tego zamieszania jest oczywiście Fabliek. Bardzo fotograficzne będą dziś opowieści, bo to pasja przekazana przez tatę, który zabierał małą Ewę do ciemni. Pamiętam jak siedzieliśmy razem w domowej ciemni (szczelnie zasłonięte okna, koc na drzwiach) przy czerwonym światełku, zmienialiśmy odczynniki i czekaliśmy aż na papierze zacznie pojawiać się obraz. Cały ten proces miał dla mnie zawsze wiele z magii – wspomina dziś pokazując zdjęcia z dzieciństwa chłopcom. Otwieram album, oto #childhoodstories Ewy!

 

Najpierw musze cię zapytać czy dociera do Was że już za chwilę dołączy do duetu Milk + Chocolate też mała dziewczynka, czyli jak ustaliliśmy, brakująca Sugar. Szybko zleciało?

Tymek i Bruno, moja kakaowa mieszanka wybuchowa, nie mogą się już doczekać siostry i co chwilę dopytują kiedy się urodzi. Na nic tłumaczenie, że został jeszcze miesiąc, najdalszy termin jaki są w stanie zaakceptować to tydzień, a ja oddycham z ulgą, że tych tygodni zostało na szczęście kilka. Oczywiście powoli ogarnia mnie panika jak damy radę we trójkę i czy ta radość chłopców utrzyma się, kiedy w domu pojawi się wymagający uwagi noworodek. Staram się wtedy przypominać sobie, że skoro daliśmy radę z dwoma noworodkami jednocześnie, jako świeżo upieczeni rodzice, niewiele wiedzący o dzieciach, to teraz też będzie dobrze! Nasza radość i ciekawość tego jaka będzie ta małą dziewczynka miesza się, coraz częściej, ze strachem, żeby ta ogromna zmiana w naszym życiu była najłagodniejsza dla chłopaków. 

Rozsypane zdjęcia, stare aparaty. Fotografię macie w genach. Wspomnienia małej Ewy z ciemni, za rękę z tatą?

Chyba faktycznie trochę tak jest. Mój tata robił bardzo dużo zdjęć kiedy byliśmy mali, a były to czasy totalnie analogowe, nie każdy miał w domu aparat. Przez jego pasję całe dzieciństwo miałam wrażenie, że to jest standard w każdym domu i że każde dziecko ma mnóstwo zdjęć, slajdów i filmów na szpulach – bo analogowe filmy też kręcił, a potem wieczorami robiliśmy kino w dużym pokoju. Fotografia to taty pasja, nie zawód, chociaż sam wywoływał swoje zdjęcia, robił kolaże, a nawet prowadził zajęcia w ciemni. Chyba dlatego przez długi czas, pomimo, że fotografia towarzyszyła mi od dziecka, nie myślałam o tym, że może to być sposób na życie, coś więcej niż tylko hobby. Niedawno w swojej szkole miałam okazję znowu znaleźć się w ciemni i pomimo upływu tylu lat, czułam się tam naprawdę jak u siebie. Oprócz samej fotografii mój tata zbierał aparaty, często kupował nawet lekko uszkodzone i sam je naprawiał. Ma potężną kolekcję. Aparaty, kamery, światłomierze. Cuda.

Tata w ogóle miał taką trochę artystyczną duszę, rzeźbił w korze, sam zrobił opuszczany żyrandol do naszego pokoju, a boho klosz do niego uszyła moja mama, tworzyli zgrany team! Bardzo podobało mi się jak nam rysował, puszczał też dużo muzyki. Pamiętam, że zawsze grała u nas Trójka albo Pink Floyd, Led Zeppelin, Dire Straits czy Vangelis na winylach.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Świetnie jest nasiąkać takim klimatem w dzieciństwie. A czy to prawda, że pan po 60tce odkrył niedawno programy do edycji filmów i lata za wami z kamerką? Szczęściara, będziecie mieć dużo pamiątek z dzieciakami.

Taaaak…Chociaż z kamerą biegał już jak byliśmy mali, ale analogowy proces montażu różnił się znacząco od cyfrowego. Programy odkrył pewnie już jakieś 10 lat temu, mój brat pomagał mu przy podstawach, a teraz spędza długie godziny na montowaniu swoich projektów. Trochę żałuję, że porzucił zdjęcia, ale może to działa jak sztafeta i teraz ja przejęłam pałeczkę (śmiech). Poza tym tak jak mówisz – będziemy mieli dzięki temu piękną pamiątkę, bo ani ja ani Konrad nie mamy cierpliwości do filmów, a kiedy ostatnio pokazał nam film z małymi chłopakami to był wzrusz totalny.

Pamiętasz swoje pierwsze próby z aparatem? 

