Zamieniłam dom na kampera

Zamieniłam dom na kampera

Kamper jest moim domem. Pisząc to, nadal w to nie wierzę, nie wierzę, że to zrobiliśmy, że podjęliśmy tę decyzję i zmieniliśmy nasze życie. Jestem bardzo szczęśliwa i wolna, te słowa od dawna tańczą w mojej głowie, ale to nie tylko słowa, to też uczucia. Naprawdę czuję się wolna, moim domem stał się świat, plaża, las, droga, włosy powiewające na wietrze, nieustanny śmiech chłopaków, szaleństwa – to są uczucia, które towarzyszą nam od dłuższego czasu.

Naszym domem jest teraz cały świat

Nie było tak od samego początku, to wszystko wymagało czasu. Pierwsze 3 miesiące podróży walczyliśmy ze wszystkimi schematami, które tkwiły w naszych głowach. Tęskniliśmy za rutyną, za codziennymi sprawunkami, które wyznaczały nam rytm dnia. Pobudka, śniadanie, odwieźć dzieci do szkoły, praca, obiad, przywieźć dzieci, posprzątać, nastawić pralkę, zmywarkę, naprawić, zrobić zakupy… Teraz rytm dnia wyznaczają nam wschody i zachody słońca, znalezienie drewna na ognisko i zaplanowanie prania czy kąpieli, bo to są spore wydarzenia w naszym aktualnym życiu. Nie tęsknimy za tymi wszystkimi „starymi” dobrami i w zasadzie nie wiem, czy nazwałabym je dobrami. Dobrem jest dla mnie to, że żyję w zgodzie z naturą, że mogę podziwiać jej wszystkie oblicza z bliska, że jesteśmy niezależni i samowystarczalni.

Naszym domem jest teraz cały świat, ogrodem jest zazwyczaj plaża. Usypia i budzi nas szum fal. Na początku podróży bardzo cieżko było nam nie przestawić, odłączyć od dotychczasowego życia, wyzbyć rutyny. Brakowało nam wielu rzeczy, które były dobrze znane. Tęskniliśmy za rodziną i przyjaciółmi. Po 8 miesiącach podróży jest już inaczej. Wiemy, że tak wygląda nasze życie teraz i akceptujemy je w 100%. Cieszymy się z każdego dnia, nie martwimy się na zapas, ja wyzbyłam się prawie wszystkich lęków, uwolniłam się od nich. Uczę się nowych rzeczy, pokonuję swoje bariery. Czuję się bezpiecznie z moimi chłopakami w naszym domu na kółkach. Odnalazłam też czas dla siebie i bardzo go sobie cenię. Czasami znikam na 3 dni w góry, chłopaki mają wtedy swój czas, a ja mam swoją ciszę i przestrzeń.

najtrudniejsza decyzja, jaką podjęliśmy w życiu

Odkąd znam Boba, a znam go już 12 lat, co jakiś czas wypalałam z pytaniem: „hej, a może pojedziemy w podróż dookoła świata?”. Rzucałam te pytania pomiędzy śniadaniem a obiadem, podczas wycieczki do lasu. Zawsze padała odpowiedź: „no co ty, chyba zwariowałaś, a praca, a maile, a dom, a rodzina?”. We mnie zawsze grała ta melodia, żeby ruszyć, żeby zwiedzać, poznawać, doświadczać, cieszyć się życiem. Bob musiał dojrzeć do tej decyzji i w końcu ponad rok temu, na kolejne zadane przeze mnie pytanie odpowiedział: „Dobra, jedziemy!”. Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi, więc mnie zmroziło, ale po chwili zalała mnie fala szczęścia i radości, że jest nadzieja, że możemy to zrobić.

To była najtrudniejsza decyzja, jaką podjęliśmy w życiu. Stało się, zaczęliśmy myślec o tym na poważnie, przygotowywać chłopców, rozmawiać z nimi, z rodziną, ze znajomymi. Towarzyszyła nam wielka radość, ale fakt dzielenia się tą informacją z innymi przyniósł nam też ich lęki. Każdy chciał nas przestrzec, udowodnić, że tak się nie da, że tak nie można, bo szkoła, praca, rodzina. Mimo że w głębi duszy każdy marzy o takiej podróży, to lęk przed podjęciem decyzji paraliżuje. Wiec musieliśmy wysłuchać wszystkich strachów – że w Rosji na pewno zjedzą nas tygrysy, a w Turcji na pewno zamach terrorystyczny, okradną nas na każdym parkingu, dzieci nie bedą miały z kim się bawić, a jak zachorują, to już koniec, a my ze sobą nie wytrzymamy na 10 mkw i się pozabijamy. O ile na początku braliśmy te informacje na poważnie i zaczynaliśmy zgłębiać każdy temat, przeszukiwać internet, by znaleźć rzetelne źródła, to z czasem uświadomiliśmy sobie, że te wszystkie lęki nie są nasze. My juz podjęliśmy decyzję. My juz byliśmy jedną nogą w naszym kamperze, gotowi na przygodę życia. Tego się trzymaliśmy i to nas nakręcało.

MIAŁO BYĆ JAK W DOMU

Zaczęliśmy remont naszego kampera, którego kupiliśmy kilka lat temu. Odświeżyliśmy co mogliśmy, naprawiliśmy co się dało, ja oczywiście zajęłam się wiciem nowego gniazda, nowymi poduszkami, dodatkami – miało być tak jak w domu. Zapakowaliśmy też połowę naszego dotychczasowego dobytku – nie wiem, jakim cudem, ale mam ze sobą maszynę do szycia mojej babci, generator prądu, laminarkę i dużo, za dużo kocyków i narzutek! Zaczęliśmy też wyzbywać się naszego majątku, organizowaliśmy tygodniowe wyprzedaże w naszym ogrodzie – książki, gadżety, wszystko, co miało jakąś wartość. W ostateczności sprzedaliśmy też nasz 100-letni dom w Radości, chociaż wcale nie mieliśmy tego w planach. Dom mieliśmy wynajmować, ale na przeciwko niego rozpoczęła się budowa, zmieniło się nasze najbliższe otoczenie i uświadomiliśmy sobie, że niekoniecznie chcemy tu wrócić. Tak naprawdę nie wiem, czy wrócimy do Polski, ten kraj bardzo zmienił się w ostatnim czasie, nie czuję się już w nim jak w domu, nie chcę, żeby moje dzieci żyły w tak nietolerancyjnym i podzielonym państwie.

„Chłopcy stali się niesamowicie niezależni i otwarci. Nie mają żadnych barier, są ciekawi ludzi. Chłoną jak gąbki. Świetnie opanowali angielski, nie mają problemów w porozumiewaniu się z innymi podróżnikami”.

Zmieniliśmy się, podróż już nas zmieniła. Najlepszym przykładem są moi chłopcy. Stali się niesamowicie niezależni i otwarci. Nie mają żadnych barier, są ciekawi ludzi. Chłoną jak gąbki. Świetnie opanowali angielski, nie mają żadnych problemów w porozumiewaniu się z innymi podróżnikami. Najbardziej zaskoczył nas Tytus (5 lat) – gdy tylko zobaczy nowego kampera z podróżnikami, biegnie się przywitać i od razu pyta: “Hi, I’m Tytus, what we can do together?”. To jest najsłodsza rzecz na świecie!

Chłopcy próbują też swoich sił w języku tureckim, bo od ponad 5 miesięcy jesteśmy w Turcji. Świetnie poradzili sobie ze szkołą, są obecnie na edukacji domowej. Podstawy, które wynieśli ze szkoły Montessori, dały im bardzo dobre nawyki samokontroli i samomotywacji. Tymek (9 lat) zdał już egzamin drugoklasisty w styczniu. Opanował cały materiał II klasy w 4 miesiące, ma już wakacje, czas poświęca na czytanie i rzeczy, które go pasjonują w obecnej chwili, gotowanie i tworzenie biżuterii. Leon (11 lat) walczy jeszcze z materiałem V klasy, ale pierwsze egzaminy kończące ma już za sobą. Nie będę ukrywać, że czas pandemii i lockdown ułatwił nam zdawanie egzaminów online. Jest to bardzo wygodna opcja, szczególnie dla rodzin podróżujących.

Chłopcy urośli w siłę, nabrali śmiałości i widzę, jak głowy otwierają im się na świat. To jest dopiero nagroda. Pokazujemy im, że życie jest piękne i proste, i myślę, że damy im coś więcej, niż kawalerkę w spadku. Nie wiem, jaka będzie nasza przyszłość, ale się jej nie boję! Wystarczy mi dzień dzisiejszy #onlytodaymatters.

Moi synowie uczą się też wielu rzeczy od innych ludzi, każdy jest otwarty i chce dzielić się swoim talentem. Każdy ma dla siebie czas i każdy chce się tym czasem dzielić. To jest jedna z piękniejszych rzeczy, którą ta podróż mi przyniosła. Pięknych, inspirujących ludzi. Ciekawych, wolnych, podążających za marzeniami. Wszyscy zmierzamy w podobnym kierunku. Bardzo chciałabym, żeby świat wyglądał właśnie tak, żeby każdy dbał o drugiego człowieka, dzielił się tym, czego ma w nadmiarze, żeby ludzie pomagali sobie nawzajem, przypomnieli sobie, że jesteśmy gośćmi na tej planecie i o nią musimy dbać najbardziej, bo to jedyny dom, jaki mamy. Historia naszej małej komuny, którą tworzymy od 3 miesięcy na tureckiej plaży, wymaga osobnego rozdziału, więc niebawem się z wami podzielę tą historią.

Dodaj komentarz