Wielka piaskownica

Wielka piaskownica

Zaszło słońce i temperatura gwałtownie spadła. Jeszcze przed chwilą gorąca i rozświetlona na czerwono pustynia pogrążyła się w mroku i przejmującym chłodzie. Zimny wiatr smagał nasze policzki, wbijając w nie pędzące i ostre ziarna piasku. Zawinęliśmy się w koce i mknąc przez ciemność, zastanawialiśmy się, jak przeżyjemy nocleg w skalnej grocie. Z każdą sekundą pomysł wydawał się co raz bardziej niedorzeczny. Nic nie zapowiadało, że czeka nas jedna z piękniejszych nocy w życiu.

W końcu samochód zatrzymał się. Kierowca, Ahmed, wyskoczył z wozu i dokądś poszedł. Do naszych uszu dobiegało szczekanie psów, parskanie wielbłądów, meczenie owiec. Najwyraźniej dotarliśmy do jakiejś osady. Potem w ciemnościach rozległ się znajomy głos: – Wychodźcie, prześpimy się u mojego kuzyna. Jest za zimno, dzieci nie mogą spać pod gołym niebem – zarządził autorytarnie, a my nie mieliśmy ani śmiałości, ani ochoty z nim dyskutować.

I tym sposobem, zupełnie niespodziewanie, władowaliśmy się do namiotu koczujących na pustyni Beduinów. I trudno powiedzieć, kto był bardziej zdziwiony: Leo, tym jak mieszka się na środku pustyni; czy Mieszkańcy Środka Pustyni tym, jaki sprzęt ma ze sobą Leo…

Namiot był olbrzymi i podzielony na kilka części: dla mężczyzn, dla kobiet z dziećmi oraz wspólną. Cała przestrzeń spowita była kłębami gęstego dymu. Na piasku, wokół ogniska siedziała grupa mężczyzn. Pili herbatę i palili szyszę, ktoś grał na tradycyjnej gitarze. Dosiedliśmy się. Poczęstowali nas gorącym i słodkim płynem, przynieśli humus, chleb i oliwki. Siedzieliśmy tak razem kilka godzin, słuchając opowieści o trudnym, a zarazem
romantycznym życiu na Wadi Rum. O pieszych pielgrzymkach do będącej niedaleko stąd Mekki (ponad dwa tygodnie na wielbłądzie), turystach, burzach piaskowanych, karawanach. O Saudyjczykach i uchodźcach z Syrii.

Teo zasnął wpatrzony w ogień; a Leo, urzeczony klimatem, siedział z nami do późnej nocy. Przed snem wyszliśmy jeszcze na zewnątrz i oniemieliśmy z zachwytu. Było jasno. Zza skał wzszedł księżyc, iluminując krajobraz swym zimnym srebrzystym światłem. Nasze sylwetki rzucały na piasek długie i surrealistyczne cienie, a pustynia wydawała mnóstwo obcych, delikatnych dźwięków. Potem wróciliśmy do namiotu, zawinęliśmy się w grube warstwy koców i kołder i zasnęliśmy wtuleni w siebie.

O świcie obudziły nas witające słońce zwierzęta. Beduini ponownie rozpalili ognisko i zaprosili do wspólnego biesiadowania. Zauroczony sytuacją Leo (który na co dzień nienawidzi herbaty i nigdy nawet na nią nie spojrzy) wypił tego ranka chyba z siedem wiader.
– More tea?
– Yes, please – za każdym razem brzmiała jego odpowiedź, a ja drżałam, że po takiej ilości teiny nie zaśnie już nigdy.

Po wyjściu z namiotu kolejna niespodzianka – piaskownica jak okiem sięgnąć.

Dzieci od razu wiedziały, co z tym robić, a my leżeliśmy na piasku, grzejąc się w pierwszych promieniach porannego słońca.

Po Wadi Rum jeździliśmy przez dwa dni, docierając aż do granicy z Arabią Saudyjską. Robiliśmy kilkugodzinne trekkingi, gotowaliśmy pod gołym niebem. Szybko zorientowaliśmy się, że aby poczuć obezwładniając piękno, ciszę i bezkres pustyni, należy omijać jej turystyczne topy, gdyż oblepione są spragnionymi wrażeń turystami, którzy ustawiają się w kolejce, by zapozować z uniesionym w górę kciukiem na kamiennym łuku, wydmie lub fikuśnej skale.

Kolejnym punktem podróży było tajemnicze miasto wydrążone w skałach, symbol Bliskiego Wschodu – Petra. Wiedzieliśmy, że aby ominąć tłok, musimy być pod bramą wejściową już o godzinie siódmej. Okazało się to zupełnie niemożliwe. Weszliśmy do miasta z czterogodzinnym spóźnieniem, niesieni na grzbiecie szczytowej fali turystów. Myślałam, że oszaleję. W prowadzącym do skarbca tunelu czuliśmy się jak w supermarkecie przed Świętami Bożego Narodzenia, a pod samym skarbcem kłębił się taki tłum, że czułam się, jakby ktoś uwięził mnie w zdjęciach Martina Parra. Krzyki, wrzaski, konsumpcja i to tego zmaltretowane zwierzęta, na których garbach, co rusz ktoś realizował pamiątkową sesję fotograficzną. W ciągu pierwszej godziny znaleźliśmy się na samym dnie rozczarowania i frustracji.

Na szczęście, szybko się odbiliśmy. I jak zwykle, wystarczyło zboczyć z głównego szlaku, aby Petra stała się nasza. Zrobiliśmy wspaniały, wiodący bocznymi drogami spacer, podziwiając obezwładniające widoki, wchodząc do dziesiątek pomieszczeń wydrążonych w skałach. W jednej z grot mieszkał Beduin, który zaprosił nas na gotowaną na ognisku herbatę. Był właścicielem dwóch rezydencji – jaskini zimowej i jaskini letniej. Spędzał w nich cały rok. Wyglądał, jak większość mieszkańców okolicy: apaszka, długie włosy, podmalowane henną oczy. I nie mam cienia wątpliwości, że Penny Rose – autorka kostiumu Jacka Sparrows’a, musiała przed produkcją filmu być w Petrze i inspirację do stworzenia karaibskiego pirata zaczerpnąć z Bliskiego Wschodu.

Do głównego punktu, czyli Świątyni, dotarliśmy w promieniach zachodzącego słońca. Większość turystów dawno już zeszła na dół, a my mogliśmy w samotności nacieszyć się tym pięknym miejscem. A potem okazało się, że po zajściu słońca robi się ciemno, a nas czeka nas jeszcze dwugodzinna droga. I było zupełnie magicznie, jakby ktoś cofnął nas do starożytności. Noc, skały i my. Pod oświetlonym księżycem Skarbcem tym razem byliśmy zupełnie sami. Jednak, spóźnialstwo czasem się opłaca. Spędziliśmy w Petrze jeszcze kilka dni, całkowicie wybaczając jej fatalne pierwsze wrażenie jakie na nas wywarła.

I na koniec Amman. Jeżeli lubicie arabskie miasta, to stolica Jordanii wam się spodoba. Wibrujące barwy, dźwięki i zapachy, odziani w długie szaty mężczyźni, kobiety w hidżabach. Obłędny tętniący życiem souk; zgiełk i chaos, melancholijne głosy nawołujących do modlitwy muezinów, humus, soki owocowe, baklawa, falafele. No i najważniejsze: sklepy z arabskimi olejami zapachowymi, gdzie samemu można skomponować wymarzony zapach perfum. Tu się bezwstydnie pochwalę: stworzyłam tam najdoskonalszą miksturę na świecie. Przepisu nie podam, chyba że ktoś w zamian przywiezie mi buteleczkę tego cudu!

PS. No i właśnie, jak tu oprzeć się liniom lotniczym, gdy oferują przelot do Ammanu za 50 zł?