Lekcja

Lekcja

Patrzy na mnie i od razu widzi, że coś jest nie tak. Chcę się od niego uczyć uważności.

Mail ze szkoły zamyka się w trzech zdaniach. Pierwsze jest o tym, że dziecko na wycieczce nie stosowało się do ogólnie przyjętych zasad. Drugie, że podjęło decyzję o wypisaniu się ze szkoły. Trzecie to prośba o rodzicielską rozmowę wychowawczą.

Dziecko ma na imię Gustaw, jest uczniem pierwszej klasy szkoły podstawowej, jest moim synem. Czytam te trzy zdania w biegu, ale kilka razy, jakbym miała znaleźć w nich wszystko to, czego tam nie ma. O tym, kim on jest, kiedy zostaje w świecie bez moich pleców. O tym, że nie wszystko mi się jako mamie udało. Ale też o tym, że nie wszystko, jako mamie, udało mi się zepsuć. I o tym, jak ta rozmowa wychowawcza ma nas przed jednym uchronić, a w kierunku drugiego pchnąć.

Dwie godziny po powrocie ze szkoły jesteśmy nigdzie. Gustaw ma, pauzującą nas w swych pozycjach wejściowych, amnezję.

„Bardzo chciałbym ci wszystko powiedzieć, niestety nic nie pamiętam”.

Chcę się od niego uczyć dawania sobie czasu. Skąd ta niecierpliwość na pozycji rodzica? Skąd ten, wpędzający mnie w objęcia frustracji i bezsilności, strach, każący wszystko rozwiązać natychmiast? Jakby świat zwijał dywany i zmuszał do załatwienia najważniejszych spraw tylko tu i teraz. Kompulsywny tryb natychmiastowy. Jutra na prawdy o życiu nie będzie. Przyszłość postać ma kuratora.

„Chyba coś sobie przypomniałem”.

Na chwilę przed zgaszeniem świateł do snu, syn mój daje nam szansę. Chcę się uczyć od niego odwagi i troski o siebie. Nie łatwo jest przerwać ciszę i źle zasypia się w milczącym poczuciu samotności. Jak to się dzieje, że z biegiem meblowanych doświadczeniami lat znikamy sami sobie? Obserwując moje dzieci, widzę wyraźnie, ile starania wkładają w to, by o siebie dbać. Egoizm, zanim obrośnie chwastami, jest chyba pierwotnym mechanizmem obronnym przed wirującym chaosem oczekiwań i narzucanych reguł. Potem wymaga odwagi. Ta też blaknie z wiekiem.

„Źle zachowywałem się w muzeum”.

Pada zdanie pierwsze, którego interpretacja pozwala mi wierzyć, że moje dziecko nie wypadło jeszcze poza margines. Chcę się od niego uczyć przyznawania się do błędów. Popełnianie ich jest w człowieka wpisane. Jeśli tylko te zbłądzenia nie zrujnują mu życia, wszystko jest zgodnie z zasadami gry o rozwoju. Słyszę, że krzyczał. Dumna nie jestem, ale nadal nie muszę śnić koszmarów o poprawczaku.

Pytam go, co niewłaściwego jest w krzyczeniu w muzeum. Pytam, kiedy poczuł, że nie zachował się tak, jakby chciał. Odpowiedzi są o tym, że odrobiliśmy w życiu już niejedną lekcję. – Dlaczego więc krzyczałeś w muzeum? – pytam wreszcie, bo uważam, że rozmowa wychowawcza głównie składać się ma z rozmowy. – Mama ja tam trzymałem prawdziwe złoto! Pierwszy raz w życiu!

Kolejny rok, kolejny rok ze mną i innymi dorosłymi, kolejna placówka – przecież już przedszkole miało ambicje temperowania go do nieabsorbującego szablonu, a on nadal ma w sobie to, co jest jeszcze jego największym skarbem. Dziecko. Piękny konstrukt nakazujący eksplorować, sprawdzać, szukać i zatapiać się w tych doświadczeniach. Życie poza klatką samokontroli. Tętniąca spontaniczność, która świat owija czułą tkanką, zasłaniając tym samym wszystkie jego defekty i braki. Beztroski czas dany nam w życiu raz i na krótko.

„O czym byłby ten świat, gdyby dzieci traktować jak ludzi, którzy mogą nas czegoś nauczyć?”.

„Mogłam wyrazić się niefortunnie”.

Mówi do mnie wychowawczyni Gucia następnego dnia, kiedy spotykamy się, by omówić sytuację. Owe niefortunne zdanie skłoniło mojego syna do podjęcia decyzji o wypisaniu się ze szkoły, było o tym, że klasa zachowywała się najgorzej ze wszystkich odwiedzających muzeum grup. Drobiazg? Z dorosłej perspektywy łatwo pozbawić tę sytuację ciężaru i strzepnąć z siebie odpowiedzialność. Z pozycji wrażliwego siedmiolatka to kłamstwo uniemożliwiające porozumienie i wyciągnięcie wniosków. Skąd w nas, dorosłych potrzeba ustawania wszystkiego w szeregu od naj do naj? Skąd ta nieumiejętność argumentacji bez porównywania, które ucina dialog? I skąd wreszcie to zafałszowanie ważności zdarzeń?

„Szkoła do niczego mnie nie zmusi”

Gustaw od początku dyskutuje z systemem, w którym utknął na kilkanaście lat, teraz postanowił się z niego wypisać. Poczuł się zdradzony, poczuł, że zdradzona została cała jego klasa. Zabrał swoje zaufanie, którym obdarzył wychowawczynię w kosztującym go niemało procesie. Może to tylko reakcja w afekcie. Może to tylko niefortunna odpowiedź na niefortunną lekcję wychowawczą. A może to jakaś większa prawda o nas wszystkich? O szkole, która nie nadąża za życiem, toczy się jakimś nieprzystającym, równoległym torem, a tak mocno zostawia w nas swe ślady? O niemocy dorosłych? O dziecięcej walce o głos? Nie wiem, dysonans jest tu zbyt duży. Będę to obserwować i szukać odpowiedzi. Postaram się być uważna i dam sobie czas na wyciąganie wniosków. Okazji z pewnością nie zabraknie, moje dziecko nie od wczoraj sprawdza, czy świat poluzuje krawat. Zgodnie z życiowym porządkiem wierzy, że jego pokolenie może coś zmienić. Jeszcze trwa przy sobie w delikatnej niczym bańka z mydła niewinności. Zgodnie z innym życiowym porządkiem, pokolenie wyżej zastyga w formie bez pamięci o tym, że chciało czegoś więcej. Przegapia swój niepowtarzalny moment, kiedy naprawdę coś może. O czym byłby ten świat, gdyby dzieci traktować jak ludzi, którzy mogą nas czegoś nauczyć?