Tak! I chyba były podyktowane tym, że spodobał mi się aparat, a raczej jego bajerancki kapsel – taka ze mnie mała gadżeciara. To były wakacje nad jeziorem i Minolta Hi-MAtic AF2, chyba wtedy połknęłam bakcyla. Wcześniej zupełnie nie czułam potrzeby, żeby złapać za aparat, chyba przez to, że mieliśmy ogrom zdjęć, a tryb manualny wydawał mi się zbyt skomplikowany i nie do przeskoczenia. Później pojawiły się automaty i w liceum nie rozstawałam się ze swoją „małpką” Yashiką, dopiero pod koniec liceum przyszła pora na lustrzankę. 

Zdecydowanie lepszym przykładem eksperymentowania z aparatami jest Konrad, dostał na komunię rosyjskiego Feda, który nie miał ustawień automatycznych i kombinował. Śmiesznie ogląda się zdjęcia z perspektywy dziecka, punkt ciężkości jest przeniesiony zupełnie gdzie indziej, kotki, motylek, upadek z huśtawki. Bardzo się cieszę że chłopaki tak chętnie łapią za aparaty, pewnie już niedługo dostaną swoje i bardzo jestem ciekawa efektów tej zabawy.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Rodowita Warszawianka, z serca miasta, a na zdjęciach widzę szczęśliwe dzieciaki na wsi. Domki w stogu siana, spotkania bliskiego stopnia z krową, myszkowanie po polu. Często tak spędzałaś wakacje? 

To prawda, jesteśmy z Warszawy i nie miałam nawet dziadków na wsi, ale nasi rodzice dbali o to, żebyśmy mieli kontakt z naturą, a lato spędzali w sielskich okolicznościach. Sami też chcieli odpocząć od miasta, mój tata lubi łowić ryby, więc przez pierwsze kilka lat na wakacje jeździliśmy do gospodarstwa na mazurach nad jezioro Wigry. Teraz to się nazywa agroturystyką. Razem z moim bratem zaprzyjaźniliśmy się z synem gospodarza, który był mniej więcej w moim wieku i oczywiście był kompletnie szalony i ciągle psocił, np. kiedyś wymyślił że otynkuje dom swoich dziadków i ochlapał pół ściany błotem, a później musiał ukrywać się przed dziadkiem, który szybko odkrył efekt, a miał już mocno nadwyrężoną tolerancję dla genialnych pomysłów swojego wnuka. Totalnie kojarzył mi się z  Emilem z Lönnebergi! Wakacje to był taki sielski czas, jedliśmy smażone ryby, które złowił tata – do tej pory mam słabość do okoni, wielkie pajdy chleba ze smalcem. Ganialiśmy się między kłosami w polu, pływaliśmy pontonem, chodziliśmy po lesie. Na pierwszym wyjeździe mój brat, który miał ze 4 lata znalazł sobie zardzewiałe siodełko od roweru i podobno nie rozstawał się z nim przez cały wyjazd. Na jednym z ostatnich, kiedy już był starszy i nauczył się oprawiać ryby, rozciął jedną od grzbietu i zdziwiony krzyknął do mamy: mamo, mamo, ta ryba nie ma flaków. To śmieszne jak niektóre sytuacje i zdarzenia są ciągle żywe.

Smak z dzieciństwa? Przy okazji dziękuje za placek ze śliwką!

Smak dzieciństwa to kolejny duży temat, ja w ogóle myślę, że moje wspomnienia z dzieciństwa są bardziej wrażeniowe – zapachy, historie, zdjęcia, smaki właśnie, a nie konkretne przedmioty. Wychowałam się w domu wielopokoleniowym, w miejscu które wtedy było trochę na peryferiach miasta. Mieszkaliśmy z rodzicami i dziadkami na parterze, górę zajmowała moja prababcia, siostra mojej babci i mój kuzyn. W weekendy przyjeżdżali kolejni kuzyni i było trochę jak w Bullerbyn. Dziadkowie dzierżawili działkę na sąsiedniej posesji, więc moje dzieciństwo było pełne smaków. Pierwsze, które przychodzą mi do głowy to dojrzałe pomidory i ostre rzodkiewki, które rosły pod folią. Codziennie z moim bratem wychodziliśmy z solniczką w dłoni i spędzaliśmy długie godziny na działce. Bo jak pomidory to tylko z solą – od zawsze. Mój dziadek uprawiał też truskawki, pamiętam jak przynosił nam te pierwsze, jeszcze nie całe czerwone, bo nie mógł się już doczekać aż spróbujemy. Były ogórki, które mama z babcią kisiły i przetwory z owoców – jabłek i truskawek. Mieliśmy super kwaśne papierówki i razem z moją siostrą cioteczną przesiadywałyśmy na drzewie, wybierając te bardziej zielone i kwaśne. Żółte były do niczego – no dobra, były pyszne w szarlotce mojej prababci.

Pamiętasz prababcię! Szczęściara!

Moja prababcia to osobny temat, to taka włoska nonna, która potrafiła w kuchni wyczarować wszystko! Oprócz standardowych obiadów dla wszystkich domowników, robiła domowe makarony do rosołu, kopytka, lepiła pierogi, wszelkiego rodzaju ciasta, torty, pasztety i oczywiście pączki. Pamiętam długie godziny spędzone razem z nią i mamą w kuchni, moja mama próbowała uczyć się od niej gotować, bacznie ją obserwowała, ale prababcia oczywiście wszystko robiła na oko. Można było godzinami patrzeć na jej sprawne dłonie, które „czuły” czy ciasto jest gotowe, czy czegoś mu brakuje. Była takim niedoścignionym wzorem dla mojej mamy, szczególnie w kwestii ciasta drożdżowego i pączków.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Jest coś z twojego dzieciństwa co bardzo chciałabyś zaszczepić dzieciakom?

Zdecydowanie! Bardzo chciałabym, żeby poznały smak beztroski, chociaż teraz to trudne, bo coraz mniej dzieci biega z kluczem na szyi i bawi się z sąsiadami na ulicy czy przesiaduje na trzepaku bez nadzoru rodziców. Moi rodzice mieli do mnie zawsze duże zaufanie i tworzyli przestrzeń do samodzielności, dzięki czemu szybko nauczyłam się odpowiedzialności. Staramy się nie zamykać chłopaków na nowe doznania, nie chcemy żeby po wyjściu ze żłobka od razu trafiali na tylne siedzenie samochodu, stamtąd do garażu i do domu, dlatego do żłobka jeździmy komunikacją miejską, nie jest to najwygodniejsza opcja, szczególnie zimą, ale te spacery już od dawna procentują. Fajnie, kiedy możemy stworzyć kontrolowane warunki do eksploracji świata. Mieszkamy w mieście, gdzie dużo się dzieje, wiele sytuacji, które chłopcy widzieli w książeczkach, później odnajdywali na ulicach, jeszcze zanim zaczęli mówić pokazywali znajome pojazdy i wyraźnie było widać, że są tym zafascynowani. Tramwaje, metro, koparki i ciężarówki, karetki czy straż pożarna na sygnale to była codzienna terenowa lekcja spostrzegawczości.

Lubię waszą wielopokoleniowość. 

Na pewno zależy mi, żeby nasze dzieci miały dobry kontakt ze swoimi dziadkami, na szczęście mamy ku temu sprzyjające warunki. Dziadkowie mieszkają w tym samym mieście i bardzo kochają chłopaków. Nam serce rośnie kiedy widzimy ich wzajemną relację i radość na spotkanie. Jednak relacja z dziadkami to zupełnie inny wymiar, innego rodzaju ciepło, inne sprawy i całe morze cierpliwości.

Zawsze też chciałam, żeby moje dzieci wychowywały się w domu, w którym są zwierzęta, żeby naturalnie uczyły się szacunku i postępowania z nimi. Koty na początku chodziły swoimi ścieżkami i unikały małych krzykaczy, ekscytujących się na ich widok, ale z czasem ta relacja bardzo się zmieniła i przerodziła w przyjaźń. Chłopcy są czuli, delikatni i opiekuńczy, a nasze kotki odwdzięczają się cierpliwością i łagodnością. 

Na chwilę o was. Wierzysz w przeznaczenie? Pytam bo z twoim mężem mieszkaliście ulica w ulicę, ale się nie znaliście. Miłość szkolna?

Ostatnio rozmawiałam na ten temat z  koleżanką, jak wszystko w życiu zależy od przypadku i jak niewiele potrzeba żeby się minąć i żeby coś się nie zdarzyło. Faktycznie od dziecka mieszkaliśmy w jednej dzielnicy, w odległości 2 km. w prostej linii, ale nie chodziliśmy do tej samej szkoły, mieliśmy zupełnie różne grono znajomych i gdyby nie jeden wspólny, mogliśmy się nigdy nie poznać. Kiedy się zaczynaliśmy spotykać byliśmy na tyle młodzi, że żadne z nas nie myślało o drugim w kategoriach mąż/ żona. Mieliśmy dużo czasu, żeby się wyszaleć, poznać, a na koniec stwierdzić, że chcemy wspólnie tworzyć rodzinę. Ten wspólny czas bardzo procentuje. Z perspektywy czasu wiem, że ten przypadek to najlepsze co mi się w życiu przydarzyło, dał początek wszystkiemu co obecnie wypełnia nasze życie. I faktycznie wolę myśleć o tym jak o przeznaczeniu.

Życzmy sobie takich spotkań i takich przypadków. Od niech się wszystko zaczyna! Dziękuję wam!

*

Chłopcy bawili się kocami Fabliek: z dinozaurem oraz wdzięczną lamą. A więcej kocyków, poduszek, koszyków na zabawki znajdziecie tu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.