Syropek na ratunek zmęczonej matce

Syropek na ratunek zmęczonej matce

Wychowując dzieci, staram się unikać zbędnej medykamentacji, jesteśmy jedną z tych rodzin, co będzie patrzeć na dziecko z gorączką i powtarzać „jeszcze nie, jeszcze za wcześnie, damy coś, jak będzie powyżej 39,5 stopnia, niech walczy”. Jednocześnie marzę o leku, który sprawi, że dzieci będą szybko zasypiać i spać dłużej niż ja. Taki jakiś syropek – nie brzmi źle… Syropek brzmi jak pomoc. „Syropek na ratunek zmęczonej matce” – tak bym go reklamowała. I ten syropek nie byłby używany w trosce o jakość snu moich dzieci, tylko o jakość mojego życia, bo kiedy one śpią, to tak jakby jestem bez dzieci. Gdy one przesypiałyby całe wieczory, ja oglądałabym seriale jak wolni ludzie, byłabym na bieżąco z produkcjami, a nie jak teraz – oglądam „Orange is the new black”, kiedy wszyscy już obejrzeli ten serial, co więcej – nigdy nie widzieliśmy „Gry o tron” czy „Modern family”. I to są podstawowe braki w kulturze popularnej. Na temat moich braków w kulturze wysokiej to nawet nie zaczynam się rozpisywać, bo miejsca nie starczy i wstyd.

Jeden z dawnych przyjaciół Wojtka opowiadał, że matka w dzieciństwie dawała mu leki na sen, wszyscy bardzo współczuli temu chłopakowi, doszukując się też początku jego nałogu w tym paskudnym procederze. Cóż, dziś zastanawiam się nad jego mamą, nieźle to wykombinowała. Szczerze? To trochę mi imponuje. Takie dłuższe spanie dzieci to poczekalnia, przechowalnia – jak dawanie iPada czy włączanie Netflixa, zapraszanie rówieśników, odwożenie do babci, ceramika i te wszystkie inne rzeczy, które robimy, żeby się dziećmi nie zajmować. Pierwsze lata – szczególnie z pierwszym dzieckiem – byłam bardziej wczutą mamą, z dzieckiem na ręku, oglądającą razem kreskówki, bawiącą się, teraz odganiam się od dzieci jak od natrętnych much (i nie koniecznie to jest złe, bo dziecko, dla którego byłam milsza i bardziej obecna… coż, to jest to wredniejsze).

Czy jestem ofiarą wadliwego systemu kultury czy swojego popędu seksualnego? Pewnie wina leży gdzieś pośrodku, gdy przychodzi owulacja i nie myślisz jasno i na maxa kręci cię sex, który może skończyć się poczęciem. Orgazm masz wtedy taki, że wyrywa z siedzeń, a potem przychodzi faza odprężenia i już kolejne dziecko nie wydaje się świetnym pomysłem. Ja to sobie mówię: najwyżej pojadę na Słowację do spa, nie wiem, co sobie mówią kobiety, którym nie wolno nawet pomyśleć o aborcji. U mnie to jest jakieś skomplikowane, jak to skorpiony mają w zwyczaju – dążenie do samounicestwienia, tak wyobrażam sobie mój koniec – jeszcze jedno dziecko. Nie tylko ja tak uważam, moja młodsza siostra kiedyś powiedziała, że jestem w Klubie 27 (Forever 27 Club i zacni członkowie: Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, czy Kurt Cobain). Na moje pytające spojrzenie „WTF?! WTF Mort?!” rzeczowo i spokojnie wytłumaczyła mi, że zostałam matką w wieku 27 lat, a to prawie to samo co samobójstwo. Nie pamiętam mojej reakcji, czy przytaknęłam, czy odesłała mnie w głęboką refleksję. Jedno i drugie rozwiązanie mi pasuje.

W risky sex wpakowała mnie ewolucja i owulacja, ale kultura też robi swoje. Przekaz, że macierzyństwo jakoś cię dopełni, że dopełni związek, że rodzina to dwójka plus dziecię, że macierzyństwo jest takie kolorowe i naturalne, że większość kobiet to matki. Czy ten przekaz to oszustwo? Niekoniecznie, ale nie jest pełny. Chyba najgorsze jest to, że nikt nie mówi, że stracisz beztroskę na zawsze i nigdy nie będziesz już sama, nawet w kiblu. A jak już tę kwestie poruszysz, to najgorsze są komentarze i spojrzenia, które mówią „Co za debilka, przecież to oczywiste! Oczywista oczywistość”. A mnie przeraża czasami, że nie mogę wyjść z domu i nie wrócić, nie nawet „wyjść na zawsze”, ale tak chociaż do świtu siedzieć nad Wisłą i pójść z nowo poznanymi ludźmi rano na zapiekanki. Albo do nich do domu pobawić się z ich kotem i patrzeć, jak przygotowują śniadanie z niczego: „sorry, dawno nie byłem na zakupach” – więc z tym kotem, teoretycznym, i jego właścicielem zjeść na śniadanie lody i zawiesić się w ciszy. Bo nawet jak pójdziesz w melanż i wrócisz na chatę, to w chacie nie odpoczniesz, bo z kątów wyłazi „mamoooo” i boli głowa, i jesteś niewyspana i męczy cię, że tak „nie wypada” – więc spędzasz dnie i wieczory „przy dzieciach”. W domu.

Jak na wpis na portal parentigowy, gdzie można znaleźć piękną wyprawkę, to wypisuję tu niezłe bezeceństwa. Ale ja wierzę w ludzi i szukam w nich dobra, a dobro w ludziach dla mnie, na etapie życia, na którym jestem, to szczerość. Tylko prawda nas wyzwoli. Osho (ten od rolls-royce’ów) mówił, że dzieci wybaczą ci prawdę, prawdziwego ciebie, ale nie wybaczą udawania, więc jak masz ochotę powiedzieć dzieciom, że się z nimi nudzisz (nie, że one są nudne – no, chyba że są…), to im mówisz, jak chcesz krzyknąć, to krzyczysz, jak ich zachowanie tobie nie leży, to od razu dajesz znać, a nie czekasz, aż wybuchniesz dwa dni później przez troszkę jajecznicy na podłodze.

Niedawno dostałam propozycję udziału w audycji – zapytałam, z jakiej paki ja? (nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie). Miła pani wydawczyni zakomunikowała mi, że w moich wypowiedziach w social mediach i z wpisów tutaj maluje się taki prawdziwy obraz antymacierzyństwa. Z jednej strony myślę sobie: fajnie, fajnie, docieram do ludzi, momenty glorii i chwały już za chwilę, a z drugiej mam mindfuck – jakiego, kurwa, antymacierzyństwa? Bo nie pieje z zachwytu codziennie nad potomstwem? Bo kocham żarciki z okna życia i o aborcji? Bo nie piszę, że ich kocham szczerze? Nie muszę! To, co dotyczy mojej rodziny i mojej relacji z dziećmi, objawia się w uczynkach, w robieniu, w trwaniu przy sobie. Nie będę o tym pisać. To nudne. I osobiste. Audycja się nie odbyła – covid. Trop ten doprowadza mnie do kolejnego powtarzającego się schematu: matki, które mnie zagadują i w końcu otworzą się i wypuszczą trochę mroku i znoju na wierzch, pośmieją się ze swoich dzieci, zmęczenia, tego, że gdyby wiedziały, cofnęłyby czas i uprawiały tylko anal, po trzech minutach szczerego śmiechu zakłopotane dodają: „ale wiesz, kocham ich/je/ją/jego”. Czemu nie zatrzymać się na śmiechu? Na szyderze? Drobnej złośliwości? Po co nam tłumaczenie się „ale ja go planowałam”, „jak śpi, gapię się jak oddycha i wdycham jej zapach”, „bez kitu, jest mądry” itp, itd. Czyżby wystarczył drobny żarcik czy złośliwe zdania pod kątem macierzyństwa, żeby dostać łatkę „wyrodnej matki”? Strach przed nią jest większy niż przed szkarłatną literą, tak to sobie wyobrażam.

Nad mężczyznami nie ma takiej presji ani strachu. Oglądałam wypowiedzi, co to znaczy być dobrym ojcem i jedna z nich brzmiała: „being good father is mostly about showing up“ (bycie dobrym ojcem to głównie pojawianie się ). No, panowie to się pięknie urządzili, wystarczy wpaść raz na jakiś czas – i z bańki. Typ na śniadanie serwuje płatki z mlekiem, a wszyscy pieją z zachwytu „ty to masz szczęście! Nawet gotuje!”. Przykładów mogłabym mnożyć, ale nie chcę chłopakom dokuczać, bo to, gdzie jesteśmy, to nie jest tylko ich wina, pojawili się w tak urządzonym świecie i korzystają z tego, co mają – i tak są bardziej obecni niż ojcowie lat 80. i 90., którzy robili byznes.

Mam z przyjaciółkami grupę na WhatsAppie, Edka pojechała na nurki do Egiptu, glut został w domu, a ma pewnie z rok (konkurs na ciotkę roku raczej przegram) i pisze do nas wiadomość, że typiary na wyjeździe ją oceniają. Nikt nie przypierdziela się do ojca, tylko do matki, i to głównie inne typiary. Hasło „siostrzeństwo” do nich nie dotarło. Bez siostrzeństwa żadnej kobiecie nie będzie łatwiej na tym świecie – czy jest matką, pracownicą seksualną, czy księgową.

Z okazji siostrzeństwa w prezencie macie ode mnie obszary, w których u mnie pogorszyło się ze względu na posiadanie dzieci (może dotrze do tych, którzy się jeszcze zastanawiają i nie będzie takiej frustracji jak u mnie):

– skończył się szalony melanż
– seks jest reglamentowany
– czas ucieka między palcami
– mniej pracuję, więc mam mniej hajsu
– komplikacje zdrowotne po cesarkach
– odwapnione zęby po ciąży
– brak czasu tylko dla siebie
– koniec z wyprawami za ocean, 4 bilety to za drogo

Dobra, kończę tę listę, bo słyszę, że włączyli „Maleńkie stworzenia”, a uwielbiam to oglądać. Z nimi… Uwielbiam oglądać z nimi 🙂

PS – uprzedzę wasze komentarze: jestem szczęśliwa
PS 2 – odrobina szczerości was nie zabije, przyjmijcie, nie oceniajcie.

Dodaj komentarz