Lekcja empatii

Jak dzieciaki uczą nas prostych prawd o emocjach

Lekcja empatii

Parę dni temu, rano Leo, Gaia i ja byliśmy razem w kuchni, rozmawialiśmy i przygotowywaliśmy śniadanie. To nie był mój najlepszy poranek – w nocy Gaia była ciągle na mojej piersi. Stale się budziła i uspokajała na cycu, a kiedy w końcu zasnęła, odczekałem chwilę i jak najdelikatniej próbowałam zmienić swoją pozycję, na co ona znów się obudziła i wszystko zaczęło się od początku. Więc rano czułam się zmęczona i bez energii, i zdecydowanie brakowało mi cierpliwości do wszystkich momentalnych zachcianek moich dzieci, o które potrafią walczyć z taką intensywnością, jakby od ich natychmiastowego spełnienia było uzależnione ich życie.

I wtedy Leo robiąc sobie – tak jak każdego ranka – kakao, obsypał blat i podłogę. Moja irytacja wzięła górę i zareagowałam nerwowo i grymaśnie. Na szczęście Leo nie zwracał na mnie uwagi, bo był wyjątkowo zachwycony swoją opowieścią o tym, jak będzie produkował jakieś specjalne urządzenie do zmniejszania budynków. Kiedy posprzątałam, zabrałam się w końcu za robienie kawy dla siebie. Niechcący uderzyłam łokciem w pojemnik z kawą, który upadł na podłogę i się rozbił. Kuchnia tonęła w kawie. Bałagan był znacznie większy niż ten, który zrobił Leo.

Pierwszym, co poczułam, patrząc na cały ten bałagan, nie była złość. Stałam tak i czułam się naprawdę głupio. Kilka minut temu byłam wściekła na pięciolatka za to, że rozsypał kakao. Jedyne, co mnie wtedy cieszyło, był fakt, że ugryzłam się w język, zamiast wypuścić jakiś durny tekst w stylu: „jak to możliwe, że przygotowujesz sobie kakao każdego ranka, a za każdym razem robisz taki bałagan dookoła”. Pewnie, że z braku snu i wynikającej z niego irytacji coś takiego mogło ze mnie łatwo wypaść, ale na szczęście udało mi się tylko stękać.

Dostałam lekcję od życia w tak prosty i przepiękny sposób. To mogła być tylko jedna z wielu zwykłych sytuacji, z jakich jest złożony dzień albo szybki poranek. Funkcjonujemy automatycznie. Wykonujemy setki zadań i przechodzimy od jednego momentu do drugiego bez większego zastanowienia, bo życie z dziećmi to właściwie same takie wymagające sytuacje, jedna po drugiej. Ale tym razem nie mogłam tak po prostu ruszyć dalej bez refleksji, bo wydarzyło się to w sposób, który miał mnie zatrzymać na chwilę i dać mi pomyśleć. Jak łatwo jest powiedzieć dziecku, że zrobiło bałagan, chociaż ja robię sobie kawę od 20 lat i widoczne ten czas jest niewystarczający na to, żebym dopracowała swoje ruchy do takiej perfekcji, żeby nie zdarzyło mi się rozwalić całego pojemnika.

Widocznie tak samo mój, już dawno temu dojrzały, układ nerwowy nie jest w stanie opanować wszystkich emocji, które mną tak łatwo miotają, kiedy czuję się przestymulowana albo zmęczona. I tak samo mocno potrafi mnie zdenerwować to, kiedy robię coś bardzo interesującego, a nagle ktoś mi przerywa i oczekuje, że odsunę to działanie, żeby zrobić coś innego. Tak samo jak często zdarza mi się zostawiać swoje rzeczy porozwalane w miejscach, gdzie nie powinny się znajdować, i do tego nie chce mi się ich sprzątać przez parę następnych dni. I jeszcze tak samo nie lubię zmieniać planów, które sobie już ułożyłam w głowie i nagle okazuje się, że ktoś ma na ten temat inne zdanie i oczekuje, że się dostosuję. Tak samo, jak wkurzam się na ludzi, których lubię – potrafię im w amoku powiedzieć rzeczy, których później żałuję, i nie odzywać się przez jakiś czas. A wszystkie te sytuacje są okej, są akceptowalne i są zrozumiałe, ale tylko, kiedy zdarzają się dorosłym.

Zachowanie dorosłych jest nam jakoś łatwiej zaakceptować, albo je po prostu ominąć lub sobie z nim poradzić. Kiedy dziecko rzuca się na podłogę, bo nie może sobie poradzić z emocjami; kiedy oczekujemy, że chętnie przerwie zabawę z kumplem, bo MY już chcemy pójść; kiedy wchodzimy do jego pokoju i każemy mu posprzątać, a ono akurat jest zaangażowane w najbardziej ciekawą zabawę. Albo kiedy dziecko zrobi bałagan, nie przywiązując wagi do wykonywania jakiejś czynności, bo ma akurat coś innego w głowie – to są te momenty, kiedy się denerwujemy. Oczekujemy innego rezultatu, innego zachowania, oczekujemy, że będzie tak, jak chcemy, jak MY sobie to wyobrażamy. Bo to przecież tylko dziecko. Czyli można powiedzieć, że mamy o wiele większe oczekiwania i wymagania, a przy tym o wiele mniej tolerancji w podejściu do małych niż do dużych ludzi.

 

„Dzieci są o wiele zdolniejsze niż myślimy i mogą nas bardzo dużo nauczyć. Musimy się tylko czasami zatrzymać i zmienić okulary, przez które patrzymy na świat”.

Uczę się patrzeć na moje dzieci jak na ludzi, nie jak na „tylko dzieci”. To są kompletni ludzie, którzy mają swoje zdanie, swoje nastroje, swoje dobre i złe strony, lepsze i gorsze dni. Są takimi samymi ludźmi jak ja i zasługują na taką samą tolerancję i cierpliwość jak dorosły. Wiadomo, że bardzo łatwo jest odezwać się źle do dziecka. Wystarczy przejść się po sklepach. „Nie rycz już, Zosia”, „Nie gadaj głupot, Tomek”, „Krzyś, siedź tutaj i nie ruszaj się”, „Bądź już cicho!”, „Ale jesteś niegrzeczna”. Tyle i o wiele więcej w niecałe pięć minut.

I to jest OK. To jest norma. Ale czy tak samo odzywamy się do dorosłych? NIE. Nie, to nie jest sposób na dorosłego, tak się nikogo nie traktuje, bo nikt by tego nie wytrzymał. Jakby się do mnie tak odzywał partner, to spakowałabym walizkę i wyszła bez pożegnania. Wiem, że w ważnej dla nas relacji z dorosłą osobą, staramy się traktować poważnie jej uczucia, tolerować pewne zachowania, szukać odpowiednich rozwiązań konfliktów i sposobów na rozmowę, traktować ją z szacunkiem, bo to podstawy relacji, jeśli ona ma funkcjonować.

Ale dzieci to inna bajka, to są dzieci, to inna kategoria. Naprawdę? A dlaczego? Dlaczego dzieci nie są warte dokładnie tego samego co dorosły? Czy dziecko będziemy traktować na równi dopiero, gdy skończy 18 lat? Kiedy zacznie zarabiać kasę? Kiedy przeczyta wystarczająco dużo książek? Kiedy osiągnie sukces? Albo wtedy, kiedy dojrzeje jego układ nerwowy, a paradoksalnie już nie będzie potrzebowało tyle naszej troski i zrozumienia – czy to wtedy będzie w końcu pora, żeby traktować go z takim samym szacunkiem jak traktujemy innego dorosłego?

Ale dzieci dokładnie tak samo jak my wiedzą, co czują – może potrzebują pomocy, żeby to artykułować w sposób zrozumiały dla nas, dorosłych. Wiedzą dokładnie, czego chcą, a czego sobie nie życzą, potrafią podejmować decyzje, jeśli im na to pozwolimy, a my powinniśmy je szanować, wspierać i traktować ich opinie, klęski i sukcesy z takim samym szacunkiem, jak opinie, klęski i sukcesy naszych partnerów. Dzieci są o wiele zdolniejsze niż myślimy i mogą nas bardzo dużo nauczyć. Musimy się tylko czasami zatrzymać i zmienić okulary, przez które patrzymy na świat.

W końcu całą trójką usiedliśmy przy stole, a ja powiedziałam Leo, że to jest naprawdę megawspaniałe, że każdego ranka sam robi sobie kakao. Chwilę później Gaia wpadła w szał i zaczęła histerycznie płakać. Podeszłam do niej, przytuliłam ją i zapytałam, co się stało i czy mogę jej pomóc. Leo jedząc swojego pomidora, popatrzył na mnie, jakbym była lekko opóźniona i powiedział: „Mamo, ale ona się przecież tylko pozbywa złych emocji”.

Okej, Leo, dzięki, że mi wytłumaczyłeś tak prostą sprawę. Dzięki za te dwie lekcje, które dostałam w ciągu pół godziny.

 

6 odpowiedzi do “Lekcja empatii

  1. kocham ta kobiete, jej uwaznosc na emocje i sposob w jaki to opisuje
    BARDZO DZIEKUJE ZE JESTES I DAJESZ INNYM SIEBIE :*

  2. Mądry tekst! Uwielbiam Silvię. Na Instagramie trzyma mnie właśnie jej konto (i Anastazji;). Świetne babki potrafiące pisać!

  3. O matko, jakie to mądre. I wygląda na to, że zbyt proste żebyśmy tak zwyczajnie dostrzegli w pędzącej i zwariowanej codzienności. Dzieci są mega mądre, spostrzegawcze i szczere. To my dorośli powtarzamy, że nie wypada, nie wolno, co powiedzą inni…
    Dziękuję za ten tekst. Dobrze sobie przypomnieć, że dzieci mają takie samo prawo do własnego zdania jak my dorośli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *