Wspomnienie bezkresu

Wspomnienie bezkresu

Rowerem przez Saharę

W całej tej sytuacji najbardziej cieszy mnie to, że zdążyłam.
Podróżowałam do utraty tchu, do ostatniej możliwej chwili.
Teraz nie muszę żałować.
Wiem, że to, co mogłam, to zobaczyłam.

Gdy w Wuhan tuszowano skutki nieuwagi nietoperza,
który tak głupio dał zjeść się w zupie,
ja mknęłam rowerem przez Saharę.
Gdyby ktoś mi wtedy powiedział,
że za trzy miesiące będę otwierać drzwi łokciem,
nosić maskę i dezynfekować klamki,
zareagowałbym tak, jak zazwyczaj reaguję
na przepowiednie zwiastujące kolejne końce świata.
Czyli śmiechem.
Tym razem koniec świata nadszedł.
Przynajmniej tego świata, który do tej pory znaliśmy.
Utknęliśmy.
Wszyscy tak samo, a jednak każdy nieco inaczej.
Utknęliśmy z dziećmi, utknęliśmy w samotności,
w żałobie, w chorobie, w ciąży, w rozłączeniu z najbliższymi,
w pracy i w bezrobociu.
Siedzimy w za małych mieszkaniach,
ubrani w rozciągnięte dresy,
oglądamy filmy, które coraz mniej nas cieszą,
odkrywamy nowe przepisy kulinarne,
które coraz bardziej nas tuczą.
Mamy wyrzuty sumienia,
że nie korzystamy z wirtualnych zasobów;
kursów szydełkowania, jogi i francuskiego.
Niektóre dni są fajne, inne beznadziejne.
Zasłoniliśmy twarze maskami.
Śnią nam się telekonferencje.
Liczymy dni, pieniądze, zgony.
Żyjemy lokalnie, świat się skurczył, a o dalekich podróżach
przypominają jedynie zbłąkane reklamy na Facebooku.
Wyjazd za miasto stał się podróżą.

Cały czas towarzyszy nam uczucie dziwności i nierealności.
Tak, jak wtedy nie uwierzyłabym w nadejście pandemii,
tak teraz trudno mi wyobrazić sobie to poczucie mocy i wolności,
jakie dała mi podróż na rowerze przez największą pustynię świata.
Sztafetę z Warszawy na zwrotnik Raka dla osób,
które przeszły przez chorobę nowotworową,
organizowała fundacja Rak&Roll,
a ja miałam wielki zaszczyt i radość wziąć udział
w jej finałowym odcinku
i osobiście przekroczyć niewidzialną linię zwrotnika.

A co zrobiłam z dziećmi?
No właśnie, to jest w tej całej historii najlepsze.
Większa część mojego życia kręci się wokół nich.
Wszystko jest dla dzieci, przez dzieci,
dzięki dzieciom, u dzieci, z dziećmi.
Tymczasem okazało się, że słowo „dzieci”
doskonale łączy się również z przyimkiem „BEZ”.
Tak, pojechałam sama!!!
Obudziłam się o 4 rano,
pocałowałam śpiące czoła, zarzuciłam plecak
i rzuciłam się w dół klatki schodowej z uczuciem
podobnym do tego, które pamiętam z czasów,
gdy pierwszy raz wymykałam się spod kontroli dorosłych,
by samodzielnie testować granice tego, co można.
Teraz na dwa tygodnie urwałam się ze swojego życia
i samą siebie zaskoczyłam,
jak łatwo było mi wyjść z roli Kangurzycy.

Jechaliśmy w pięć osób.
Nasza droga wiodła na południe;
od Agadiru – turystycznego molocha z betonową promenadą,
drogimi restauracjami, wielokondygnacyjnymi hotelami
oraz natrętnymi beach boysami,
aż po zakurzone wioski, które na oczy nie widziały turysty.
Od dumnych szczytów Atlasu, aż do płaskiej jak blat stołu Sahary.
Od udekorowanych kozami drzew arganowych
i kwitnących opuncji, aż po pola kamieni,
po których leniwie błąkają się stada dromaderów.
Im bardziej oddalaliśmy się od punktu wyjścia, tym było wspanialej:
z każdym dniem coraz bardziej dziko, surowo i autentycznie.
Bogaty i pofalowany krajobraz stopniowo się wypłaszczał,
pozbywał zbędnych elementów,
większość form życia w walce o przetrwanie
schodziła do podziemia, szukając cienia i wilgoci.

Od pewnego momentu jechaliśmy przez wielką pustkę.
Przez dziesiątki kilometrów nie mijaliśmy żadnej osady,
żadnej stacji benzynowej.
Jazda na rowerze pozwala głęboko zanurzyć się w otaczający świat,
daje poczucie absolutnej wolności i kontaktu z otaczającą rzeczywistością.
To nie rozmazujące się obrazy za szybą pędzącego samochodu;
to intensywne doświadczanie,
fizyczne odczuwanie przy pomocy wszystkich zmysłów.
Zapamiętałam trójkąt zwężającej się przede mną drogi,
bezkresną pustynię, żar lejący się z nieba,
wiatr chłoszczący twarz, szum oceanu;
cztery żywioły i przyspieszone bicie serca.
Ta monotonia i surowość była dla mnie katartyczna,
wprawiała w zachwyt i stan głębokiej kontemplacji.
Taki krajobraz wchłania wszelkie myśli.

Rower sprzyja też spotkaniom z ludźmi,
od których doświadczyliśmy wiele życzliwości i dobroci.
Kierowcy pozdrawiali nas, zatrzymywali się
by zamienić kilka słów, poczęstować wodą lub owocami.
Na Saharze obowiązuje etyka pustynna.
Nie pomóc komuś, to znaczy skazać go na niebezpieczeństwo,
może nawet śmiertelne.

Na noclegi i posiłki zatrzymywaliśmy się w tranzytowych
miastach, miasteczkach i wioskach.
Miejscach, w których nawet nie mogłam zakupić kartki pocztowej,
gdy akurat przypominało mi się, że mam dzieci.
Pozornie nieciekawe i brzydkie, zachwycały swą prostotą.
Prowizoryczne budownictwo, kolorowe stroje kobiet,
zawodzenie muezinów, powietrze przesycone kurzem Sahary,
zapachem dymu z tadżina i oceanu;
żadnych zabytków, żadnych must see, żadnych atrakcji
– tylko zwykłe, pełne trudu życie.
Wielokrotnie korzystałam z gościnności mieszkańców,
którzy zapraszali mnie do siebie,
bym spędziła z nimi czas, zjadła posiłek.

Jednym z piękniejszych momentów wyjazdu
był udział w tradycyjnym saharyjskim weselu,
na które zostałam wciągnięta z ulicy.
Wielki namiot rozbrzmiewał graną na żywo tradycyjną muzyką,
w rytm której podrygiwały kobiety
z udekorowanymi henną dłońmi
i zakrytymi kolorowymi woalami twarzami.
Początkowo przyglądały mi się uważnie,
a potem zaprosiły do zabawy.
Opiekowały się mną, traktowały jak siostrę:
uczyły tańczyć, podrzucały najsmaczniejsze kąski
ze skromnie zastawianych stołów.
Nie przeszkadzało im, że jestem w spodniach,
że mam odkrytą głowę, inny kolor skóry,
i że nie mówimy w żadnym wspólnym języku.
To była piękna lekcja otwartości.

„Na dwa tygodnie urwałam się ze swojego życia i samą siebie zaskoczyłam, jak łatwo było mi wyjść z roli Kangurzycy”.

Szczególne wrażenie zrobiło na mnie terytorium Sahary Zachodniej.
Granica z Królestwem Maroka jest niewidzialna,
jednak w pewnym momencie coś się zmienia.
Pojawiają się OCZY.
Każdy przybysz jest bacznie obserwowany.
Tajniacy wiedzą wszystko: skąd, z kim, dokąd i po co.
Przybysz co rusz podlega kontroli,
bombardowany jest serią pytań.
Gdy tylko zrobi coś wbrew marokańskiej myśli,
jest przywoływany do porządku.
Tak właśnie wydarzyło się, gdy na środku pustyni
wdałam się w rozmowę z separatystą.
Oczy wypatrzyły, uszy usłyszały.
Po kilku minutach przyjechał wojskowy (skąd?) i nas rozdzielił.

W czasie podróży mieliśmy wiele przygód.
Jeździliśmy autostopem – tirami i na pick-upach,
spaliśmy na pustyni – pod osłoną nieba,
i robiliśmy rzeczy, które niespecjalnie nadają się
do opisania na portalu parentingowym
(pozdrowienia dla moich Towarzyszy!).
Tak było kiedyś, gdy jeździło się bez dorosłych,
tak jest teraz, gdy jeździ się bez dzieci.

Gdy po pokonaniu ponad 1000 km, dojechałam
do zaginionej w bezkresie Sahary niepozornej tabliczki,
ogarnęło mnie pragnienie, by jechać tak bez końca,
rozpędzić się i minąć równik, rozlewiska Konga, zwrotnik Koziorożca
i zatrzymać się na chwilę na Przylądku Igielnym,
by spojrzeć na spotkanie oceanów.
A potem jechać dalej.

Kiedyś to zrobię.
A Wy, gdy w końcu skończy się ten cały lockdown,
weźcie rower i jedźcie na Saharę.
To jest tak fantastycznie proste i genialne.

Najlepiej BEZ dzieci.

Dodaj komentarz