Dziecko (nie)doskonałe

Dziecko (nie)doskonałe

Patrzę na moje dzieci i mam nadzieję, że nie będą takie jak ja. Że moje dążenie do świadomego rodzicielstwa zadziała. Mój mąż zawsze mi powtarza, że jestem swoim największym wrogiem. Że wykańcza mnie moja własna ambicja. I ma rację. Nigdy nie czułam się pewnie. Prawie w niczym, co robiłam. Odkąd pamiętam, zawsze chciałam, żeby było lepiej, żebym potrafiła lepiej. Wiem, że tak jest, dzisiaj już wiem też, dlaczego tak jest, ale nie umiem z tym potężnym ciężarem niepewności ruszyć. Nie wiem, jak to zmienić. To silniejsze, większe ode mnie.

A tak się zastanawiam i myślę. Bardzo dużo i często. Najczęściej oczywiście nad rzeczami, na których najbardziej mi zależy. Macierzyństwo jest na pierwszym miejscu. Bo macierzyństwo jest na co dzień, jest ze mną, jest mną. Bo jest przepiękne, wykańczające, intensywne, napełniające, ale również wymagające. Jest trudne. A co jest w nim tak trudnego, co dla mnie najtrudniejsze? To coś, co ostatnio próbowałam sama dla siebie zidentyfikować. Znaleźć ten najsłabszy punkt. Myślałam, że to przekraczanie granic, zmienianie siebie, zmęczenie i częste poczucie porażki, że to może emocje – moje i dzieci, ale nie. Najtrudniejsza w macierzyństwie wydaje mi się akceptacja. Akceptacja na paru poziomach – ta wewnętrzna, ale też zewnętrzna – przy czym na każdym jest trudno na nią wskazać palcem, bo się chowa, maskuje, udaje, że jest czymś innym. Komplikuje wszystko, żeby tylko jej nie odkryć.

Kiedy urodził się Leo, doświadczyłam tego, co większość matek. Tsunami miłości, trzęsienie ziemi pod nogami i wulkany strachu. Wszystko było tak nowe i przerażające. Nigdy wcześniej nie miałam na rękach małego dziecka. Nie wiedziałam, co z nim zrobić. Jak go chwycić, jak go ubrać, żeby nie było mu za zimno albo za gorąco, jak go uspokoić, kiedy płakał. Skąd wiedzieć, czy wystarczająco dużo zjadł, czego chce, a czego nie chce. I jak spojrzeć na siebie w lustrze, jak się odnaleźć, jak siebie znów zrozumieć, bo przecież byłam taka sama, ale zapewne inna, nowa – byłam matką.  

Na szczęście natura jest silniejsza od nas, na szczęście jesteśmy zaprogramowani tak, żeby przeżyć. I tak po emocjonalnie wyczerpującym początku nadszedł moment spokoju. Nauczyłam się słuchać jego i siebie, ufać jemu i sobie. I wtedy poczułam się lepiej, byłam pewna, że wiem, pewna nas.

Ten czas spokoju nie trwał jednak długo. Bo jak to już bywa, zderzyłam się ze światem. Zaczęło się prawie niezauważalnie. Pytaniami, które często idą ręka w rękę z porównywaniem. Pytaniami, które niby nie są groźne. To przecież tylko drobne zmartwienia, objaw troski: Czy on już sam siada? Czy już raczkuje? Jeszcze nie? To trochę za późno, albo może trochę za szybko. A czy już mu idą zęby? Tylko tyle? Och, już tyle? A czy nie podróżujecie za dużo? Nie brakuje mu dyscypliny? Czy to dobre dla maluszka? Jesteście pewni? Bo moje dzieci spokojne są tylko, jak mają dokładny plan dnia. A jak moje dzieci były małe, to zawsze chodziły spać o tej samej godzinie. A mój syn od urodzenia śpi sam w łóżku. A moja córka przesypia całe nocy. A czy on przebywa z dziećmi? Chodzi na jakieś zajęcia, może gordonki? Nie nudzi mu się? I wtedy zaczęłam wątpić. Przyglądałam mu się i sprawdzałam, czy wszystko z nim w porządku, i czy ja jestem w stanie stwierdzić, że jest albo nie jest OK. Czy jest taki, jaki ma być według tabelek, oczekiwań i wymagań. To był początek czegoś bardzo niebezpiecznego. Czegoś, z czym spotykamy się wszyscy. A im dziecko jest starsze, tym robi się ciekawiej. 

Nagle wszyscy dookoła wiedzą lepiej, wiedzą coś, czego ja nie wiem. Na placu zabaw, w sklepie, na spotkaniu ze znajomymi, podczas odwiedzin u dziadków – wszyscy się wypowiadają poprzez pytania i porównania: Czy on już chodzi? Mój Antek zaczął, jak miał 11 miesięcy; A Zosia już mówiła w tym wieku; A czy on naprawdę jeszcze robi siku w pieluszkę?; Naprawdę nie macie rowerka biegowego?; Mój Jacek, jak miał tyle, to już śmigał na rowerku jak wariat; Ten mój Krzyś tak szybko biega, jest szybszy od wszystkich; Za mało mówi, za dużo mówi, za dużo biega, za słabo skacze, za nisko się wspina; włazi na wszystko, a to nie dobrze, na wszystko włazi, to super! 

I tak w nieskończoność. Czuję się trochę jak w filmie. Stoję w miejscu, pod nogami kręci mi się świat i zewsząd dobiegają mnie głosy, które oceniają, porównują, a ich właściciele nie zdają sobie sprawy z tego, co tak naprawdę robią: sobie, swoim dzieciom, mnie i moim dzieciom. Dlaczego ludzie sobie to fundują? Dlaczego matki sobie to robią? Przecież nie jesteśmy na targowisku ze zwierzętami, ani na wyścigach, nie dostajemy punktów karnych, ani nie zbieramy naklejek, które można zamienić na lizaki. Nic z tego. Po prostu zwyczajnie żyjemy naszym życiem. A każdy z nas ma prawo do tego, żeby przeżyć je, będąc sobą, w odpowiednim tempie. My, rodzice jesteśmy tu między innymi po to, żeby wspierać nasze dzieci, żeby pomagać im zrozumieć, kim są. Żeby powiedzieć im, że są wyjątkowe, bo nie ma innych takich samych. Nie mamy ich zmieniać, nie mamy nic przyspieszać, nic ulepszać, żeby było tak jak u sąsiada, lepiej, inaczej. Mamy nasze dzieci akceptować. To jedno z naszych najważniejszych zadań. Nie prostujemy drzew i nie docinamy kwiatów, żeby rosły na tej samej wysokości. Patrzymy na nie i zachwycamy się, automatycznie akceptujemy je takie, jakimi są.

Co powodują takiego rodzaju pytania, takie opinie? Wyglądają na niepozorne, ale mogą spowodować mnóstwo krzywdy. Bo uderzają w rodzica, znajdują sobie miejsce w jego głowie i powolutku gryzą. Na początku zabierają po kawałku poczucie pewności, wytwarzają mikropęknięcia w sposobie, w jaki patrzymy na nasze dzieci. A może naprawdę z tym moim synem jest coś nie tak? Przecież rzeczywiście nie biega tak szybko, ani nie wspina się tak wysoko, ani nie liczy do 100. A może nie lubi rysować i grać w piłkę, nie umie sznurować butów, nie potrafi grzecznie siedzieć przy obiedzie i nie znosi obcinania włosów? Porównywanie powoduje, że zaczynamy mieć wątpliwości, a to początek braku akceptacji tego, kim nasze dziecko jest. Chcemy, żeby robiło tak jak inne dzieci, tak jak powinno być, albo tak jak ktoś nam wmawia, że powinno być. To trudne akceptować inność. Ale inność jest tym, co z nas robi nas. Jako dorośli walczymy o oryginalność, o to, żeby się odnaleźć, odróżnić, żeby pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Kiedy mamy dzieci, szukamy pewności w tym, że dopasujemy je do standardów. Chciałabym spotkać matki, które nie porównują i nie oceniają, które nie boją się wspierać swoich dzieci, nawet wtedy, kiedy to oznacza, że ich dzieci różnią się od wszystkich innych w zasięgu 50 km. 

Chciałabym, żeby moje dzieci nie stały się takie jak ja. Pełne niepewności, poczucia, że muszą komuś coś udowadniać, bo kiedy dorastały, ciągle były porównywane do innych. I przez to straciły wiarę w siebie, przerwały połączenie z samym sobą, zgubiły się w świecie oczekiwań i wymagań rodziców. Nie chcę, żeby większość swojego dorosłego życia próbowały zrozumieć, kim są, i uwierzyć w swoje możliwości. Bo kiedyś ktoś w nich nie uwierzył, bo porównywanie do innych jest nieakceptacją tego, kim się jest. A być nieakceptowanym przez rodziców, być ciągle porównywanym do dzieci znajomych, do rodzeństwa czy kuzynów, to zabójstwo dla poczucia własnej wartości dziecka, ale też zabójstwo dla rodzica, bo zaczyna on patrzeć na swoje dziecko inaczej. Zaczyna wątpić, może trochę, a może bardzo, i to odbije się na jego relacji z dzieckiem.

„Jako dorośli walczymy o oryginalność, o to, żeby się odnaleźć, odróżnić, żeby pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Kiedy mamy dzieci, szukamy pewności w tym, że dopasujemy je do standardów”.

Czy to takie trudne, żeby akceptować własne dzieci? Może nie są do końca takie jak sobie wyobrażaliśmy, może nie są tak uśmiechnięte, jak córka znajomych, może bardziej marudzą, albo są za głośne, może nie potrafią grać w piłkę, albo nie chcą się wspinać na drzewa jak syn sąsiada. Ale czy to ważne? Akceptacja może być trudna, ale byłoby nam wszystkim łatwiej, kiedy przestalibyśmy porównywać nasze dzieci. Sami w sobie, ale też otwarcie – jak byśmy nie szukali różnic, ale po prostu zwyczajnie patrzyli na siebie nawzajem kompletnie, jak na całość, która stworzona jest z oryginalnych części. Ta nieakceptacja „zewnętrzna”, którą czułam i która spowodowała, że czasami zwątpiłam w moje dzieci, była jedną z tych, z którymi musiałam powalczyć. I jedną z najtrudniejszych rzeczy, których doświadczyłam, bo każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej, bo czujemy niepewność, pewien rodzaj zagrożenia ze strony rzeczywistości, kiedy nasze dziecko biegnie najwolniej ze wszystkich, albo nie potrafi policzyć do 10, podczas gdy inne dzieci liczą do 20. To jest lęk, obawa, że coś z nim jest nie tak, że sobie nie poradzi w życiu, że musimy przycisnąć, żeby było lepiej. 

Dzisiaj już mnie to nie dotyka, nie powiem, że mnie nie wkurza, kiedy słyszę powtarzanie tych tekstów głównie z ust matek, ale próbuję się zdystansować, odciąć, choć to chyba jeszcze długi proces. W każdym razie dziś wiem, że nie ma nic bardziej oswobodzającego niż szanowanie własnych dzieci ze wszystkim, kiedy naprawdę poczujemy, że nie musimy ich dopasowywać, ani zmieniać, ale głównie, że one nic nie muszą. Nie muszę robić rzeczy tak jak inni w klasie, na podwórku, na placu zabaw. Nie muszą na siłę nic lubić, robić lepiej, robić szybciej, umieć więcej. I dzieci to poczują. Czują, że im ufamy, że je akceptujemy, że kochamy, niezależnie od tego, co umieją i czego nie umieją. I nagle nie mamy w domu dzieci, ale kwiaty.