Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić

Uważaj, o czym marzysz, bo może się spełnić

Lorem ipsum sit dolor amet

Na początku zeszłego roku siedziałam w kuchni swojego mieszkania w Berlinie i w trakcie rozmowy ze znajomym powiedziałam mu niespodziewanie, że tęsknię za Mią (moją jedyną i najfajniejszą córką). Nie miało to do końca sensu, bo Mia szalała po tym samym mieszkaniu, w którym właśnie siedzieliśmy z córką znajomego, i była na wyciągnięcie ręki. Ja z kolei na co dzień za nią tęskniłam, sama nie do końca rozumiejąc, jak mogę marnować te kilka godzin darowanej mi w ciągu dnia wolności na tęsknotę za wiecznie toczącą się kulką energii. Mogłabym spędzić je na pracy lub chociażby siedzeniu i nic nie robieniu.

No właśnie, ona spędzała kilka godzin dziennie w przedszkolu, a ja miałam wrażenie, że jej dzieciństwo ucieka mi przez palce. Winię za to pomysł kupna kampera, który zrealizowałam kilka lat wcześniej (kampera nr 1, bo jesteśmy obecnie na numerze 3). Doprowadził on do tego, że spędzałam z córką ładnych kilka miesięcy rocznie w drodze. Odkryłam wówczas, jak totalnie genialne jest moje dziecko. W pewnym momencie stwierdziłam, że jedynym i rozsądnym wyjściem z tej całej tęsknotowej sytuacji będzie zabranie Mii z przedszkola, wpakowanie jej do kampera i podróżowanie z nią do momentu, kiedy będzie musiała iść do szkoły, czyli przez kolejne 2 lata.

Od momentu kiełkowania pomysłu do podjęcia ostatecznej decyzji minęło 10 minut. Pozostało jedynie wciągnięcie do planu Tomasza (taty) i samej Mii. Tomasz powiedział „OK” w 5 sekund, Mia odpowiedziała „super”. Poszło łatwo i bez dramatu. Kolejne dwa miesiące na przemian jeździliśmy Thelmą (naszym przyszłym domem na kółkach i kamperem nr 3) i pakowaliśmy nasze życie w Berlinie do pudeł, żeby zwolnić mieszkanie. I tak, po zdaje się kolejnych przysłowiowych 5 minutach, siedziałam w naszym 30-letnim kamperze i dopiero wtedy doszło do mnie, że moim domem oficjalnie jest samochód. Fala szczęścia, która mnie uderzyła, była niesamowita, bo właśnie zrealizowałam plan, który zawsze siedział gdzieś z tyłu mojej głowy.

No właśnie, ten plan… Doświadczenie w drodze z Mią miałam spore. Kiedy skończyła roczek, zabrałam ją do Australii, gdzie prowadziłam warsztaty z fotografii kulinarnej. Kiedy miała 2 lata, pojechałyśmy na długie tygodnie do Nowej Zelandii, gdzie wspólnie kempingowałyśmy na dziko w 50-letnim kamperze. Po powrocie kupiłam swojego pierwszego kampera, który niemalże rozchodził się w szwach, i przez bite 5 miesięcy jeździłyśmy nim po Europie. Ja i Mia, tata dojeżdżał od czasu do czasu, na chwilę.

To, czego nie wzięłam pod uwagę, to to, że matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w bezpiecznej odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko. Przestrzeń osobista jest w końcu ważna i potrzebna, nawet przez tę jedną godzinę dziennie. Za to trochę inaczej to wygląda, gdy do kampera wprowadził się Tomasz, zaś Mia przestała drzemać w ciągu dnia. Jak to w małżeństwie bywa, trzeba się dotrzeć, a kiedy przeprowadzasz się z mężem i dzieckiem do 12 mkw, trzeba ustalić pewne zasady, które są oczywiście nagminnie łamane przez tych, którzy ich nie wymyślali (Mię i Tomasza). 

W trakcie wcześniejszych lat podróżowania z Mią wypracowałam sobie pewne triki. Na przykład smażyłam rano wieżę naleśników i miałyśmy zawsze kilka na kolację i na przekąskę. Tomek zjada wszystkie naraz, więc trick jest nieaktualny. To samo tyczy się makaronu lub innego obiadu, który odgrzewałam następnego dnia. Mam też przekąski kryzysowe, bo zdarza się, że dziecko potrzebuje kawałka czekolady, by uświadomić sobie, że dziejąca się właśnie tragedia wcale nią nie jest. Tomek niczym pies myśliwski potrafi wszystkie wytropić i zjeść. Fakt ten oczywiście skrzętnie ukrywa. Jednak największym, bezczelnym i niewybaczalnym przewinieniem jest wykończenie kawy, również tej awaryjnej (tak, mam awaryjną, bo przezorny zawsze zabezpieczony, a życie przed kawą nie istnieje), i nie wspomni mi o tym.

Prócz wielu mniejszych, mam jedną istotną wadę – jeśli nie wypiję rano filiżanki kawy, bez kija do mnie nie podchodź. Nie raz, nie dwa zdarzyło się niestety, że obudziłam się o 5 rano w środku lasu lub gdzieś na górze i okazało się, że kawy nie ma. Nie omieszkałam wówczas obudzić Tomasza i wypytać, gdzie ją schował. To, ile razy usłyszałam, że przecież wczoraj  ją skończył i trzeba kupić nową (o czym nie wspomniał wcześniej), jest wprost nieprzyzwoite. Do najbliższej miejscowości jest 20 kilometrów, dziecko śpi, więc nie wypada go budzić dla filiżanki kawy, a ty masz w głowie setki planów zemsty. Sytuacja powtarza się nagminnie, więc poważnie zaczynam zastanawiać się nad odstawieniem trunku, by ratować małżeństwo. 

„Matki są niezwykle zorganizowanymi istotami. Potrafimy żyć w kamperze, ugotować, zaplanować, popracować, a i dostarczyć wszystko w terminie, zrobić pranie w rzece. I jeszcze wstać o 4:30 rano, żeby podziwiać wschód słońca z kubkiem kawy w ręce, w odległości 5 metrów od kampera, w którym śpi dziecko”.

Jak wygląda życie w 12 mkw? Całkiem zwyczajnie. Jest śniadanie, obiad i kolacja, gotowanie i zmywanie. Jest zabawa z Mią i pogadanki. Oboje z Tomaszem pracujemy, z tym, że ja wstaję wcześnie rano i zaczynam pracę o 5-6 rano, zaś Tomasz ma zmianę wieczorną. To, co się zmieniło, to organizacja czasu. Nie ma mowy o jego marnowaniu, bo wybór jest prosty: albo czas z Mią, albo nadrabianie pracy. W naszym kamperze mamy wszystko, czego nam potrzeba. Prąd jest z solarów zamontowanych na dachu. Jest toaleta, jest też prysznic. Jest kuchenka, zlew i lodówka. Jest łóżko, które trzeba pościelić i powierzchnia, którą trzeba wysprzątać. Jest nawet mały poręczny odkurzacz, ręczny mikser do szejków i za dużo deskorolek na metr kwadratowy. Zmiana polega na tym, że w planie co kilka dni jest poszukiwanie wody i miejsca, gdzie tą zużytą można opróżnić. Codziennie szukamy też miejsca, gdzie możemy zaparkować na noc, bo lubimy zmiany i jeśli już żyje się w aucie, to trzeba z tego korzystać. Z ostatnim nie ma problemu, bo miejsca te są zazwyczaj na dziko i zazwyczaj są przepiękne, choć zdarza się i spanie na parkingu.

To, co jest najtrudniejsze i zarazem najpiękniejsze w naszej sytuacji, to spędzanie ze sobą czasu 24/7, i to sporo tego czasu w niewielkiej przestrzeni. Okazuje się, że nie jest to trudne, ale potrzebne są pewne zasady (te nagminnie łamane). Na koniec dnia jest tak samo jak w domu, przyzwyczajasz się i staje się to dla ciebie normą. Mały metraż nie przeszkadza, widoki zachwycają, twój czas samemu (o tej 5 rano na zewnątrz kampera) staje się ulubioną rutyną. Moja rodzina ignoruje wschody słońca na rzecz snu. Obydwoje wychodzą z założenia, że im dłużej pośpią, tym lepiej dla nich i otoczenia. Więc to jest mój czas, na myślenie, na podziwianie świata, śmianie się na głos, kiedy zdam sobie sprawę, że siedzę właśnie na skale o 5 rano, popijam kawę i patrzę na ocean. A świat naokoło dopiero zacznie się budzić, albo jeszcze długo nie.