Przywrócić dzieciństwo

Las jest cały dla dzieci

„W co się bawić z dzieckiem w lesie?” – czasami słyszę od matek, które także chciałyby zacząć z dziećmi chodzić do lasu. Uwielbiam to pytanie, bo jak mało które prowadza mnie w konsternację. W popłochu szukam odpowiedzi właściwej. By z jednej strony nie wyjść na matkę, która za mało się wysila i nie dba o dzieci, a z drugiej – uszanować mojego rozmówcę i w miarę szybko odgadnąć jego światopogląd i dotychczasowe doświadczenia. Myśli obijają się o siebie, próbuję je zatrzymać, jednak bardzo szybko uciekają do najpiękniejszych naszych chwil w lesie. Mówię więc z przekonaniem: „W nic. W zupełne NIC. Po prostu idź i bądź z dzieckiem”.

Za dużo nas

Mój rodzicielski staż ma 9 lat. Dobrze mi z tym, jaką dziś mamą jestem, choć na początku czułam, że błądzę. Albo inaczej: czułam, że coś mnie gdzieś prowadzi i nie rozumiałam, co to jest. Chciałam zwyczajnie być najlepszym na świecie rodzicem. I by to się stało, słuchałam różnych rad, o tym jak opiekować się dziećmi, jak je „wychować”, jak regulować ich sen, jak rozszerzać dietę, w co się koniecznie bawić i uchronić przed marnowaniem czasu, wykorzystując każdą sekundę na stymulowanie rozwoju. Dobra matka to matka zaangażowana. Co nie mogło się zadziać bez tej setki akcesoriów i koniecznie kursu dla rodziców pt. „100 edukacyjnych zabaw na pochmurne dni”. Na szczęście sama złapałam się za rękę w momencie, gdy już chciałam kliknąć enter.

Zaraz, zaraz!

A czy nas nas rodziców nie jest czasem wszędzie za dużo? Na placu zabaw za dużo? W sklepie z dziecięcymi ubraniami za dużo? W czasie urodzinowej imprezy dziecka za dużo? Czy czasami nie stoimy między dzieckiem a jego przyjaciółmi? Rety! Z jaką lekkością i z bardzo dobrymi intencjami wchodzimy w przestrzenie, które nie należą do nas. By dziecko było bezpieczne, by się nie nudziło, by się rozwijało, by było szczęśliwe. Mając to w głowie, jesteśmy w stanie wmówić małemu coś zupełnie innego niż on czuje. Znacie to?: „Nie płacz, no przecież nic się nie stało!” albo „Ubierz czapkę, bo na pewno jest ci zimno”.

Żeby nie było, też mam podobne rzeczy na swoim koncie, i zdaję sobie sprawę, że jeśli nie będę ostrożna, to ich przybędzie. Potykam się, jednak wiem, dokąd zmierzam. Do miejsca, w którym odwrócę się i powiem: „Starałam się jak mogłam, abyście byli odpowiedzialni za jak największą ilość spraw w swoim dzieciństwie, by wasze dzieciństwo należało do was”. I ze spokojem wtedy spojrzę w przyszłość.

Las zostawiam dzieciom

W domu albo między ludźmi, pod presją stereotypów i reklam w radiu, trudno było mi ćwiczyć oddawanie dzieciom odpowiedzialności. Bardzo szybko las stał się dla nas nie tylko miejscem mocy, ale też przestrzenią do mojej osobistej praktyki. Tu podążam za dziećmi, przyglądam się im, prawdziwie słucham i towarzyszę. O niewielu sprawach decyduję. Raczej nigdy nie podpowiadam, co mogą robić. Mam za to olbrzymią radość patrzenia, co wymyślają. Złamana gałąź staje się porożem jelenia. Powalone drzewo bazą. Mech sweterkiem dla patykowego ludka. Górka miejscem do turlania. Idziemy w tę stronę, gdzie sami wybiorą. Leżymy tam, gdzie mają ochotę poleżeć.

Wychodzę z lasu i wiem, że moją rolą nie jest zapełnianie im dzieciństwa moimi pomysłami, a wspieranie w tym, czego sami pragną. Nawet jeśli nie zawsze mi się to podoba. Nawet jeśli nie jest to łatwe. Uczę się oddzielać potrzeby od zachcianek. Potrzeby od strategii. Wkładam wysiłek, by synowie wiedzieli, że ja zawsze ich wysłucham, a gdy będę potrafiła – wesprę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *