Plastik fantastik

Nie masz jeszcze imienia, nie znam twojej płci, ale masz już sporo różowego kiczu made in Tajwan

Głupio było mi powiedzieć „nie chcę”, kiedy w 4 miesiącu ciąży dostawałam kolejną torbę z używanymi rzeczami. Bo z jednej strony chciałam – chciałam wsparcia, czułości innej mamy, wspólnoty i akceptacji, a to z jakiegoś powodu w naszej aktualnej rzeczywistości manifestuje się w przyjmowaniu rzeczy.

Nie ukrywam, na początku uwielbiałam otwierać te torby, dotykać malutkich bluzeczek i sweterków, myślałam z czułością o dzieciach, które je nosiły, i o moim dziecku, na które czekałam. Małe czapeczki to transfer miłości między dziećmi moich przyjaciół i moim dzieckiem – myślałam. Potrafiłam spędzać godziny na oglądaniu, wąchaniu i wyobrażaniu sobie mojej córki w śpioszkach, które miały już odgnieciony kształt małego człowieka. Takich toreb pełnych rzeczy dostałam wiele, odbierałam je z wdzięcznością, często wzruszona do łez. Aż zorientowałam się, że oprócz miłości i wspierania przyszłych rodziców ludzie w ten sposób wyrzucają śmieci.

„Żyjemy w oparach rzeczy, robię wszystko, co mogę, żeby wspomnienia zapisały się w drewnianych klockach, z których może kilka przetrwa aż do dorosłości mojej córki. Wiem, że tak powstają talizmany”.

W torbach od znajomych często można znaleźć rzeczy, których nie da się użyć, mam na myśli te, które są brudne, sprane, sfatygowane zbyt mocno. „Trochę zniszczone, ale przyda ci się, nie będziesz musiała kupować” – słyszałam jak refren. Jakby rzeczy, którymi będę otaczać moje dziecko, były czymś kompletnie nieważnym. A ja od początku miałam poczucie, że przedmioty są istotne, ubranka i zabawki są istotne. Nie tylko dlatego, że to ja będę na nie patrzeć i je oceniać, zanim moja córka posiądzie zmysł krytyczny, ale też dlatego, że chcę jej wspomnienia i zmysły kształtować. Żyjemy w oparach rzeczy, robię wszystko, co mogę, żeby wspomnienia zapisały się w drewnianych klockach, z których może kilka przetrwa aż do dorosłości mojej córki. Wiem, że tak powstają talizmany.

Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, przywołuję granatową koszulkę z grubej bawełny z marynarską kotwicą, niebieskie kobaltowe płytki w rodzinnej kuchni, robioną na drutach czerwoną czapkę z pomponem i białą wełnianą chustę, w której mama przywiozła mnie ze szpitala – tę chustę mam zawsze ze sobą. A uszyty przez moją babcię burgundowo-beżowy dresik dla lalki Oli pasuje dziś na moją córkę. Tylko w ten sposób mogę je ze sobą chociaż na chwilę połączyć, bo Babci już nie ma. Rzeczy mają potężną zdolność przesiąkania naszym życiem.

Przedmioty pojawiają się w życiu dziecka bardzo wcześnie, czasem ono nie ma jeszcze imienia, a już czeka na nie kicz made in Taiwan. I tego kiczu po trzech miesiącach życia mojej córki zebrałam ogromną, przerażającą wręcz ilość. Znajomi odwiedzają nas, chcą pokazać sympatię, zrobić miły gest i zgodnie z tradycją przynoszą coś, co kojarzy im się z małymi dziewczynkami. Ale kiedy widzę różowy kicz, który przetrwa kilka miesięcy, przychodzi mi do głowy tylko jedna rzecz: przytul ją i ponoś, opowiedz, jak minął ci dzień, odpuść plastik. A jak bardzo chcesz coś kupić, to kup kilo jabłek i swoją ulubioną książeczkę z dzieciństwa. Daj mojemu dziecku jakąś historię, niekoniecznie zaklętą w przedmiotach, a mnie – domowy dżem.

PS Dziękuje wszystkim przyjaciołom za te wspaniałe rzeczy z wpisanymi w nie historiami ich dzieci, szczególnie rodzinie Szałajko i Magdzie Korol.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *