In the middle of summer

In the middle of summer

Nie ma bardziej sensualnej pory roku niż lato.
Zanurzyliśmy się w nim po szyję, po czubki głów,
zanurkowaliśmy głęboko, w ogóle nas już nie widać.
Odbieramy je wszystkimi porami skóry, wszystkimi zmysłami.
Na pierwszy plan wysuwa się jego zapach:
pola nagrzanych słońcem zbóż,
kwitnące lipy, powoje, maciejka i lawenda.
Las po deszczu, pachnący mokrym igliwiem i grzybami,
zapach jeziora, rzeki, stawu (każdy zbiornik pachnie zupełnie inaczej!),
pyłu dróg, dymu z ogniska, wsi.
Oko koją setki odcieni zieleni, błękitów, beży i szarości,
a ucho rejestruje dobroczynne częstotliwości
rechotu żab, krzyku żurawi, śpiewu ptaków, szumu liści, szuwarów i fal.
Jest też smak: ponad wszystko dojrzałych na słońcu pomidorów,
zielonego groszku, kurek, arbuzów i czereśni,
ziół, jagód, poziomek, malin, jeżyn – zerwanych prosto z krzaka
– jak za czasów dzieciństwa (trudno w dobie covida
przejmować się jakimś durnym bąblowcem, co ma być, to będzie).
Latem ciało nabiera mocy.
Skóra napina się od słońca i jędrnieje od zimnej wody,
płuca zachłystują się świeżym powietrzem,
a wyprodukowana witamina D eksploduje nadprodukcją endorfin.
Nawet poparzenia pokrzywami
i ukąszenia komarów nabierają uroku.

Wynajęliśmy nasze miejskie lokum,
w lesie mieszkamy od początku maja.
Budzącą się przyrodę obserwowaliśmy na Kaszubach,
a apogeum lata spędzamy w mojej ulubionej części Polski,
czyli na jej północno-wschodnich rubieżach.
To tutaj jest tak intensywnie, dziko i pięknie.
To tutaj molekuły lata są tak wielkie, że prawie je widać.
To tutaj pojawia się w mej głowie niespodziewana myśl,
że po co w ogóle jeździć dalej?!
Mazury Garbate i Suwalszczyzna
zachwycają pod każdym względem.
Przyrodniczym, kulturowym, ludzkim.
Tak, jak to zazwyczaj przygraniczne rejony,
teren ten cechuje niejednoznaczność i wielowarstwowość;
palimpsest obyczajowy, religijny i kulinarny.
Krajobraz jest wspaniały, rozległy, pofalowany.
Puszcze, rezerwaty, jeziora, rzeki.
Wspaniała architektura i regionalna kuchnia:
kartacze, bliny, babka ziemniaczana, chłodnik,
genialne sery, ryby i sękacz (niestety).
I bociany.
Cały czas towarzyszy mi poczucie,
że jest ich tu znacznie więcej niż ludzi.

Atrakcji jest tu co niemiara:
można ruszyć na kajaki, żaglówki, szlaki turystyczne,
odwiedzać miasta krasnoludków, bazyliki, klasztory.
Jest też imponujący most w Stańczykach (44,7 metrów),
na który z dumą przyprowadziłam chłopaków
i oznajmiłam że kiedyś z niego skoczyłam –
na linie, którą do barierki przywiązali moi koledzy.
Dziś wstęp na most jest biletowany,
skakać niestety już nie wolno.
Zresztą, chyba bym się nie odważyła powtórzyć tamtego wyczynu.

Mimo setek kuszących atrakcji,
tym razem wybraliśmy opcję slow motion.
Delektujemy się okolicą.
Obserwujemy przyrodę,
która cały czas buduje, ćwierka, brzęczy, gnije, drąży, kiełkuje i kwitnie.
Grzebiemy kijem w kompoście,
pijemy soki z pokrzywy, napary z kwiatów lipy,
spryskujemy skórę samodzielnie spreparowanym
hydrolatem z lawendy.
Jajka pobieramy z kurnika sąsiada, sami robimy jogurty,
a młode ziemniaki odmieniliśmy już przez wszystkie przypadki.
Najbardziej lubię te zapiekane z rozmarynem!
Pływamy w jeziorach, spacerujemy
i ponad wszystko jeździmy na rowerze –
to nasza ukochana aktywność.
Ruszamy tam, gdzie nas oczy poniosą,
na bieżąco modyfikując plan i trasę.
Cały tutejszy teren pokryty jest siatką
świetnie oznaczonych szlaków „green velo” (polecam apkę!).
Są ścieżki dedykowane rowerom,
rzadko uczęszczane przez samochody szosy i szutrówki.
Z roweru świat czuć i widać najlepiej.
Co rusz napotykamy fascynujące skarby:
tajemnicze bagna i torfowiska (z rosiczkami na brzegu!!!),
wyludnione wioski widma, grobowiec-piramidę (!),
rozpadające się domy, do których ciekawsko zaglądamy,
martwe lasy (co za widok!), stare kościoły i cmentarze.
Jedną z pereł okolicy jest wieś na końcu świata, Zabrost Wielki.
Zniszczona w czasie pierwszej wojny światowej,
odbudowana według romantyczno-modernistycznej (sic!)
koncepcji berlińskiego architekta Carla Kujatha.
Czegoś takiego w życiu nie widziałam,
absolutne must-see dla wszystkich miłośników nietypowych miejsc.

Lubimy też podjeżdżać pod granicę z Rosją,
by zawisnąć głową w dół na szlabanie i zastanowić się,
czemu korzenie drzew, ptaki i lisy
mogą bezkarnie przechodzić na drugą stronę.
A my nie.
Z resztą, tutejsze tereny
dają wiele pretekstów do ważnych rozmów.

Zupełnie zachłysnęliśmy się zieloną wolnością.
Chłoniemy świat, próbując zagłuszyć szósty zmysł,
który mówi, że jesień może być ciężka
i że lockdown wróci.

O tym pomyślimy później.
Teraz – lato!

Dodaj komentarz