Nie przejmuj się – zajmuj się

I właśnie dlatego nie martwię się o dzieci

Patrzę na swoje liczne dzieci i się zastanawiam. Co zostanie w nich z tych osób, które znam teraz? Jakie jeszcze talenty objawią? Których nie użyją do pięćdziesiątki? Ile jeszcze kolorów włosów będą miały? Czy będą hodowały mopsy?

Gdy część mojej gromady weszła w wiek nastoletni, wróciłam we wspomnieniach do własnej młodości, udokumentowanej kartonami dzienników. Co wieczór, gdy wszyscy szli spać i gwar milkł, wykradałam się cichcem do lat 90. XX w., by spotkać tamtą dziewczynkę. Wchodziłam, by przypomnieć sobie, kim byłam, jak o sobie myślałam i jakie były moje motywacje. Zobaczyłam, czego mi brakowało i co dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Weszłam przez zwierciadło w wiele sytuacji, wówczas postrzeganych przeze mnie jako takie bez wyjścia.

Zrobiłam to po pierwsze, by przypomnieć sobie perspektywę dziecka. Wciąż pamiętam, co czułam, gdy dostałam jedyne lanie w życiu, jak rozpaczałam, gdy zaginął Ten Jedyny Pluszowy Kotek, jakim wstrząsem zareagowało moje ciało, gdy okazało się, że „przyjaciółka” idzie do kina z chłopakiem, w którym się skrycie kochałam i tylko ona o tym wiedziała… Po drugie, by wejść w motywację osoby w analogicznym wieku, przypomnieć sobie, gdzie przebiegała granica między odpowiedzialnością a brawurą. Po trzecie, by pewne sytuacje przeżyć ponownie, uzdrowić u źródła i domknąć.

Dorosły ma szerszy ogląd, dawniej był dzieckiem i pamięta to od drugiej strony. Dziecko nie było dorosłym i jego zadanie to zajmowanie się sobą, a nie próby zrozumienia rodziców. „Nie rób tego, zrozum, że się martwię” – nie, dziecko nie ma prawa tego rozumieć. W obliczu coraz bardziej niezależnego życia dzieci mogę obrać dwie strategie: zaufać i zająć czymś innym lub zmartwić się i nie móc się zająć niczym.

Odczuwam martwienie się jako nakręcanie spirali strachu, modlitwę o to, czego się nie chce. Bywa ono mylone z troską, jest używane jako forma okazywania uczuć, a w rzeczywistości jest brakiem zaufania. „Martwię się o ciebie” znaczy mniej więcej „Nie ufam, że podołasz”. To subtelna kulturowa forma manipulacji, wyrażanie na głos pragnienia, by ktoś poszedł inną, nie-swoją drogą. Niechęć do zmiany, która może się wydarzyć. Martwienie się wydaje mi się protekcjonalne, wprowadza układ hierarchiczny: JA, wiedzący, jak żyć, martwię się o CIEBIE, który tego nie wiesz i nie dowiesz się beze mnie. A kimże ja jestem, by odmówić innym prawa do przeżywania świata w ich doświadczeniach? Myślę, że troszeczkę dzięki temu, iż 14 lat temu, gdy miał pół roku, pozwoliłam mojemu synowi jeść samodzielnie (od czego zresztą zaczęło się polskie BLW), teraz on samodzielnie podejmuje decyzje o rekrutacji do liceów, zapisuje się na wewnętrzne egzaminy oraz od A do Z porozumiewa się z organizacjami pozarządowymi w sprawie wolontariatu. To 14 lat budowania zaufania i kompetencja, którą dzisiaj podziwiam.

Martwienie się wcale nie powstaje z lęku – ono go wytwarza. Martwienie się jest niewiarą w to, że doświadczenie, które dziecko napotka, będzie do zniesienia, niewiarą w to, że będziemy potrafili w nim towarzyszyć. Źródło zmartwienia zazwyczaj leży w osobie martwiącej się. To martwienie się o siebie – siebie z teraz lub siebie z przeszłości – o to, jak my sobie poradzimy z sytuacją (lub jej konsekwencji), której ktoś inny akurat doświadcza. To rozbudowana projekcja, żywiąca się osobistym brakiem obecnym lub sprzed lat. Taki lęk wpleciony w życie pogarsza sytuację, wciągając w błędne koło i przaśną satysfakcję po katastrofie: „Ach, mówiłam, że tak będzie”. Nie zliczę, ile razy słyszałam pytanie: „Mamooo, czy mogę stąd skoczyć?”, nie zliczę też, ile razy niezmiennie odpowiadałam wszystkim dzieciom: „Oceń sam/sama”. Zawsze podchodziłam bliżej, jeśli byłam potrzebna do przybliżonych pomiarów murka lub drzewa. Łącznie 33 lata matkowania dzikusom z płotów i ani jednego urazu.

Troska nie wyraża się w martwieniu, troska realizuje się we wspieraniu i zaufaniu. Dlatego właśnie nurkowałam we wspomnieniach. Uzdrawiam je i sprawdzam, jak tam było. Mogę przecież namierzyć ówczesny brak i dopełnić tę sytuację. Na przykład mogę pozostać w tamtej krainie młodości chwilę dłużej i opłakać jakieś odrzucenie, czasem udzielić po 20 latach właściwej odpowiedzi oponentowi sprzed lat, docenić sukces, którym niegdyś wzgardziłam. Chcę z pełnym przekonaniem powiedzieć dziecku: „Ufam ci, wierzę, że dasz radę”, co po części znaczy też „Wierzę, że dam radę i ja, razem z tobą, cokolwiek się wydarzy” – bo jestem kompletna i nie ciągnę za sobą sytuacji z młodości, załatwiłam to. Gdy moja córka – 9-latka z Zespołem Aspergera, która słabo odnajduje się w nowych sytuacjach – zdecydowała, że będzie sama jeździła do szkoły 5 km dalej, wsparłam jej plan. Rysowaliśmy mapki Śródmieścia, by w razie czego miała zawsze jakiś punkt odniesienia, aby znaleźć drogę do domu, no i przez pierwszy miesiąc byłam w całkowitej gotowości do ratowania z zawiłości warszawskiego systemu komunikacji miejskiej z maleńkimi bliźniaczkami pod opieką. Zależało jej na tej samodzielności, więc dała sobie świetnie radę.

Dorosłość to czas przejmowania odpowiedzialności także za własną młodość, za emocje, to czas udzielenia przeszłości zdecydowanej odpowiedzi. Sprawdzenia, jak nas warunkowano i wychowywano, co przeżyliśmy i jak to na nas działa. Wreszcie czas weryfikacji, czy chcemy, by to nadal działało. Czas zadbania o siebie tak, jakby zrobili to rodzice, a jeśli zrobili to niewystarczająco, to należy poszukać tego, co daje nam obecnie poczucie bezpieczeństwa, i sprawdzić, co je odbiera. Czas przejścia z czasu dziecka do czasu dorosłości to wejście w swoją moc i emocjonalny balans, nakarmienie zapłakanych emocji z dawnych lat i podjęcie odpowiedzialności. Czas zbudowania dla siebie domu, którego nam wtedy brakło, aby stać się kompletną i odpowiedzialną za siebie osobą. Tak, by dzieciom nie dawać już obaw, tylko zaufanie i wsparcie. Lęki i braki uzupełnić asapem.

Nie martwię się. Cieszę się. Ufam, że będzie, jak będzie.

Wyrzuciłam notatki z młodości. Dzięki rodzicielstwu mogłam zamknąć ten etap.

Dzisiaj jest dzisiaj i życzę sobie, by to, co się wydarza, było maksymalnie nieskażone podświadomymi prośbami o to, czego nie chcę.

4 odpowiedzi do “Nie przejmuj się – zajmuj się

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *