Czy noszenie makijażu jest przejawem mojej hipokryzji, jeśli chcę dobrze wychować córki?

Czy noszenie makijażu jest przejawem mojej hipokryzji, jeśli chcę dobrze wychować córki?

Jedną z ważniejszych jakości, na których zależy mi w wychowaniu córek, jest dostarczenie im podstaw do solidnej, pozytywnej samooceny. Chcę pomóc im zrozumieć, że ich wygląd i to, jak czują się ze swoim ciałem, są tylko częścią ich bycia w świecie i nie powinien być podstawą ich samooceny. Chcę też, żeby w swoim ciele czuły się bezpiecznie i komfortowo. Nie chcę, by nieustannie dążyły do nieosiągalnego, nierealnego standardu piękna. A już na pewno nie chcę, by ten wyścig zaczynał się zbyt wcześnie, to znaczy wtedy, gdy dziewczynki mają zaledwie kilka lat. Dlatego smucą mnie widywane na półkach sklepowych zabawki dla dziewczynek w postaci na przykład zestawów do makijażu lub ozdabiania paznokci.

Ale po smutku często pojawia się złość. Dlaczego takie pomysły na spędzanie wolnego czasu reklamowane są już najmłodszym dziewczynkom? Czemu sprzedaje się zabawki, które wmawiają kilkulatkom, że powinny zmieniać swój wygląd? Czy nie wystarczy to, że na każdym kroku są bombardowane nierealistycznie wyglądającymi, skąpo ubranymi kobiecymi ciałami, reklamującymi wszystko – od blachodachówki, przez kosmetyki, po produkty spożywcze? A potem zaczynam być wściekła. Przecież chłopcom się takich zabawek nie proponuje! Mało tego! Różowo-fioletowe opakowanie (a zwłaszcza jeśli towarzyszy mu wizerunek dziewczynki), jest wystarczającym „odstraszaczem”, komunikatem krzyczącym do dzieci i ich rodziców: „to nie dla chłopców!”. Oni nie muszą się stroić przed wyjściem z domu. Wystarczy, że się ubiorą i już mogą się bawić!

I na koniec pojawia się trzeci wniosek – ten najmniej komfortowy. Czy ja sama nie jestem hipokrytką? Przecież mam kilka paletek do makijażu, moje córki widzą mnie, gdy maluję się przed wyjściem do pracy. I nie pozostaje to przez nie niezauważone. Kiedyś córka zadała mi intrygujące pytanie: „Mamo, a dlaczego ty się rzęsujesz, jak nie masz żadnej imprezy?”. Jako mama zdeterminowana, by w miarę moich możliwości, dawać córkom wolność od stereotypowych zabawek, książek, aktywności i wspierać ich pozytywny wizerunek ciała, nagle poczułam zawód. Jakich lekcji udzielam córkom na temat wyglądu? Po co się rzęsuję?

Pewnie część z was powie: „Wyluzuj, przecież to tylko makijaż. Przecież nie zachęcasz córek, by przeszły na dietę, nie mówisz im, że są grube i o sobie samej też (przynajmniej w ich obecności) tak nie mówisz”. Ale w moim odczuciu warto mieć jakieś wyjaśnienie, zwłaszcza jeśli córki pytają. Inaczej potraktują mnie jako wzór, który należy kopiować.

No właśnie. Jak zatem wyjaśniam córkom, dlaczego się rzęsuję? Po pierwsze, makijaż to sztuka i forma autoekspresji. Malując się, mogę pokreślić to, co mi się w sobie najbardziej podoba. Bardzo lubię swoje rzęsy, a gdy pociągnę je lekko tuszem, stają się bardziej gęste i moje oczy są wtedy jeszcze piękniejsze. Lubię swoje usta i kiedy idę na imprezę, lubię podkreślić je kolorem. Wystrzegam się argumentów, że celem makijażu jest zakrywanie czegoś, lepszy wygląd lub jego poprawianie. Skupiam się raczej na podkreślaniu radości, jaką z tego mam. Oraz pokazaniu, że delikatny makijaż podkreśla najfajniejsze moim zdaniem cechy.

Po drugie… po dogłębnym przemyśleniu stwierdzam, że właściwie nie ma żadnego „po drugie”, „po trzecie” itd. Bycie mamą córek jest jednak na tyle autoterapeutyczne, że nie da się być świadomą mamą, nie weryfikując na bieżąco własnych przekonań. A jakie przekonanie stoi za codziennym, wewnętrznym przymusem nakładania make-upu? Czy takie, że inaczej nie jestem piękna? A może czuję, że w ogóle nie jestem wystarczająca, a makijaż jest środkiem zwiększającym moją pewność siebie? Może bez makijażu czuję się gorsza, bo jestem „bez”, jestem sauté, bo odstaję od reszty pięknie wymalowanych dziewczyn? Bo nie spełniam aktualnych trendów dotyczących wyglądu (mam za cienkie brwi, za krótkie rzęsy, zbyt blade usta itp.)? Być może maluję się, bo czuję przymus podporządkowania się wymogom patriarchatu, który nakazuje wyglądać tak, by podobać się mężczyznom oraz dopasowywać się do oczekiwań społeczeństwa, mającego obsesję na punkcie wyglądu kobiet?

Weryfikacja tych przekonań może być konfrontująca, bo czasem robię coś, zupełnie nie zastanawiając się, dlaczego. I nagle dostaję od córki pytanie prosto z mostu, na które chciałabym szczerze odpowiedzieć. A żeby to zrobić, najpierw odpowiedzieć (szczerze!) muszę sobie sama.

„Wystrzegam się argumentów, że celem makijażu jest zakrywanie czegoś, lepszy wygląd lub jego poprawianie. Skupiam się raczej na podkreślaniu radości, jaką z tego mam”.

I dochodzę do wniosku, że owszem – lubię się malować – jednak chcę uczyć córki, że nie jest to obowiązek, że można w ogóle tego nie robić. A jedyny sposób na to, by rzeczywiście to zrozumiały, jest taki, bym to ja – ich mama i na razie najważniejsza w ich życiu tzw. role model (wzór do naśladowania), pokazywała takie podejście na własnym przykładzie. Prawda jest taka, że tylko w taki sposób odbywa się najbardziej autentyczna i mająca szansę zostać z nimi na dłużej nauka.

Chcemy uczyć dziewczynki miłości do siebie i samoakceptacji. Za wszelką cenę próbujemy uniknąć wtłoczenia ich w schemat potwierdzania własnej wartości przez akceptację z zewnątrz. Ale mam wrażenie, że my – dorosłe kobiety – nie stosujemy wobec siebie tych samych standardów. Jest dla mnie coś sprzecznego w mówieniu dziewczynkom „jesteś wspaniała taka, jaka jesteś, nic w sobie nie zmieniaj” i jednoczesnym podporządkowywaniu się sztywnym normom płci, które nakazują dorosłym kobietom upiększać się przy każdym wyjściu z domu. Myślę, że warto zastanowić się nad tym, dlaczego pewien standard proponujemy dziewczynkom, a same żyjemy według zupełnie innego?

A jak to jest z wami? Malujecie się przy córkach? Rozmawiacie o tym z nimi? Czy macie dla nich argumenty lepsze niż moje? Z chęcią je usłyszę!

Dodaj komentarz