Strach ma wielkie oczy

Strach ma wielkie oczy

Mam 5 lat. Bawię się na podwórku u babci. Wydaje mi się, że jestem sama na całej ulicy, ale to nie jest ważne, właściwie wcale nie zwracam na to uwagi, nie czuję się samotna, bo przecież tyle się dzieje. Bawię się w swoim świecie, są wyobrażone postacie, chowamy się w krzakach, gonimy pomiędzy kolorowymi kwiatami, podziwiamy ogrodzenie ogródka zrobione z grubych kolorowych butelek. Jest fajnie, nie istnieje inny świat poza tym, co mnie otacza. Bawię się w najlepsze, kiedy nagle słyszę ten przerażający dźwięk. To samochód z głośnikiem na dachu. Jeździ po ulicach i nawołuje „stary puch, zbieramy stary puch”, ale ja wiem, że to jest tylko na niby. Przecież babcia tak powiedziała, a może nie babcia, może to była mama, obydwie tak powiedziały, a one przecież wiedzą – są dorosłe, a ja im ufam najbardziej na świecie. Powiedziały, że to samochód, który zabiera złe dzieci.

Nie wiem, czy byłam taka zła, ale może i tak on teraz jedzie po mnie, jest już blisko. Słyszę go zza rogu budynku, a ulica jest taka pusta, nie mam kogo prosić o pomoc. Biegnę do drzwi kamienicy. Próbuję je otworzyć, ale nie da się. Zaczynam walić do drzwi, bo samochód właśnie skręcił w naszą ulicę, już go nie tylko słyszę, ale też widzę. Zaczynam płakać, walę w drzwi z całej siły, czując, że ogarnia mnie strach nie do opanowania. Już mnie nikt nie uratuje, bo babcia nie słyszy. Już za późno.

Kiedy samochód podjeżdża pod nasz dom, trzymam się drzwi, ciężko mi się oddycha. Samochód zwalnia przed domem, a z okna patrzy na mnie mężczyzna. Zamykam oczy, czekam. Słyszę, jak krzyczy „stary puch, zbieramy stary puch”, potem chwila ciszy i samochód odjeżdża. Czuję, jak po nogach ścieka mi ciepły mocz. Ale to nie ważne. Nie mogę uwierzyć, że jestem, wciąż jestem tutaj. Nie zabrał mnie. Chwilę później babcia otwiera drzwi, patrzy na mnie z przerażeniem – jak to możliwe, że się zsikałam, przecież niedługo skończę 6 lat, ale wstyd.

Mam 4 lata. Patrzę na wzgórze przede mną. Na jego końcu widzę nasz domek na działce, jest duży, ma też taras, a w środku rozkładane drewniane łóżko i wiele dziwnych rzeczy, o których nie do końca wiem, do czego służą. Boję się być w domku, bo są tam pająki i dużo robaków, ciemne kąty, dziwnie śmierdzi siarką, w podłodze jest piwnica z pułapką na myszy, a drewno jest takie szorstkie. Przed domkiem jest mama i tato. Widzę tylko ich nogi, bo widok przesłaniają mi ogromne drzewa. Jakbym teraz krzyknęła, na pewno mnie nie usłyszą. Ja też nie słyszę, co mówią. Ciekawe, że się wcale nie martwią tym, że jestem tak daleko.

Czuję się jak dorosła. Sama na tym kopcu. Zbieram kwiaty, porzeczki, truskawki i myślę o tym, jaka jestem dzielna, że się nie boję być tak daleko od rodziców. Kiedy mam już pełne kieszenie, zbiegam z kopca, to trwa długo, nabieram prędkości, moje nogi pędzą, a mi trudno je opanować, przez chwilę myślę, że nie uda mi się zahamować…

Jestem na Słowacji. Tylko na parę dni. Chciałam odwiedzić ojca, który spędza dzień na działce. Jadę tam. Nie byłam w tym miejscu jakieś 15 lat. Wchodzę przez zardzewiałą furtkę, z gęstych zarośli widać mały domek na narzędzia, w którym ojciec przetrzymywał ziemniaki. W środku jest tylko drewniana ława, która się podnosi, a pod nią chowają się rozkładane ogrodowe krzesła. Zaglądam do środka, sprawdzam, czy nie ma tam ojca. W środku jest miejsce tylko dla jednej osoby. Nie ma go tam.

Obracam się i patrzę na górkę. Ojciec obiera jabłka. Wołam do niego, że jestem, on macha ręką, żebym do niego dołączyła. Robię parę długich kroków pod górkę i stoję pod jabłonką. Wszystko jest tak malutkie, chatka, parę drzew, łąka, a nawet mój ojciec jest mniejszy. Stoję w tym samym miejscu, jak wtedy. Po policzkach lecą mi łzy, bo chciałabym jeszcze raz poczuć ten zachwyt pomieszany ze strachem, kiedy zbiegałam po stromym, długim wzgórzu.

 

Mam 4 lata. Siedzę w moim pokoju na podłodze. Nie wiem, jak długo, bo nie mam jak tego zmierzyć. Czas jest tylko subiektywny. Ale wydaje mi się, że siedzę już bardzo długo. Bawiłam się w gotowanie i nagle to usłyszałam. Krzyk. Teraz siedzę, nie mogę nie ruszać, jestem sparaliżowana. Czuję panikę, lęk, strach. Z kuchni słyszę głośne głosy. Rodzice się kłócą. Nie wiem, co mam robić, chciałabym sobie zatkać uszy, ale z drugiej strony boję się, że nie usłyszę, kiedy już skończą. W brzuchu mam kamień, a może to nie kamień, ale coś innego. Jakby mnie ktoś mocno uderzył, boli mnie brzuch. Nie lubię krzyku, a oni krzyczą na siebie. Jak ktoś krzyczy na mnie, to znaczy, że zrobiłam coś złego. Co się stało? Ktoś zrobił coś złego? Mama, tato? Dlaczego obydwoje krzyczą? Dłużej tego nie wytrzymam. Chcę, żeby skończyli, nie mogę się skoncentrować, nie mogę się bawić, nie mogę się ruszyć, nawet nie mogę nic powiedzieć, bo tak się boje. Nie wiem, dlaczego się boję, po prostu tak czuję. To nie jest fajne, kiedy rodzice na siebie krzyczą. Czuję się niepewnie, nie rozumiem, dlaczego tak jest, nie wiem, kiedy to się skończy, a potem i tak będzie inaczej. Jakoś tak cicho. I będę czuła to nieprzyjemne napięcie w brzuchu. Może mama będzie płakać, a jak mama płacze, nie wiem, co robić, tylko stoję i patrzę, boje się. A może tato wyjdzie z domu, a ja nie będę wiedziała, kiedy wróci i czy wróci. Zatykam uszy, chowam głowę między kolana, chcę, żeby to już się skończyło.

Leżę w łóżku. Na moim ramieniu z jednej strony opiera głowę Leo, z drugiej Gaia. Skończyliśmy czytać książkę o Albercie i duchach. Do pokoju wpada słabe światło z  podwórka. Nagle coś uderza w okno, robi się ciemno. Leo i Gaia się naprężają. A ja żartem mówię, że to chyba duch. Gaia wtula się we mnie, zakrywa głowę pierzyną, Leo zatyka uszy, zamyka oczy i szepcze „cicho, cicho”. A ja TO wtedy nagle czuję. Czuję to coś wielkiego, to, co mają tylko dzieci, czuję ich realny strach. Wiem, że ten według mnie niegroźny żart był zły. Oni są naprawdę przerażeni. Przerażeni całym swoim ciałem i umysłem. Leo się trzęsie, a Gaia boi się ruszyć. A ja to w tym momencie rozumiem, czuję to, co oni.

Na chwilę jestem w tym samym świecie. W ich świecie, gdzie wszystko jest bardziej, silniej, więcej, gdzie wszystko jest możliwe, gdzie nie ma granic między realnym a nierealnym. Gdzie wszystko istnieje, gdzie są mocniejsze zapachy, dźwięki, gdzie nie ma logicznych, prostych wytłumaczeń, jak to, że właśnie wiatr zamknął okiennice i sprawił, że zasłoniło się światło lampy. Jeszcze chwilę będą w tym świecie kolorowej wyobraźni, tak mocnej, że sami siebie bez większego wysiłku przekonają o tym, że to, co jest w ich myślach, jest naprawdę. To jest przepiękny Świat. Zazdroszczę im go, bo jest nieokreślony, nie ma granic, reguł, nie jest nudny, nie jest stereotypowy, nie podlega żadnym wymaganiom, nie dopasowuje się do norm, prawd, teorii. To wolny Świat, bardzo bogaty, kolorowy, fantastyczny.

Jednocześnie to Świat ciemny, niebezpieczny, bo można w nim utknąć i nie znaleźć odpowiedzi. Można się w nim bać, czuć samotnym i zagrożonym. Pamiętajmy, że nasze dzieci postrzegają rzeczywistość inaczej niż my. Pamiętajmy o tym wtedy, kiedy będziemy chcieli je nastraszyć, żeby osiągnąć to, że będą nas słuchały. Pamiętajmy o tym, kiedy będziemy się ze sobą kłócić, kiedy będziemy krzyczeć, kiedy będziemy chcieli wykorzystać ich lęk. Ale też pamiętajmy, że ta noc, kiedy zabierzemy ich pod namiot i pozwolimy im zbudować szałas z patyków, zagramy im cieniowy teatr, albo kiedy zabierzemy ich na niebezpieczną wyprawę do lasu, albo pozwolimy im upiec ciasto, a potem zrobimy piknik w parku, to one będą pamiętały to zapewne inaczej niż my. Ich wrażenia będą silniejsze, a obrazy w ich myślach będą pełne magii. To my jesteśmy twórcami świata, który nasze dzieci będą pamiętały, my malujemy obrazy, które im będą towarzyszyły przez wiele lat, my jesteśmy ich rzeczywistością.

„Guido: What kind of place is this? It’s beautiful: Pigeons fly, women fall from the sky! I’m moving here!” / La vita è bella

Dodaj komentarz