Kaszëbë

O zapachu lata i klimatycznej autorefleksji

Przyznam, że dręczą mnie wyrzuty sumienia.
W dobie, gdy kryzys klimatyczny spędza wszystkim sen z powiek,
a nawet stał się źródłem powstania nowej jednostki chorobowej –
depresji klimatycznej – ja namawiam do korzystania z promocji
oferowanych przez linie lotnicze.
Ja namawiam. Ja korzystam. Ja latam.
A ślad węglowy rośnie, lodowce topnieją, lasy płoną, temperatura idzie w górę. Niedobrze.
Czas na odrobinę samodyscypliny.

Wsiądźmy zatem do pociągu i wybierzmy się gdzieś bliżej:
w miejsce, które darzę szczególnym sentymentem.
Chyba nie było lata, żebym nie pojechała tam choć na chwilę
i choć raz nie zanurkowała w którymś z jezior.
One zawsze pachną tak samo. Wakacjami!

Pojezierze Kaszubskie i Bory Tucholskie
są oczywistą bazą wypadową dla każdego, kto mieszka w Trójmieście. Wystarczy godzina
jazdy (a nawet pół!) i jest się w lesie.
Większość moich trójmiejskich znajomych,
posiadało tam domek, przyczepę bądź kawałek ziemi.
A jak nie, to chociaż ulubiony ośrodek wczasowy lub pole namiotowe.
Ja długo nie miałam na Kaszubach stałej mety,
dlatego co rusz odwiedzałam nowe miejsce.
Poznałam każdą stację kolejową, drogę, jezioro rzekę.
Tak mi się przynajmniej wydawało.
Najpierw jeździłam z rodzicami.
Potem na obozy harcerskie, plenery malarskie, biwaki klasowe,
spływy kajakowe, kuligi, wypady ze znajomymi.
Co tam się nie działo…
Smażenie kań na ognisku na znaku drogowym,
gotowanie zup na wodzie z jeziora, spanie w igloo,
łapanie samotnej lokomotywy na stopa, gubienie się w lesie,
samotne nocowanie na dziko, zjeżdżanie na linach z mostów kolejowych.
Przyjaźnie, miłości, rozstania. Nieprzespane noce.
Wino, papierosy, śpiewy i tańce do białego rana, kąpiele przy świetle księżyca.
W Wieżycy, Czernicy, Strzebielinie, Gowidlinie, Lizakach,
Gliśnie, Podjazach, Szymbarku.

A teraz jeżdżę tam z dziećmi.
I całe to szaleństwo przeobraziło się ustabilizowany i leniwy tryb życia.
Kaszuby to moja oaza spokoju i odpoczynku, jedyne miejsce na świecie,
w którym nie odczuwam potrzeby sprawdzenia, co jest za rogiem.
Bo wszystko znam.
Mogę zatem zapaść się w hamaku, lekturze i innej rzeczywistości.

No a co z dziećmi? – zapytacie.
No właśnie, to jest najlepsze!

Dzieci rano zrywają się łóżek i znikają w ogrodzie.
(Zaobserwowałam też pewną zależność:
im ich jest więcej, tym bardziej znikają).
A ja zupełnie nie wiem, co one robią.
Po prostu im nie poprzeszkadzam, czasem tylko sprawdzam,
czy żyją (i czy oddychają).
A one cieszą się lasem – najlepszym placem zabaw, ever.
Pojawiają się jedynie na pobranie posiłków.
Tu muszę wspomnieć o naszych kaszubskich zwyczajach kulinarnych:
rano jemy (na dworze, oczywiście) owsiankę z jagodami lub jajecznice na kurkach.
I zarówno grzyby jak i owoce sami zbieramy w otaczającym nas lesie.
A jajka mamy od zaprzyjaźnionego chłopa.
Z resztą wizyty w gospodarstwie są stałym punktem naszego kaszubskiego programu
(i zdecydowanie utwierdzają mnie w wegetarianizmie).
A dzieci poznają wieś, nie z książki, tylko na żywo.
Słyszą, jak pieje kogut, widzą, jak doi się mleko, wiedzą, jak rosną ziemniaki.

Codziennie też chodzimy się kąpać.
Od jeziora dzieli nas tylko skarpa, z której trzeba zbiec,
(uważając, by w całej tej euforii się nie zabić) i jest się w wodzie.
Kąpiel niestety zazwyczaj kończy się awanturą,
gdyż zsiniałe z zimna dzieci za żadne skarby nie chcą wyjść na brzeg.
Fioletowe usta błagają o „jeszcze chwilkę”,
a dygocące z zimna i pokryte gęsią skórką ciała mówią zupełnie co innego.
A ja za każdym razem przypominam sobie siebie
i moją zupełnie niewyrozumiałą mamę,
której stanowisko na temat długości mego pobytu w wodzie
wydawało mi się zawsze zupełnie niedorzeczne.
Raz w sezonie wybieramy się na wyprawę rowerem wodnym
wokół wyspy na Jeziorze Ostrzyckim.
Rowerem, czyli fantazyjnym pojazdem imitującym wielkiego białego łabędzia, wóz policyjny
lub starodawną limuzynę. Dzieci są najszczęśliwsze na świecie.
A ci, co umieją pływać, zaliczają skoki do wody i kąpiel na środku jeziora.
Jednak moim ukochanym sportem wodnym są spływy kajakowe.
Nigdzie nie jest się tak blisko przyrody, jak na kajaku właśnie.
Ważki, nartniki, ryby i dziesiątki gatunków ptaków.
Najbościej, naprawdę!
Na Kaszubach wszystko kręci się wokół wody,
Lubi ona również spadać z nieba. Dość często i dość obficie.
Cały rejon ma swój specyficzny mikroklimat.
Gdy Warszawa praży się na patelni, dusi w skwarze i spływa potem,
na Kaszubach jest całkiem rześko, a czasem nawet zimno.
Po latach doświadczeń przyzwyczailiśmy się do tego.
Oprócz kąpielówek i klapek bierzemy ze sobą jesienne akcesoria,
kalosze i kurtki puchowe.
Na szczęście w „brzydką” pogodę też jest co robić.
(I przynajmniej nie trzeba wytracać energii na wyciąganie dzieci z wody).
Są długie spacery, wycieczki rowerowe i zabawa w podchody.

Kaszuby są naprawdę piękne.
Parki narodowe, setki jezior, pola posrebrzane pszenicą,
pozłacane żytem (lub na odwrót, nigdy nie pamiętam).
Góra Wieżyca (obowiązkowo raz w roku!), dworek Wybickich z żywopłotowym labiryntem,
genialne domowe zoo w Tuchlinie, gdzie można pogłaskać zwierzęta i posłuchać
fascynujących wprost opowieści, skansen we Wdzydzach.
Są też magiczne kręgi w Węsiorach i Odrach
(co tam się dzieje w czasie przesilenia!).
Od biedy można też się wybrać do muzeum pociągów w Kościerzynie.
Dzieci je kochają, a ja nie cierpię. Stare wagony towarowe
w najlepszym razie kojarzą mi się z morderstwem Laury Palmer.
Jest też monstrum w Łapalicach (warto!) oraz koszmarne Centrum Edukacji
w Szymbarku, z niewyobrażalnym wprost zestawem ludycznych atrakcji,
od najdłuższej deski świata, przez dom do góry nogami, po największy
fortepian świata. Zasadniczo, lepiej omijać dużym łukiem.
Dużym, bo w promieniu małego stoi milion autokarów
i trzy miliony samochodów wypełnionych amatorami
pieczonych kiełbasek i kuriozalnych atrakcji.

Niestety przez ostatnią dekadę te tereny
coraz częściej nawiedzają klęski żywiołowe.
Huragan potrafi złożyć las niczym domino.
Warto je więc odwiedzić, żeby uświadomić sobie,
że klimatyczna autorefleksja jest konieczna.
Dlatego właśnie coraz rzadziej palimy w kominku
i rzadziej spędzamy noce przy ognisku.
Gdybym napisała, że całkowicie z tego zrezygnowaliśmy, skłamałabym.

Podobnie jest z lataniem. Nie odmówię sobie tego całkowicie.
Nadal chcę oglądać świat i pokazywać go dzieciom.
Mam jednak postanowienie, że będę to robić w większa rozwagą.
I jeśli to możliwe, zastępować samolot mniej inwazyjnym środkami lokomocji.
Do czego wszystkich zachęcam.
No i poza tym, wpadajcie na Kaszuby. Warto!

PS Wiecie, że Kaszubi mają własny język?
Nie gwarę, nie dialekt, tylko język. Do ùzdrzeniô!

2 odpowiedzi do “Kaszëbë

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *