Rodzice muszą się dobrze bawić

Rodzice muszą się dobrze bawić

Kocham memy. Memy to moje źródło wiadomości. Najpierw oglądam memy, a potem dopiero zerkam na Wyborczą, żeby zrozumieć, dlaczego znowu śmieję się z Sasina, co przerąbał 70 milionów na wybory, co się nie odbyły, i nie poniósł żadnych konsekwencji. No i wszystko jasne, już wiem, z czego się śmieję. Między jednym absurdem naszego wspaniałego rządu czy też kościoła katolickiego a kolejnym z młodzieżą wszechpolską znalazłam ciekawy cytat, oto on „Dorośli muszą się dobrze bawić, żeby dzieciom chciało się dorastać”. Podpisany jest Erika Bauermeister, pisarka z Kalifornii – jakoś nie chciało mi się zagłębiać w jej osiągnięcia czy literaturę, ale to zdanie jest dla mnie mocne, i jak to się w newagowych kręgach mówi „rezonuje ze mną”. Powtórzmy na głos: „Dorośli muszą się dobrze bawić, żeby dzieciom chciało się dorastać”. Tak! Czy to nie otwiera wam szeroko oczu? Ust?

Po oczach biją mnie dwie sprawy, pierwsza – jeśli zamulasz, nie lubisz siebie czy życia, nie wyciskasz go jak cytryny, to jakim jesteś przykładem dla dziecka? Po drugie to, że o fuck, dzieciom może nie chcieć się dorastać… Tutaj czarne scenariusze, jak dziecięce samobójstwa, mi się przypominają – w końcu Polska ma niechlubne drugie miejsce w Europie, gdzie dzieci najczęściej odbierają sobie życie. Ten drugi temat zostawię, bo ani kompetentna nie jestem, ani dźwigać ciężaru nie chcę. Ale może coś być na rzeczy, że nikt cię nie kuma, w szkole pod górkę, hormony, problemy ze skórą albo objętością ciała, złamane serce i nie ma ulgi o myśleniu o sobie w przyszłości, no bo jak ta przyszłość ma wyglądać? I tu zoom na Grażynę i Janusza/Sebę i Karynę/Kasię i Tomka. Ona zarobiona po uszy, etat, siłownia, sprzątanie i gotowanie, i niczego nie robi dla siebie, a po to, by teściową lub sąsiadów zadowolić, w młodszej wersji – by mieć piękny kontent na Instagram. On w robocie od rana do nocy, z brzuchem lub tłustawymi plecami, zakola przecinają mu głowę, mruczy coś o zmianie opon, mlaszcze przy jedzeniu, wścieka się, jak brudno w aucie, znowu jest spóźniony przez ciebie do pracy, czasem biega i robi brzuszki, ale nie bo lubi, ale dlatego, że boi się, bo Grażyna wygłodniałym wzrokiem patrzyła na sporo młodszego trenera tenisa dzieci.

Gdy już Kasia z Tomkiem się spotkają przy rodzinnym stole, to nawet nie zapytają „co tam?” czy „jakiej płyty ostatnio słuchasz?”, bo muszą logistykę następnych dni obgadać. Kiedyś nie trzeba było gadać, ale nagle Kaśka się postawiła, jest teraz wyzwolona i ona chce „po równo” dzieci odbierać, robić zakupy… Przez to „po równo” na chacie zrobiło się centrum logistyki, trzeba wyznaczyć trasy, budżety, kto jakim samochodem i o której startuje. Jeśli tak wyglądać ma przyszłość, to po co dorastać?! Bez sensu. Szarymi barwami, nijakimi to się maluje.

Wszyscy nam wkładają do głowy, że dzieci nie trzeba zmuszać do czytania, bo jeśli rodzic czyta, dziecko też sięgnie po książkę, że nie należy zadręczać dziecka warzywami na siłę, przecież jak podrośnie, będzie jadło to, co rodzice… Więc zgadzam się totalnie – bawmy się dobrze, żeby nasze dzieci równie dobrze się bawiły na ziemskim padole. Zróbmy coś, żeby dzieci nasze nie myślały o dorosłych tylko w kategorii „nudziarze” czy „zakazy z nogami”. I tak jak mam alergię na „Mamo, pobaw się” i udawanie króliczka, który zgubił braciszka i hoduje w lesie jednorożce, tak próbuję pokazać dzieciom, co jest dla mnie „zabawą”. Że dobrze się bawię, jak słucham muzyki, albo jak gadam z przyjaciółmi, albo jak leżę w słońcu z kawą, albo jak mnie ktoś masuje, albo jak oglądam bajki dla dorosłych, albo jak robię jogę albo jak czytam…

Dziś rano wyciągnęłam Igiego skoro świt z łóżka, szkoła na 8:00 (już nie marudzę, że tak wcześnie, lepiej, że wcześnie, niż jakiś lockdown). Igi ledwo ciepły z rana, zakładam mu koszulkę i spodnie, bo on jeszcze przysypia, zanoszę do kibla na siku i mycie zębów, a potem sadzam nad owsianką. Oczy nadal mu się kleją, ale zaczynam opowiadać o różnych moich szkolnych występkach (Igi nazywa je prankami), a oczy synowi mojemu otwierają się i śmieją do mnie. Po każdej historyjce jest „opowiedz więcej, i co jeszcze zrobiłaś, a dostałaś ochrzan?”. Opowieści szybko się nie kończą, bo jak to podsumował mąż „twoja mama to niezły gagatek”. Wniesienie auta nauczycielowi do jeziora, kradzież chemicznych proszków, zalepianie dziurki od klucza, ucieczka ze spaceru szkolnego furmanką, pasta na klamce, wymuszenie wyścigu na taksówkarzu – przez te i wiele innych opowieści widzę w oczach mojego syna, że jestem dla niego bohaterką. Mruczy, kończąc owsiankę: „mamo, ty to jesteś niezła” i jest gotowy do szkoły.

Pierwsza moja szczerość w tym temacie wzbudziła kilka znaków zapytania na twarzach dorosłych – po co dzieciaka zachęcasz? A co, jak to powtórzy? Niech powtarza, niech rośnie legenda! Igi i Wiera wypytują większość dorosłych o „pranki”, znają na pamięć wybryki cioci Kariny i opowiadają sobie jako ulubione przypowiastki („Ej, ej, a pamiętasz to z chomikiem?” albo „Jak pani w szkole przeczytała jej list, a tam było napisane, że ta pani to krowa?).

Chcę, żeby wiedzieli, że bycie rodzicem, bycie dorosłym to nie tylko maile, rachunki i kalendarz Google. Żeby wiedzieli, że ta iskra z dzieciństwa może tlić się całe życie. Że jest coś więcej. I nie wiem, czy z tej okazji, czy z wewnętrznej potrzeby pt. „nigdy nie jest za późno na spełnianie marzeń” uczę się od kilku miesięcy jazdy na deskorolce. Bardzo średnio mi idzie, to już taki zawyżony osąd moich umiejętności. Nigdy nie uprawiałam tak trudnego sportu. Snowboard czy surfing tak bardzo nie bolą. Deskorolka to nie jest sprawdzian tężyzny fizycznej (po latach ashtangi jestem fit), ale to sprawdzian na wiarę we własne siły, to sprawdzian odwagi i szkoła „odpuszczania”. Już na pierwszej lekcji lała się krew, dwa dni temu uderzyłam głową i łapą o rampę, tak mocno, że ochraniacze porobiły mi siniaki. Uzbrojona ochraniaczami po zęby nie wyglądam cool at all, ale dobrze się bawię i nie poddaję się. Wierka mi współczuje: „mamusia taka stara, a nie umie zrobić drop ina”. Igiego irytuję, że nadal nie skaczę „olie” – „przecież to jest proste, robisz tik taka, skaczesz i podciągasz nogę jednocześnie, mamo, czego nie kumasz?”. No, kumam, ale nie wychodzi. To chyba też spoko przykład… że nie wychodzi, ale ma się nadzieję, że kiedyś wyjdzie.

Co jeszcze jest synonimem dobrej zabawy? Dużo żartuję i lubię imprezki. Jak są tańce, to na parkiecie nie biorę jeńców, reszta rodziny też nie… Nie przejmujemy się, czy głupio wyglądamy, czy komuś szaleństwo nasze kole oczy. I to chyba działa z pokolenia na pokolenie. Kojarzę moich rodziców na parkiecie, a moi wujaszkowie to już takie niezłomne kozaki, co nadal potrafią zrobić salto i wylądować w szpagacie. Skoro im nie było głupio takie hopsztosy na parkiecie odstawiać, mnie też nie jest. Moim dzieciom też nie, oczywiście jeśli nuta podejdzie bo „do tej beznadziejnej muzy nie będę tańczył”. Na koncertach to samo, wycie tekstów na pamięć, dzikie tańce i krzyki. Igi zaliczył Openera, a oboje z Wierą – Męskie Granie i koncerty znajomych z Ala Zastary czy Mikromusic. Na jednym z nich ludzie podchodzili do nas i gratulowali, że się tak świetnie bawimy. Dziwne, co nie? Trochę się czułam, jakbyśmy byli czyjąś atrakcją, ale z was „świrusy”, zapraszamy do kroniki ludzi pozytywnie zakręconych czy coś.

Są też ciche dni, gdzie nie dzieje się nic. Względny spokój. Dzieci wtedy przywołują nas do porządku wezwaniem „dawno nie było imprezki!”. I robimy imprezkę, dom jest pełen, gwarno, krzątanina przy jedzeniu, muzyka, rozmowy, ciotki co pozwolą w swojej torebce pogrzebać, lody na kolacje, czasami tańce i policja, organizowanie dzieciom kina w środku nocy z obowiązkowym popcornem, żebyśmy mogli jeszcze posiedzieć. Dzieci nam towarzyszą w tym domu otwartym, jesteśmy razem wyznawcami dobrego melanżu.

Z okazji dobrego przykładu usunęłam także chwilowo Whatsappa z telefonu i Instagram (ruch ten koledzy Ignasia określili z lekką pogardą mianem „zaloguj się do życia, hłe hłe”). Tak często sięgam po telefon, że trochę hipokryzja wydzielać dzieciom czas ekranowy i wmawiać, że zwykłe życie jest ciekawsze od tego online, jak cały czas wbijam na telefon. Telefon i social media to superźródło dopaminy, cały czas jest tam coś „nowego”, mimo że to kalka kalki, więc siedziałam ze zgiętą szyją i zmęczonym kciukiem godzinami dziennie nad ekranem. I nie kapnęłam się, że to zło, gdy mi dzieci chowały telefon czy wytrącały z ręki. Dopiero kiedy widzę, jak one są wygłodniałe ekranu i jak sama próbuję się mądrzyć, że ekrany was zniewalają i dostaję rykoszetem „a ty cały czas też się gapisz w ekran”, boli aż w piętach. Od jakiegoś czasu przestawiamy się na nową jakość, jakość czasu bez dominacji telefonu. Bo nie mam innego pomysłu na zainteresowanie dzieci realem, niż zaangażowanie siebie samej w real bardziej. Życzcie mi powodzenia!

Niech moc będzie z wami. Bawcie się dobrze. Tak jak lubicie, to nie musi być koks i panienki, może jara was grzybobranie albo sklejanie modeli. Cokolwiek to jest, róbcie to szczerze i z zaangażowaniem, a dzieci to zaszczepi na obojętność względem życia. YOLO.

Dodaj komentarz