Nijakie wakacje

Jak wygląda lato, kiedy rodzice odpuszczą?

W tym roku znowu to poczułam – wakacyjne spięcie, że już koniec czerwca, a ja nie wykupiłam pobytu, nie porozmawiałam jeszcze z nikim o wspólnym wypadzie, nie przejrzałam ofert kolonii, a przecież starszy syn już ma prawie 9 lat, mógłby pojechać, coś przeżyć, nauczyć się czegoś, prawda? Może jakieś last minute? Ale nie, nie chcemy takich wakacji, to już mamy jasne. No to co ja będę z nimi robić, żeby nie zmarnować tego czasu?! A co z sobą, skoro jest tak, że przez całe lato nie będę pracować?

Potem mijał dzień za dniem. Pod koniec lipca obudziłam się w jednym łóżku z dwiema najważniejszymi istotami w moim życiu, była 9.30. Wymamrotałam wtedy pod nosem: no to są, zdaje się, wakacje, o jakie nam chodziło, co nie? 

Spać bez zegarka.
Jeść bez zegarka.
Bawić się bez zegarka.
Gapić się na psa bez zegarka.
Chodzić boso z kawą po ogródku.
Oglądać z dziećmi filmy do północy.
Kolację upiec przy ognisku.
Co rusz – albo na długo – tracić ich z pola widzenia i pola słyszenia.
Zrobić nam zupę na obiad i racuchy na śniadanie.
Czytać książkę.
Zjeść śniadanie w lesie. 

Ciągle łapię myśl, która mnie drenuje, że to jest marnowanie czasu. Wtedy zgniatam ją i wrzucam pod but. Koniec z tym! Widocznie to jest dokładnie to, czego teraz potrzebujemy. Ale żeby mieć pewność, pytam synów, o jakich wakacjach marzą? Chcę być w domu i dużo się bawić z przyjaciółmi – mówi pierwszy. Drugi oznajmia: Ja bym chciał, żebyś robiła często waniliowe lody. Mąż gada o domku nad wodą, łowieniu ryb i ciszy, po czym śmieje się, bo takie miejsce mamy na własnej działce. Moje ciało ewidentnie potrzebuje teraz dużo spać. No to klops. Poza krótkimi wypadami tu i tam posiedzimy sobie w domu.

 

 

Wszystkie tunele i pomieszczenia wycięli samodzielnie sekatorem albo patykami. Wiem, że włożyli w to kilka dni pracy, ale dopiero teraz mnie zapraszają, oznajmiając, że już prawie wszystko gotowe. Trzeba bardzo nisko schylić głowę, gdy wchodzisz, bo przy wejściu rośnie stara dzika róża. Rękami za bardzo nie machać, po bokach są jeszcze niedocięte pokrzywy. Z krzywym uśmiechem informują mnie, że to jest baza dla dzieci, a nie dorosłych. No przecież! Po ostatniej burzy zebrało się trochę wody na dywanie z folii posypanej grysem. Co to za pomysł z tą folią? Aaa! Pod spodem jest kompletne błoto i nie dało się chodzić. Sprytne. 

Światło gra niesamowicie w bazowym salonie, gdzie wreszcie stanął krąg z pieńków, o który jojczyli u ojca od tygodnia. Wzruszam się na widok tego kręgu. Przed nimi kolejny tydzień proszenia o stół – jest tu taki kawał starej topoli, nada się, tylko siły mają za mało, aby samodzielnie go przeturlać. 

Koło salonu zaplanowali kibel. Słaby pomysł – wtrącam po dorosłemu i zaraz gryzę się w język. Zanim powiem o domku na drzewie, którego budowę mieliśmy zlecić znajomemu ślusarzowi, też ugryzę się po raz drugi.

Próbuję uchwycić magię tego miejsca i tego zdarzenia. Z żalem patrzę na zdjęcia, bo nie oddają nawet połowy tego, co tu się dzieje.

 

 

Dzieciaki z okolicy bardzo szybko węszą u nas swobodę, że tu można więcej niż gdzie indziej. Chyba mam większą tolerancję na bałagan, a dokładnie na życie. Jest ich na stałe czworo: nasza dwójka i najbliżsi sąsiedzi. Bardzo często pojawia się piątka, w porywach do siódemki. Biegają od domu do domu, z działki na działkę. Łażą po drzewach. Robią sobie kanapki. Bawią się w sklep, gdzie pieniędzmi są maliny. Królestwem ich plac z tonami piachu i ziemi. I domek nad stawem, gdzie palą ogniska i grzebią za kamieniami. Czasami skołują jakieś pieniądze od rodziców i idą na lody do pobliskiego sklepu. Momentami nie wiem, gdzie są. Słychać ich, ale zupełnie nie widać. 

Wspólne spanie w domu już im nie wystarczy. W ciepły dzień montują sobie sypialnię na balkonie. Hej, nie wiedziałam, że zmieści się tam piątka dzieci i pies! Wygląda to jak tabor. Wymiękam, gdy skaczą brudnymi nogami po świeżej pościeli. Robi teraz za materac. I sama już nie wiem: czy dać im wolną rękę i wyjść z domu, czy raczej stać tam i krzyczeć? Funduję mieszankę pierwszego z drugim. Jako rekompensatę donoszę materiał na dach i pomagam zawiesić lampki.

„Dzieciaki z okolicy bardzo szybko węszą u nas swobodę, że tu można więcej niż gdzie indziej. Chyba mam większą tolerancję na bałagan, a dokładnie na życie”.

 

Dwoje dzieci z tego grona w ostatnim tygodniu nauczyło się jeździć na rowerze. Inaczej: nauczyło się dzięki swojej grupie. Serce mi rozmiękło, gdy doświadczyłam, jak najstarsi dbają o maluchy, jak i co do nich mówią. Szkoda, że innych rodziców przy tym nie było, bo moglibyśmy się wtedy dużo od dzieci nauczyć. 

Na ścieżce znaleźli zdechłego ptaka, którego w pasji (podczas gdy ja w paraliżu) rozgrzebali, poszukując mózgu. Po drodze był język i oczy, i dyskusja o tym, jak to jest połączone. 

Wtedy nabrałam ogromnego przekonania, że te nijakie wakacje, są czymś najlepszym, co mogliśmy im podarować. I sobie też.

 

 

Samodzielna edukacja poprzez zabawę i odkrywanie świata wymaga dużo wolnego czasu na robienie tego, co się chce, bez presji, oceniania i wtrącania się dorosłych. Czas ten jest potrzebny do nawiązywania przyjaźni, zabawy pomysłami i materiałami, doświadczania i pokonywania uczucia nudy, uczenia się na własnych błędach i rozwijania swoich pasji. (…) To wymaga również przestrzeni: trzeba mieć gdzie się powłóczyć, gdzie uciec i coś odkryć.

„Wolne dzieci. Jak zabawa sprawia, że dzieci są szczęśliwsze, bardziej pewne siebie i lepiej się uczą?”, Peter Gray, wyd. Wydawnictwo MIND

Jedna odpowiedź do “Nijakie wakacje

  1. Jak ja zazdroszczę takiego luzu i swobody. Ja niestety z tych mam co jak dziecko umazane błotem do pasa (choć cieszy mnie uśmiech na ich twarzach) to od razu wkładam do wanny 🙁
    Luzu zdecydowanie musimy się uczyć od dzieci. Spinka którą mamy na co dzień jest wykańczająca. Cudownie tak się dać ponieść chociaż w wakacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *