Z czego zbuduję człowieka?

Z czego zbuduję człowieka?

Gdy zobaczyłam dwie kreski na teście, była piąta rano. W lipcu to już pełne słońce, siedzieliśmy na łóżku w zalanym światłem pokoju, z szeroko otwartymi oczami, a ja przyciskałam ręce do twarzy i myślałam o tym, co kryje się w moim niewinnie wyglądającym brzuchu. I o tym, jak zmieni się teraz życie. Zupełnie nie przyszło mi jednak do głowy, że może to dotyczyć także kwestii jedzenia, tak istotnego w moim życiu. Przed wizytą u lekarza zdążyłam jeszcze spotkać się z kolegą na śniadanie, które było chyba ostatnim tak beztroskim posiłkiem – tost z wędzonym łososiem (olaboga) oraz jajkiem w koszulce (z płynnym żółtkiem, Chryste Panie) i mocna kawa (ostatnia w 2019 roku).

Ginekolog pogratulował dwóch kresek, kazał odstawić kofeinę i surowiznę, po czym odesłał mnie do domu ze zdjęciem rozmazanego kółka, z którego miał wyrosnąć mój syn. Nie wiedziałam, co zrobić z tą nową wiedzą, więc zaczęłam grzebać w internecie za przykazaniami i najpierw niezbyt się przejęłam. Zakaz tatara, surowych jajek, nieszczęsnego łososia i serów pleśniowych – da się zrobić.

Ciało przemówiło do mnie równo tydzień później. Odwiedzaliśmy właśnie rodziców, którzy jeszcze nic nie wiedzieli o ciąży – chcieliśmy poczekać, aż rozmazane kółko nabierze kształtów. Obudziłam się z nieprzyjemnym ssaniem w dołku, pewna, że to wczorajsza kolacja. A potem przypomniałam sobie, że ciąża to nie tylko to nowo odkryte poczucie kruchości, badania i wielki brzuch, lecz także poranne mdłości. Oczywiście okazały się całodobowe, wakacje wspominam więc jako niekończący się maraton „Przyjaciół”, awaryjny kawałek cytryny do wąchania schowany w wyjściowej torebce i tubki z owocowymi musami dla dzieci, które wysysałam w autobusach, w sklepach, na autostradzie, w kinie – moje jedyne źródło witamin przez pierwsze trzy miesiące. Bo zdrową, zbilansowaną dietę przyszłej matki diabli wzięli.

Gdy przyszły mdłości, na czarną listę od razu trafiły warzywa i owoce. Moim największym koszmarem było zjedzenie sałaty czy ogórka, chociaż brzydziły mnie też lody, czekolada i ciasta. Kajzerki z masłem i dżemem, jogurty truskawkowe, jajka na twardo z keczupem, płatki kukurydziane z mlekiem, okazjonalnie coca-cola – to skromne menu nadawało siłę do zaliczania kolejnych tygodni wyzwania. Bałam się trochę, co wyrośnie z tego człowieka, jak mój organizm zdoła go zbudować z takiego szajsu. Nie zjadłam tego lata ani jednej brzoskwini, moreli, kubeczka jagód. Gdy apetyt wrócił, było już nawet po pomidorach.

„Trudno było rozpracować nowy system działania, bo im bardziej byłam głodna, tym więcej myślałam o jedzeniu i tym bardziej było mi niedobrze. Jedynym wyjściem było stale mieć coś w żołądku, a więc łapać się każdej zachcianki”.

Najgorzej było opanować głowę, tak przyzwyczajoną do rozmyślania o jedzeniu – prywatnie i zawodowo. Do tej pory życie płynęło mi na zastanawianiu się, co i gdzie bym zjadła? Co ugotować na kolację? Którą książkę kucharską wziąć teraz na warsztat? Jak zużyć produkty z lodówki i co dobrego kupić na weekend? Nawet targana mdłościami, w chwilach nieuwagi dalej brnęłam w te niebezpieczne rejony i kończyłam z głową w toalecie. Raz nabiłam sobie na policzku guza deską sedesową, bo ledwo zdążyłam dobiec do łazienki. Ten słynny blask rozświetlający cerę w ciąży okazał się być potem, subtelnie zraszającym pobladłe lico.

Trudno było rozpracować nowy system działania, bo im bardziej byłam głodna, tym więcej myślałam o jedzeniu i tym bardziej było mi niedobrze. Jedynym wyjściem było stale mieć coś w żołądku, a więc łapać się każdej zachcianki. Trzydziestostopniowe upały świętowałam więc kolejnymi miskami rosołu, po które jeździł po barach mlecznych mój mąż. Gdy otwierał drzwi, zielona na twarzy pełzłam do stołu i siorbałam wywar o zbawczej mocy paliwa rakietowego. Po przeprowadzeniu wywiadu na temat kuchni libańskiej zjadłam łyżeczką całe opakowanie nędznego hummusu z Biedronki „o smaku suszonych pomidorów”, którego to smaku normalnie nie tykam. Gdy sąsiad zaczynał smażyć cebulę – w środku pięknego, nabrzmiałego od warzyw i owoców sierpnia – marzyłam o talerzu gotowanych kartofli z okrasą. Rzucałam się na wędzoną makrelę, tak pękatą, tłustą i słoną, że wywoływała ślinotok przez całą drogę ze sklepu do domu.

Do tego, na nasze nieszczęście, chwilę przed zajściem w ciążę zapisaliśmy się do RWS-u (Rolnictwo Wspierane Społecznie – przyp. red.) i co tydzień dostawaliśmy spore paczki sezonowych produktów. Kolejnym dowodem miłości mojego męża było więc zjadanie kilogramów cukinii i ogórków, od widoku i zapachu których mną aż trzęsło. Leżąc w łóżku, czułam ten koszmarny warzywny smród bijący z lodówki. Spowijał wszystko, mój słoik dżemu, karton z mlekiem, wszystkie ściany i naczynia, w zasadzie pół mieszkania. Był tak straszny, że został mi w głowie do dziś – naprawdę nie wiem, czy mdłości skończyłyby się z początkiem drugiego trymestru, gdybyśmy się nie przeprowadzili do nowego mieszkania ze świeżo skręconą kuchnią. Nie wiem też, czy kiedykolwiek pogodzę się z cukinią.

Z nadejściem jesieni znów mogłam jeść, gotować i bez lęku wchodzić do spożywczaków. To było jak wyjście z długiej choroby, uśmiechałam się znad kuchenki i talerza. Jednak pułapki czyhały nadal. Dziką chęć na świeży sok z wyciskarki wolnoobrotowej studziła adnotacja na butelce, że jest niepasteryzowany. To w końcu zdrowy czy zabójczy? Czy w łososiu i makreli więcej jest kwasów DHA, które lekarz polecił spożywać w naturalnej postaci, czy toksyn z dna morza? Czy w ciąży przeterminowany jogurt szkodzi? A ekstrakt waniliowy na spirytusie, czy na pewno paruje z ciasta? W największe spazmy wpadłam, gdy okazało się, że piwo bezalkoholowe wcale nie jest bezalkoholowe, w dodatku ma z tyłu całkiem wyraźną ikonkę z przekreśloną kobietą w ciąży, której nie zauważyłam przez dwa swobodne miesiące okazyjnego popijania. Spanikowana skontaktowałam się z drużyną znajomych matek i lekarzem, czy oni o tym wiedzieli? Ginekolog odpisał, z typową dla siebie swadą, że tyle alkoholu (a konkretnie do 0,5%) zawierają nadziewane batoniki i kefir, matki zaczęły chichotać i pocieszać, a ja przez kilka kolejnych dni wyobrażałam sobie, jak witam na świecie dziecko z zespołem FAS.

Gdy rollercoaster paniki zwalniał, pojawiały się wiadomości od moich koleżanek, współtowarzyszek ciążowej drogi. – Naprawdę jesz wędzoną rybę? A ser pleśniowy? – Ej, a śledzia można? Bo ja zjadłam i moja ginekolog złapała się za głowę. Z drugiej strony barykady stały owe matki dzieci już narodzonych i do tego całkiem zdrowych, które mniej lub bardziej zgodnym chórem mówiły, że jadły niemal wszystko. Kojące, mądre, przybywające z przyszłości, w której wszystko dobrze się skończyło.

Dziś ledwo mieszczę się w swoim ciele, a do mety jeszcze chwila. Muszę wybierać między głębokim oddychaniem a najedzeniem do syta – obie te atrakcje naraz nie wchodzą w grę, a już na pewno nie na siedząco. Czasem chciałabym, żeby bobas spał w moim brzuchu do końca świata, tak mi z nim dobrze i przytulnie. Ale tęsknię też za roquefortem, jajkiem w koszulce i jedzeniem sałaty bez wyrzutów sumienia, że na pewno jest niedomyta. Małe dzieci, mały kłopot? To chyba już.