Maja Rameniara

O współrodzicielstwie z Mają Święcicką

Maja Święcicka to przedsiębiorcza mama 2-letniej Franki i partnerka Krzyśka, z którym wychowują córkę i prowadzą kultowy stołeczny Vegan Ramen Shop. Maja to już też moja kumpela, bo ma masę fajnych cech i wyznaje podobne do mojego podejście do rodzicielstwa, dzięki czemu czuję się przy niej superbezpiecznie, a i ona chyba podobnie o mnie myśli. Może i pasowałoby, żebyśmy rozmawiały nad miskami obłędnie pachnących azjatyckich rosołów, ale z uwagi na tłok w Ramenie siedzimy u mnie w kuchni.

*

Anastazja Bernad: Okej, zaczynamy! zaczynamy od kultowego pytania: jak udaje ci się…

Maja Święcicka: O nieeee, hahahaha!

No powiedz, powiedz.

Jak udaje ci się łączyć karierę z rodzicielstwem?

Tak! Tylko, że na końcu jest „bliskości”, czyli: jak udaje ci się łączyć karierę z rodzicielstwem bliskości?

Wydaję mi się, że gdybym nie robiła tego w wersji bliskościowej, to byłoby to dla mnie nieporównywalnie trudniejsze. Dostosowanie siebie i swojego grafiku do potrzeb mojego dziecka zamiast zmuszania go do dostosowywania się do mojego grafiku, pozwala mi zminimalizować poziom frustracji (tak u mnie, jak i u mojej córki) i utrzymać równowagę psychiczną.

Wyobrażam sobie taką sytuację, że zmuszam Frankę, żeby wsiadła do fotelika. Drę się na nią, przekupuję czymś lub próbuję jakichś innych podstępnych sposobów, zamiast dać jej przestrzeń na to, żeby sama zechciała usiąść do tego fotelika. I to jest taka zjebana sytuacja, bo jeżeli zdecyduję się na rozwiązanie tradycyjne, czyli przemocowe, to i ja, i ona będziemy ostatecznie wkurwione, i to nie tylko wpłynie na nasz humor przez resztę dnia, ale też na naszą więź – lubienie się i nielubienie się. Zależy mi, żebyśmy nie robiły sobie nawzajem rzeczy, za które mogłybyśmy się znielubić. Co robię, jak Franka nie chce wejść do fotelika? Daję jej poprzyciskać chwilę guziki w samochodzie i pochodzić po siedzeniach, i wiem, że ona za parę minut wsiądzie i będzie chciała jechać. Więc zamiast siłować się z nią, mogę w tym czasie popatrzeć w telefon (i napisać SMS: „Hej, spóźnię się 5 albo 10 minut, idź po kawę czy coś, sorki”). Dlatego twierdzę, że to na maksa ułatwia życie. Dzięki temu nie muszę się uciekać do metod wywołujących wyrzuty sumienia, typu gadanie: „jak nie usiądziesz, to nie będzie bajki, kolacji, czegoś, co lubisz”.

Przytulania…

Albo: „To mama nie będzie cie lubić”. Straszne. W ogóle straszenie utratą relacji?! To jakiś hardkor. Tortura. To jest relacja, od której zależy życie tego człowieka, i ty mówisz mu, że jak będzie chciał być sobą, to niech się wali.

Mam wrażenie, że już w sytuacji, kiedy masz mentalnie pracę jako priorytet, a dziecko jest na kolejnym miejscu, to ta relacja i jest nadwyrężona.

Oczywiście, że tak, dlatego: placówka.

(śmiech)

Ale serio, Franka kocha swój żłobek Lalilu, a ja po prostu pracuję wtedy, kiedy ona w nim jest, i to działa. Bardzo się też staram, żeby Franka widziała naszą pracę jako coś, co jej rodzice lubią, a nie jako poświęcenie, więc kiedy np. muszę ją zabrać ze sobą do Ramenu, to staram się, żeby tego dnia wykonywać tylko te przyjemniejsze zadania.

A czy to, że nie będziesz pracować na pełen ośmiogodzinny etat, wymyśliłaś zanim pojawiła się Franka?

Tak, to miałam zaplanowane, Franka za to pojawiła się bez planu. Chciałam mieć dziecko, ale nie planowałam go wtedy, kiedy się wydarzyło. Bo wtedy, kiedy się wydarzyło, planowałam otworzyć Vegan Ramen Shop. Więc malowałam ściany w ciąży itd. Ale od zawsze wiedziałam, że nie chcę pracować na etacie. A przygodę z pracą zaczęłam w wieku chyba 16 czy 17 lat, oczywiście w gastro. Potem pracowałam w jakichś hipsterskich firmach, z nieregulowanymi godzinami pracy, często z domu, paląc fajki przed kompem i jeżdżąc na rowerze do Szarloty. Uważam, że każdy ma prawo żyć zgodnie ze swoimi wartościami, a nie zgodnie z obowiązującym modelem pracy, który uważam za feudalny i nieefektywny, bo jest fizycznie niemożliwe pracować w trybie biurowym non stop przez 8 godzin. Pracuje się maksymalnie 5-6 godzin, reszta to jest pierdzenie w stołek i lanczyki. W czasie kiedy pracowałam z domu, paląc szlugi, moja efektywność była najwyższa. Wstawałam o 6 i o 12 byłam obrobiona z robotą, więc jeździłam na rowerze, gotowałam, robiłam szejki z jarmużu.

Skończyło się?

Jak tylko otworzyłam Vegan Ramen Shop, to się skończyło. Wtedy wjechało jedzenie u konkurencji. Nie mam przestrzeni na gotowanie.

Czy czujesz, że ponieważ możesz sobie pozwolić na m.in. niegotowanie, to jest ci łatwiej być uważną na dziecko? Daje ci możliwość niemówienia wiecznie: „zaraz, tylko obiorę”, „zaraz, tylko nastawię”, „zaraz, tylko wytrę”?

Tak, tak, tak. To jest zbawienne, bo dwuletnie dzieci nie posiadają czegoś takiego jak cierpliwość – umówmy się, w ich mózgach nie rozwinęła się jeszcze opcja planowania. Dzieci w tym wieku są w stanie myśleć o tym, co będzie dosłownie zaraz albo tu i teraz, i jeszcze o tym, co było wczoraj, ale nie są w stanie zaplanować sobie tego, co będzie za dwie godziny. Nie raz wmanewrowaliśmy się w taką sytuację, że Krzysiek mówił: „ej, Franka, chcesz iść jutro na trampoliny?”. I musiał iść z nią tego samego dnia, ponieważ dziecko usłyszało: „PÓJDZIEMY” oraz „TRAMPOLINY”. 

A wracając do wątku niegotowania – gotuję tyko śniadania. Jeżeli przyrządzam coś poza tym, to tylko z Franką, zupełnie podstawowe rzeczy jak naleśniki albo pieczone ziemniaki. Wtedy pozwalam jej robić bajzel, wybierając, że zrobimy to w poniedziałek, bo we wtorek przychodzi pani, która pomaga nam sprzątać.

Jesteś uprzywilejowana?

Tak – jestem totalnie uprzywilejowana: mogę jeść na mieście i stać mnie na panią, która pomaga nam sprzątać. Mam rodzinny biznes, który dobrze zarabia, więc mogę czasem po prostu nie przyjść do pracy, nie zrobić czegoś, zawalić jakiś termin i nikt mnie za to nie będzie rozliczał, ani ścigał, ani nawet oceniał. No, może Krzysiek lub Baśka z Ramenu.

Kiedy pojawił się plan działania na własny rachunek?

Dawno temu wymyśliłam, że jeżeli założę rodzinę, to chcę mieć rodzinny biznes, który pozwoli nam nie siedzieć przez 8 godzin poza moim życiem. Taki, który pozwoli nam być „przy domu”, tak jak u moich pradziadków. Prababcia pracowała przy domu, a dziadek był cieślą, w gospodarstwie miał swój warsztat i dzięki temu dzieci miały szansę spędzać czas zarówno z matką, jak i z ojcem. My to mocno zmodyfikowaliśmy – o rodzaj pracy, odległości, rodzaj relacji z ojcem, ale zachowaliśmy to, co dla nas ważne, czyli czas każdego z nas z dzieckiem. Też zależało mi na tym, żeby ten przedmiot naszej pracy był realny, bo strasznie mnie stresuje obracanie wirtualnymi pieniędzmi i czekanie na przelew. Więc tak, jest mocno tradycyjnie! (śmiech) 

Życie w modelu czasowym w kontekście rodziny sprzed ery przemysłowej jest niesłychanym luksusem, nie tak łatwym do osiągnięcia.

Nie jest to hop siup, ale ja doświadczyłam tego, że jest to do zaplanowania. Nie miałam wcale zaplecza finansowego, moi rodzice to biedni artyści, rodzice Krzyśka mieszkają w Stanach – mama sprząta, tata buduje domy. Trochę zaryzykowałam, trochę się zapożyczyłam i okazało się, że to jest możliwe. Bardzo znaczące jest to, że wzięliśmy to z Krzyśkiem razem na klatę i że jego rodzina postanowiła też nas wesprzeć ze swoimi oszczędnościami. To była dla nas ogromna dodatkowa motywacja.

Mam wrażenie, że to jest historia o tym, że jeżeli masz klarowną wizję, założenia i wiarę, to nawet mimochodem wykonujesz kroki w stronę jej realizacji. Intuicyjnie ustawiasz sytuację tak, jak chcesz, żeby wyglądała.

Tak działa kosmos, chyba. Ale chcę podkreślić, że mimo tego, że mam naprawdę bardzo szczęśliwe życie, to nie zawsze udaje mi się być bliskościową matką czy partnerką, i łączy się to z tym, o czym często mówisz, czyli z zasobami. Czasem jestem głodna, boli mnie skóra (mam AZS), albo o świcie po bezsennej – ze względu na potrzeby dziecka – nocy, kiedy Franka po raz 485950 chce cycusia albo być bujana – wybucham. Zazwyczaj nie dochodzi do krzyków, ale zamieniam się wtedy w takiego sączącego przez zęby trolla. Na szczęście Krzysiek jest stoikiem i potrafi być prawdziwym wsparciem dla Franki w takich sytuacjach. Ja wtedy idę do innego pomieszczenia i piję wodę, sikam albo opłukuję sobie twarz i próbuję obudzić się z tego strasznego stanu, w którym się znajduję.

Czyli idziesz do łazienki, bo jak mówiłaś o innym pomieszczeniu, to najpierw wyobraziłam sobie ciebie w sypialni…

Hahaha, do sypialni też czasem chodzę i płaczę pod kołdrą albo scrolluję. Zazwyczaj wystarczy mi 10 minut i jestem w stanie wrócić, poprowadzić sytuację w stronę równowagi, co w tym oczyszczonym stanie okazuje się banalnie proste – zazwyczaj wystarczy wysłuchanie, przeproszenie, przytulenie. No i znów jest to o wiele łatwiejsze i na wszelkich poziomach bardziej efektywne niż mówienie dziecku „uspokój się”. Nikt nigdy nie uspokoił się od tego, że ktoś mu kazał to zrobić. Moja mama miała taką metodę, że zmuszała mnie, żebym włożyła głowę pod zimną wodę. No więc mam wielką motywację do tego, żeby nie spierdolić, bo wiem, jak to jest, kiedy starzy nie ogarniają komunikacji i relacji.

Myślę o tym, że w kontekście pracy i domu partner odgrywa ogromną rolę.

O, Jezu – gigantyczną. Krzysiek jest uwielbiany przez wszystkie dzieci. Dzieci, które do nas przychodzą, są zajarane jego obecnością, przynajmniej w takim stopniu jak obecnością Franki. Krzysiek w ramach dbania o siebie kupuje sobie Lego. To jest taki typek, który się naprawdę bawi, jak jest z dziećmi, i to jest dla niego prawdziwa radość. Uważam, że to jest unikat. Jest kompletnie pozbawiony kompetencji dotyczących dzieci, które wynikają z czytania jakichkolwiek lektur psychologicznych, i śmieje się ze mnie, kiedy rzucam w jego kierunku hasło „praca nad sobą”, bo on tym gardzi, choć wiem, ze jednocześnie to podziwia. Tak jak niby gardzi niejedzeniem mięsa, bo bardziej cool jest spróbować jakiejś szalonej pieczonej świni u prawdziwego Chińczyka niż pytać, czy ten sos jest na pewno wege. A mimo to otworzył ze mną wegański biznes i od lat na co dzień nie je mięsa. Przyjął trochę mój kurs i kierunek, i mimo wszystko ciągle pracuje nad sobą. Ja prawie zawsze czuję, że gramy do tej samej bramki i to jest dla mnie kluczowe do poczucia szczęścia w związku.

A przy tym wszystkim jest w stanie ogarnąć Frankę, kiedy ty musisz wyjść zsikać się na łóżko.

Tak, i nie sprzedaje jej klasyków z cyklu „musisz się uspokoić”, tylko nosi ją, patrzą razem przez okno, głaszczą zwierzęta.

Regulują się.

Tak. I Franka się czuje bezpiecznie, a ja też mam wtedy takie przekonanie, że ona jest zaopiekowana. Oni w ogóle są najlepszymi ziomkami – jeśli są razem w coś wkręceni, to ja mogę wyjść i moje dziecko nawet nie zauważy. Ale nie jest to do końca równościowe. Ja już dawno porzuciłam tę wersję, że możemy być w związku równi. Jakoś łatwiej jest mi się z tym pogodzić niż walczyć o równość, bo szczerze – nie do końca w nią wierzę, widzę te same problemy u ludzi żyjących w związkach jednopłciowych. Różni ludzie mogą różne rzeczy wziąć na klatę i to z tego są te role, nie z obecności jakichś tam narządów płciowych.

Ja myślę, że równość może respektować różnice, ale kulturowo jeszcze do tego nie doszliśmy.

Mam wrażenie, że nawet w moim bardzo równościowym związku (w porównaniu do statystycznego związku w Polsce) nie ma równości odpowiedzialności. I wiąże się to z tym czytaniem i nieczytaniem książek (słuchaniem podcastów, oglądaniem wykładów, chodzeniem na terapie itp. itd.), które pomagają przewartościować schematy, których nauczyliśmy się w dzieciństwie. Treści, dzięki którym wiemy, jak nie reagować z pozycji autopilota tylko wiedzy o rozwoju człowieka i o tym, co jest wspierające. Kiedy Franka płacze, bo tęskni za naszym kotkiem, ja z nią rozmawiam o jej uczuciach, wzruszona jej wrażliwym serduszkiem, bo już mam ten background. Krzysiek się denerwuje, bo przecież smutek jest irracjonalnym uczuciem w sytuacji, kiedy zaraz będziemy w domu. To nie wynika z tego, że on jest niewrażliwym dupkiem, tylko z braku wiedzy o tym, że każda emocja potrzebuje akceptacji i uznania, bez względu na jej wagę mierzoną „racjonalnie”.

Bardzo mi się podoba przebieg naszej rozmowy – nie zatrzymałaś się na opowiadaniu o słonecznej stronie swojego współrodzicielstwa, tylko powiedziałaś też o wyzwaniach.

Kocham nasze wyzwania! Tym bardziej, że łatwo jest dziś zdobyć kompetencje, żeby je naprawdę rozwiązać.

Bardzo to lubię! I jestem totalnie zajarana obserwowaniem tym jak rzeczy, które wydawały mi się bardzo ostateczne i nie do przejścia, topnieją w oczach dzięki klarownej, świadomej komunikacji. Niektóre konflikty kończą się o wiele szybciej, inne nie mają nawet potrzeby zaistnieć.

A ja uwielbiam to poczucie satysfakcji po kłótni, która nie jest satysfakcją związaną z „wygraną”, ale z wysłuchaniem, zrozumieniem i akceptacją, to wiele lepsze niż seks na zgodę. Zresztą jasne komunikowanie się w związku zwiększa poziom intymności, a im większa intymność, tym lepszy seks. Miałaś kiedyś lepszy seks niż teraz, po dzieciach?

Nie.

Ha! Dziękuję.

Dzięki za rozmowę!

*

zdjęcia: Natalia Kontraktewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *