Randka mamy ze sobą

Randka mamy ze sobą

Bycie rodzicem wiąże się z nieodzownym marzeniem, żeby mieć chwilę dla siebie, a najlepiej tydzień tylko ze sobą. Mnie się udało po przeszło 5 latach macierzyństwa. Po połowie pierwszego dnia czułam się jak na odwyku od córki, czyli chciałam po nią jak najszybciej wrócić i zabrać ze sobą.

Gwoli wprowadzenia wyjaśnię, jak to było z tym moim podróżowaniem z dzieckiem. Kilka lat temu spakowałam Mię i zabrałam na wspólną podróż po Hongkongu i Nowej Zelandii. Byłam tak skupiona na tym, co mogę jej pokazać, czego doświadczy, jak zacznie poznawać świat, że zapomniałam o kwestii strachu. Nie bałam się sama z nią lecieć, przenosić pomiędzy lotniskami, pchać w wózku po zatłoczonych ulicach Hongkongu, próbować wszystkiego, co się da zjeść, czy jeździć niemalże zabytkowym ze względu na wiek autem po Nowej Zelandii i spać w nim na dziko. To wszystko było na tyle łatwe, że po powrocie do domu znalazłam najtańszego kampera, jakiego się dało, kupiłam go, przerobiłam i ruszyłam w kolejną drogę na 5 miesięcy. Tym razem po Europie. Mój tata śmiał się, że jestem najgorsza w planowaniu trasy podróży, bo z Warszawy przejechałam do Portugalii, potem przez Sopot na północ Norwegii, a na koniec zjechałam na Sycylię.

Pamiętam, że gdzieś po drodze zaparkowałam na noc obok kampera na niemieckich blachach. Zapukał do naszych drzwi jego kierowca w wieku emerytalnym i zaczął pytać o prom na Sycylię (poza sezonem płynęło się promem dla ciężarówek na Sycylię). W pewnym momencie zorientował się, że w kamperze jestem tylko ja i Mia, i zamilkł. Spytał potem, czy się nie boję. A ja odpowiedziałam pytaniem na pytanie – „czego?”. Tak to było z moim strachem. Bardziej się bałam, że się pochorujemy z Mią, kiedy w Finlandii padło ogrzewanie, a na zewnątrz temperatura spadła do 10 stopni. Podróżowania samej z dzieckiem się nie bałam, bo nie widziałam powodu.

Takich podróży było w międzyczasie kilka, Mia podłapała vibe i stało się to częścią jej życia. Ostatni rok spędziliśmy już wszyscy w kamperze i w nim przeszliśmy kwarantannę w związku z ostatnimi wirusowymi wydarzeniami. Po miesiącach spędzonych w lesie, w całkiem sporej separacji od świata, poczułam, że czas gdzieś pojechać. A marzyło mi się polskie wybrzeże. Doszły do tego kwestie zdrowotne i Tomasz powiedział pewnego ranka „Jedziesz dziś nad morze”. Spakowałam więc Thelmę (naszego kampera) i zaprosiłam Mię do środka. Na to moje dziecko odpowiedziało „Nie, dzięki, zostaję”. I to był szok. Oczywiście grałam dzielną, wyluzowaną matkę, która akceptuje decyzję swojego pięcioletniego dziecka, zwłaszcza gdy upewniała się z 50 razy, czy na pewno nie chce jechać. Próbowałam ją również przekupywać wizją waty cukrowej, której nigdy w życiu nie jadła, ale ma na jej punkcie obsesję. Nic nie pomogło.

Usiadłam i zaczęłam się bać. W mojej głowie dosłownie pojawiały się myśli, że jak to, ja sama? A co, jak ktoś mnie napadnie, co jak coś mi się stanie, jak zasłabnę, albo czymś się struję? I tak po 10 minutach zdałam sobie sprawę, że w nielogiczny sposób zakładałam, że pięcioletnie dziecko będzie w stanie obronić mnie przed rabusiami, wezwać karetkę, albo nawet zawieźć mnie kamperem do szpitala. Chwilę się pośmiałam sama z siebie i uświadomiłam sobie, że od tak długiego czasu byłyśmy „ja i Mia w drodze”, że wizja wyjazdu bez niej była czymś, czego nie przewidziałam i na co nie jestem gotowa.

Wyjścia nie było, ruszyłam sama. Założyłam, że nadgonię z pracą, poczytam książki, pogotuję sobie, pospaceruję i będę robić wszystko, na co zwykle nie mam wiele czasu. Pierwsze kilka dni pokazało mi moje prawdziwe oblicze – dzwoniłam do Tomasza i Mii co godzinę, jak wytrzymałam, to co dwie. Za każdym razem, kiedy widziałam zachód słońca, chciałam go opisać Mii. Na plaży chciałam się z nią bawić, kiedy jechałam na rowerze wzdłuż morza, żałowałam, że nie jedzie ze mną, bo na pewno powtarzałaby, jak tu pięknie.

Zdałam sobie sprawę, że gdzieś po drodze, w trakcie moich zaledwie pięciu lat macierzyństwa, moje dziecko stało się tak ogromnie ważną częścią mojego życie, że pojawia się w moich myślach non stop. Kiedyś, kiedy Mia była niemowlakiem, moja mama powiedziała mi, że teraz już nigdy nie będę tylko Martą, bo już zawsze w mojej głowie będzie się świeciła lampka z twarzą córki. I tak jest, ale… no właśnie, ale. Ten tydzień samej był rodzajem odwyku od Mii. Pierwszym, jaki miałam i zdecydowanie zbyt późnym.

„Kiedyś, kiedy Mia była niemowlakiem, moja mama powiedziała mi, że teraz już nigdy nie będę tylko Martą, bo już zawsze w mojej głowie będzie się świeciła lampka z twarzą córki”.

To, co działo się w mojej głowie było przedziwną grą. Chciałam odpocząć sama, ale jednocześnie mieć dziecko obok. Chciałam ciszy i oderwania, ale potrzebowałam dzielić się każdym przeżyciem z bliskimi. Po kilku dniach nastąpił przełom i byłam w stanie faktycznie czerpać przyjemność z bycia samej, zaczęłam gromadzić pozytywne doświadczenia, cieszyć się zachodem słońca tylko dla siebie. Zaczęłam smażyć pyszną rybkę od rybaka i przygotowywałam na lunch ucztę dla siebie. Wieczorami czytałam książki, rano podziwiałam wschód słońca i to był pierwszy raz od dłuższego czasu, kiedy siedziałam sama, patrzyłam i cieszyłam się chwilą, nie myśląc przy okazji „Mia byłaby zachwycona”. Bo prawda jest taka, że moje dziecko jest jak jej ojciec – bez kija o 4:30 rano nie podchodź, chyba że jest to kwestia życia i śmierci, a i tak będzie ci potrzebny skafander ochronny. Prawda jest również taka, że Mia wcale by się nie cieszyła z tego, że obudziłam ją o nieprzytomnie wczesnej godzinie, żeby zobaczyć, jak świat budzi się do życia. Woli w tym czasie spać. Za to mi sprawia to przyjemność – czuję, że życie jest piękne.

Ten wcale nie krótki zdrowotny wypad sprawił że zrozumiałam, że pomimo mojego wiecznego upierania się, że jestem Martą, a nie mamą Mii, byłam tą drugą przez te wszystkie lata macierzyństwa. Ba, nadal jestem, z tym, że teraz będę przynajmniej raz w roku, o ile się oczywiście da, jeździła na randki sama ze sobą. Polecam to każdemu rodzicowi, bo po kilku dniach samemu, coś się w głowie otwiera… I żeby było jasne, nie z partnerem, nie z koleżanką czy siostrą, nie do rodziców czy teściów. Samemu.

Dodaj komentarz