Siniaki zamiast medali

Siniaki zamiast medali

Mieszkam w małym mieście i wachlarz zajęć dodatkowych dla dzieci jest tu skąpy. Choć i tak w tym roku byłam mocno zaskoczona, bo dla takiego Antka, który ma 9 lat, jest i basen, i karate, i tańce, i szachy, i gra na instrumentach, zajęcia plastyczne, piłka, a nawet zapasy. Wow! Nieźle jak na kilkunastotysięczne świętokrzyskie miasteczko. Ale to nie koniec, bo znam rodziców, którzy swoje pociechy wożą trzy razy w tygodniu na tenis – 70 kilometrów w jedną stronę. A na Facebooku widziałam niejednokrotnie puchar w rękach innego tutejszego malucha. Zdobywa je w dziecięcej wersji F1 na turniejach w całym kraju. A tymczasem mój syn, który od trzech lat trenuje piłkę, we wrześniu chciał zrezygnować z klubu. Jak oznajmił: piłkarza i tak z niego nie będzie. Wpadłam w panikę. No bo jak to? To nic nie będzie robił? Rety! A przecież jest jeszcze młodszy syn, więc jego też trzeba by już na coś zapisać.

No bo, jak to? 

Włączają mi się myśli, że moi synowie powinni być mistrzami w jakiejś dodatkowej aktywności, że coś powinni osiągnąć. A co gorsza, zaczynam się obwiniać za to, że nie potrafię zachęcić ich do udziału w tych zajęciach dodatkowych. Tyle możliwości jest na wyciągnięcie ręki. Za moich czasów tego nie było, ja nie miałam na to szansy. Na przełomie lat 80/90 nawet harcerstwo miało organizacyjny kryzys. A moi rodzice, dysponując starym Tarpanem (taki samochód, już nie produkują), pewnie nie mieli nawet jednej myśli, by mnie dowozić gdziekolwiek, na cokolwiek. A teraz taki wybór!

Te zajęcia dodatkowe potrzebne są mi jeszcze z jednego powodu: nie chcę mieć za kilka lat poczucia, że coś zawaliłam. Że nie odkryłam talentu. Że nie wysiliłam się wystarczająco. Że nie zrobiłam dla dzieci wszystkiego, co było możliwe. I nie zniosłabym, gdyby mi to w przyszłości wypomnieli. Że żadnego pucharu przeze mnie nie zdobyli.

Targana tymi myślami zaczynam napierać na dzieci. Bez zastanowienia strzelam jak z armaty tym, że „za moich czasów takich rzeczy nie było”, że „Adaś chodzi na to, a Kacper na tamto” i „trzeba próbować, aby dowiedzieć się, co się lubi”. W tej kołomyjce już na na końcu języka mam słowa, że marnują czas, jednak tego nie mówię głośno. 

Antek wszystko co usłyszał, kwituje jednym zdaniem:
– Ale ja nawet nie mam kiedy spotkać się z Szymonem!

 

Zadrapania są jak trofea

Gdybym miała się pochwalić komuś sukcesami swoich dzieci, to co by to było?

Moment, gdy byłam chora i dzieci przez niemal cały dzień czuwały przy moim łóżku i dbały, aby mi nic nie zabrakło?

Może to, jak Antek zaopiekował się młodszym sąsiadem, gdy ten wywrócił się na rowerze?
Albo jak świetnie buduje relacje z kolegami?

Sukcesem Antka jest to, jak radzi sobie w szkole, a przecież pamiętam początki, kiedy myśleliśmy, że zrezygnujemy.

Ostatnie osiągnięcie, kiedy z trenerem i kolegami, a bez rodziców, wyjechał na piłkarski turniej do miasta obok.

Tylko ja wiem, ile razy musiał w tym pokonać samego siebie. 

I to, że sam od niemal dwóch lat jeździ do babci na rowerze, a musi przecież pokonać ruchliwą drogę. 

Młodszemu Michałowi wystarczyłoby policzyć siniaki i zadrapania ostatniego lata – za każdy jeden medal za odwagę i list gratulacyjny za pomysłowość. 

I dla niego zdecydowanie ogromny puchar za ciekawość świata. 

Drugi za to, jak umie gwizdać. Trzeci za sprawność fizyczną, a szczególnie za wspinanie się na drzewa.

Tak. Moje dzieci odnoszą wspaniałe sukcesy. Każdego dnia. 

Obiecuję sobie częściej to dostrzegać i częściej to doceniać.

 

Pozalekcyjna swoboda

Przez wrzesień wychodzę z presji zapisania dzieci na jakieś dodatkowe aktywności. Rozmowy z nimi prowadzą mnie do miejsca, w którym jasno widzę, że synowie nie chcą mieć zagospodarowanych dni, a jedyne, o czym marzą po powrocie do domu, to swobodna zabawa. Po godzinach w czterech ścianach i robienia tego, co oczekują dorośli, marzą o wybieganiu się na podwórku. 

Umiem też przyznać dziś przed samą sobą, że tak w głębi ja też nie chcę się angażować. Zajęcia dodatkowe nie służą nam jako rodzinie, bo nie służą mi, wręcz działają na mnie źle. Dostaję skrętu kiszek na myśl o wożeniu starszego syna trzy razy w tygodniu do klubu piłkarskiego (jednak postanowił trenować dalej). Rozwala mi to dzień, rozwala mi to myśli, dodaje dniom stresu i pośpiechu, którego obecnie nie toleruję. I nie chcę tym wszystkim emanować na mój dom. Co gorsza, zabiera trzy popołudnia, które z lubością spędziłabym z nimi w lesie. Tę piłkę jakoś przeżyję, ale nie dam rady z niczym więcej. Naprawdę cenię sobie bardziej święty spokój w naszym domu, wspólne jedzenie kolacji, grę w dobble czy przytulanie się pod jednym kocem na kanapie, póki jeszcze się na niej wszyscy mieścimy.

Rety! Jak dobrze, że w porę to wszystko złapałam.