Czarownice gotują w kotłach

Wyspy Zielonego Przylądka rodzinnie

Kanary mnie zauroczyły, ale moje serce skradł archipelag położony nieco dalej na południe. Wyspy te oficjalnie należą do mojego ukochanego kontynentu, jednak mieszkańcy odżegnują się od czarnego lądu. No i faktycznie – kultura tego miejsca nie jest jednolita; utkana została z wpływów portugalskich i afrykańskich, a jej najbardziej spektakularnym owocem jest unikatowa muzyka, która rozbrzmiewa wszędzie i przez cały czas. To idealny kierunek dla tych, którzy marzą o Afryce, ale z jakichś powodów boją się tam pojechać. Wiecie, już dokąd was dziś zabieram? Na jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Cabo Verde. 

Większość przybyszów trafia na wyspy Sal i Boa Vista – turystyczne destynacje z plażami i hotelami, które my ominęliśmy szerokim łukiem. Wyprawę rozpoczęliśmy od stolicy: Prai. Po wyjściu z lotniska od razu zdaliśmy sobie sprawę, że czeka nas przygoda. Jak to zwykle bywa w tych rejonach świata, przywitał nas żar lejący się z nieba, a zaraz za nim dopadła nas pokaźna grupa mieszkańców oferujących swoje usługi. Każdy chciał coś dla nas zrobić; sprzedać miskę, banany, albo garnitur, przenocować, podwieźć, nakarmić, ostrzyc. O ile dla nas to nie pierwszyzna, to dla Leo (wówczas sześcioletniego) było to doświadczenie przejmujące. Kryzys pogłębił się, gdy drogą wiodącą przez ubogie dzielnice ruszyliśmy w stronę centrum, a apogeum osiągnął, gdy Leo zobaczył nasze miejsce noclegowe. Mówiąc eufemistycznie, odbiegał od standardów europejskich. Było duszno, ciemno, a terkoczący wentylator pogłębiał uczucie niepokoju*. Wątpliwości trwały jednak krótko. Leo szybko poczuł bluesa i pokochał od lat praktykowany przez rodziców sposób podróżowania. A my odetchnęliśmy z ulgą.

Santo Antão

Na wyspę można dotrzeć jedynie drogą morską, gdyż porywiste wiatry nie pozwalają na lądowanie samolotów. I jest to wielkim atutem, bo wysiłek i wszelkie przesiadki nie idą w parze z masową turystyką. To miejsce jest nieskażone! Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty na końcu świata. Z głównego portowego miasta raz dziennie rusza w jego stronę jakiś samochód. Aby się na niego załapać, trzeba od wczesnego ranka koczować po nadbrzeżu, a potem przez wiele godzin tłuc się po wyboistej drodze (właśnie wtedy Leo poznał teoretycznie i empirycznie angielski sformułowanie „bumpy road” i bardzo je pokochał). Bumpy road wiedzie przez kamienne góry i pustynię i wydaje się nie mieć końca, ale to tylko pozory, gdyż ma ona swój bardzo konkretny finał. Jest nim wioska rybacka Teraffal. Dalej pojechać się nie da. Na całą osadę składa się kilkanaście (lub małe kilkadziesiąt) domów, kilkaset metrów piaszczystej plaży i góry. W pierwszej chwili wpadłam w panikę. Co my tu będziemy robić? – zadałam pełne obaw pytanie. Wkrótce jednak brak jakichkolwiek możliwości okazał się absolutnym błogosławieństwem. Trzeba było odpoczywać. Spędzaliśmy leniwe dni, kąpiąc się w morzu, patrząc na fale, chodząc tam i z powrotem oraz obserwując rytm życia rybaków; połowy, łuskanie i patroszenie ryb, suszenie sieci, kobiety młócące zboża i gotujące posiłki, beztrosko bawiące się dzieciaki. Po kilku dniach znaliśmy połowę wioski.

Punktem kulminacyjnym podróży okazały się jednak doliny usytuowane na północno-zachodnim krańcu wyspy. To dzięki nim cała nasza wyprawa się odbyła. Kiedyś w albumie fotograficznym zobaczyłam malutkie zdjęcie, które ukazywało zielony raj. Kaskady wody rozbijały się o skały porośnięte bujną tropikalna roślinnością. Zdjęcie wbiło się w moją pamięć i zakotwiczyło w niej na lata. Chciałam tam jechać. Podpis pod obrazem brzmiał: Paul Valley, Santo Antão.

Fotografia od swoich początków nie była wiarygodnym medium, a w dobie Photoshopa osiągnęła apogeum mijania się z prawdą, w związku z czym często jest tak, że po obejrzeniu zdjęć konfrontacja z rzeczywistością rozczarowuje. Tym razem jednak obraz nie dorównał realności, bo to, co ukazało się moim oczom, przerosło najśmielsze fantazje. Gdybym miała stworzyć ranking najpiękniejszych miejsc na ziemi, doliny Santo Antão z pewnością walczyłyby o złoto. Pokrywające północną część wyspy pasma górskie tworzą unikatowy mikroklimat, powodujący eksplozję zieleni, we wszystkich jej odcieniach. Na stromych zboczach piętrzą się kaskady pól uprawnych, a kolorowe i kamienne domki dodają krajobrazowi uroku. No, jest tam po prostu totalnie.

Zamieszkaliśmy wysoko w górach, gdzie nie dało się już dojechać. Trzeba się było jeszcze przez pół godziny wspinać (z całym tym naszym sprzętem i Teosiem na plecach!) Gdy jednak dotarło się na miejsce, to panujący wokół spokój i spektakularny widok kompensowały wszelkie trudy. W zasadzie można było jedynie siedzieć i patrzeć. I karmić się praną.

„Spędzaliśmy leniwe dni, kąpiąc się w morzu, patrząc na fale, chodząc tam i z powrotem oraz obserwując rytm życia rybaków; połowy, łuskanie i patroszenie ryb, suszenie sieci, kobiety młócące zboża i gotujące posiłki, beztrosko bawiące się dzieciaki. Po kilku dniach znaliśmy połowę wioski”.

My jednak siedzieć nie umiemy, więc codziennie chodziliśmy. Ścieżek górskich jest cała masa, a każda niesie ze sobą niepowtarzalne doznania. Spędziliśmy tydzień, włócząc się po nieoznaczonych szlakach. Przewodnik był niepotrzebny, bo za każdym razem, gdy mieliśmy wątpliwości, na właściwe tory wracali nas napotkani mieszkańcy. Kamienne drogi wiły się od wioski do wioski, a w każdej można było usiąść w przytulnej knajpie, napić się kawy i miejscowego grogu (który na całym Cabo leje się strumieniami) i znowu iść się przed siebie. Do tego z głowy mieliśmy Teosia! Ponownie miłość Kabowerdeńczyków do dzieci ukazała się w pełnej krasie. W zasadzie Teo miał tam stałą opiekę. Co rusz nawiązywał nowe przyjaźnie, wchodził ludziom do domów, dawał się karmić i pobierał lekcje chodzenia. Trzeba przyznać, że dość w ekstremalnych warunkach.

Czasem szczyty osnuwały gęste kłęby mgły, dodając krajobrazowi romantycznej nuty. To czarownice gotują w swoich kotłach – mówili miejscowi, a wyobraźnia Leo i nasza uruchamiała w głowie niesamowite obrazy, dzięki którym czuliśmy się jak w bajce.

Zdarzało nam się też rozdzielać. Jedno z nas zostawało z dziećmi (one czasem potrzebują odpoczynku, staramy się o tym pamiętać), a drugie ruszało na szlak. I jest to jedyne, jak do tej pory, miejsce w Afryce, gdzie nie miałam obaw przed samotnym trekkingiem. Na jednej z gór spotkałam Monique. Mieszkała na samym szczycie i prowadziła tam miniaturową knajpkę, w której parzyła pyszną kawę. W zasadzie był to tylko prosta ławka i stolik. Wszystko, co posiadała, musiała wnieść na własnych plecach. Spędziłam u niej trochę czasu. Nie mówiłyśmy w żadnym wspólnym języku, ale świetnie się dogadywałyśmy. Droga do Monique wiodła przez stary sad mangowców. Idąc, podnosiłam z ziemi dojrzałe owoce i wysysałam z nich miąższ.

Ja chcę na Cabo! Teraz!

*Zapewniam, że bardziej wymagające osoby znajdą na Cabo bardzo przyzwoite warunki. Wszystko jest kwestią ceny, która i tak nie jest wygórowana.

2 odpowiedzi do “Czarownice gotują w kotłach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *