Czarny kwadrat na białym tle

Czarny kwadrat na białym tle

Marzę o zimie, która przeobraża rzeczywistość w magiczną baśń,
w której spowity bielą krajobraz iskrzy się w promieniach słońca,
śnieg skrzypi pod butami, a mróz maluje abstrakcyjne wzory na szybach.
Do tego dochodzą zwisające z dachów lodowe sople
i obleczone śniegiem gałęzie drzew!
I jeszcze wielkie płatki śniegu, leniwie spadające z nocnego nieba…

Niestety, od jakiegoś czasu, zima tego pokroju do nas nie zagląda.
Została po niej szarość, ciemność, chlapa
i dobrze zakonserwowane psie odchody
na każdym chodniku, trawniku i pod każdym butem.
Nieużywane sanki rdzewieją na balkonie, kalosze wypierają ocieplane obuwie.
W zaistniałych warunkach pogodowych
z trwogą myślę o tak zwanych „zimowych feriach”.
Wychodzić z domu nie ma po co,
a dwójka znudzonych, uwięzionych w mieszkaniu dzieci
powoduje, że czuję się jak na oddziale zamkniętym.
Nie da się tego przeżyć w warunkach pokojowych.
Trzeba uciekać!

Na eskapady narciarskie nie jesteśmy jeszcze gotowi,
więc wyruszamy z domu na spotkanie z zimą – tak po prostu.
W końcu bez sensu, żeby dzieci znały ją tylko z obrazków w książkach.
Aby znaleźć śnieg, trzeba się niestety kawałek pofatygować.
Biała królowa nie zagląda ostatnio na wysokość poniżej 1500 m n.p.m.
Jako że preferujemy opcję „low budget”, wybieramy okolicę,
której nie zdominowały drogie sporty zimowe.
Padło na Gorce.

Kilka lat temu upatrzyliśmy sobie pewną chatę,
usytuowaną dość wysoko. Zimą nie da się do niej dojechać.
Trzeba się wspinać, w śniegu po pas, z całym tym naszym majdanem,
tj. respiratorami, pulsoksymetrami, pieluszkami i zapasem prowiantu na tydzień
– w okolicy chaty nie ma żadnej infrastruktury.
Nie muszę chyba dodawać,
że Z A W S Z E dojeżdżamy na miejsce zupełnie po ciemku,
gdyż porannego wyjazdu z domu NIGDY NIC nam nie wychodzi.
Wspinaczka z dziećmi i bagażem zajmuje minimum godzinę.
A to zazwyczaj dopiero początek przygody.

Chata ma około 100 lat, ściany z uszczelnianych słomą płazów,
dwie skromne izby i jest… opalana drewnem.
Warunki w niej są bardzo podstawowe, a dookoła nie ma nic.
I nie ma nikogo. Tylko śnieg. Góry. Cisza.

Do chaty jeździmy w osiem osób; czwórka dzieci i czwórka dorosłych.
W ciągu pierwszych pięciu minut zamieniamy wnętrze
w coś w rodzaju… hmmm… nieokiełznanego żywiołu.
Przez tydzień żyjemy w hałaśliwej komunie, większość czasu spędzając,
(jak tradycyjne góralskie rodziny) w pomieszczeniu zwanym czarną izbą.
Tam jest najcieplej, tam jest kominek, tam był kiedyś piec,
a dziś jest kuchenka gazowa (a co za tym idzie – jedzenie).
Na tych kilkunastu zadymionych metrach kwadratowych
do całkowitego szaleństwa brakuje nam jedynie
kur, jagnięcia, prosiąt i pięciu kotów,
które onegdaj na okres zimy zwykły były
wprowadzać się do swoich gospodarzy.

Gdy pierwszy raz przyjechaliśmy do chaty,
temperatura nocą dochodziła do 25 stopni poniżej zera.
Teo miał 3 miesiące i był idealnym kompanem podróży.
Zapakowany w chustę towarzyszył nam w pieszych wycieczkach po górach,
albo leżał pod stosem pierzyn, spod którego
wystawały tylko ciekawskie oczka i nos.
Było naprawdę zimno.
Obecnie Teo dołączył do trójki amatorów pochłaniania zimy
każdą komórką ciała, każdym porem skóry.
W rezultacie dni toczą się wokół wyprawiania dzieci na dwór,
czyli niezbornych, rozpaczliwych i żmudnych
próbach skompletowania ich garderoby;
rękawiczek, butów, czapek, szalików i ciepłych skarpet.
Nagrodą za dopełnienie procedur jest chwila błogiej ciszy,
gdy w końcu znikają za drzwiami…
Wyczerpani dorośli, przysiadają gdzie popadnie,
ocierają pot z czoła. Nic nie mówią.

Abstrahując od generowanych przez młodzież decybeli,
jeżdżenie w większym składzie daje fenomenalną możliwość
organizowania się w podgrupy.
Opcja pierwsza jest taka, że wychodzimy na dwór w osiem osób.
Jest świetnie, mimo że zasadniczo mamy różne priorytety.
Linia demarkacyjna przebiega gdzieś pomiędzy:
„przejdźmy się choć trochę” a „tarzajmy się w śniegu bez opamiętania”.
Dzieci są jednak bardziej zdeterminowane,
więc zdziwiona czwórka rodziców szybko kończy, nurkując w zaspach.

Opcje druga i trzecia polegają na wydelegowaniu latorośli poza chatę.
W wariancie drugim starszaki idą na dwór S A M E,
a my co kilkanaście minut krzyczymy z progu:
– Heeej, wszytskooooo okeeeej?
– Okeeeeej – dobiegają do nas zadowolone głosy.
Potrafią tak zniknąć na kilka godzin!

W wersji trzeciej eksmitujemy całą czwórkę,
co wymaga ustawienia warty honorowej.
Dorośli (w różnych konfiguracjach)
siadają na tarasie i grzejąc ręce o kubek
piątej, dziesiątej, jedenastej i trzydziestej kawy,
patrzą na góry (i czasem na dzieci).

Opcja czwarta, moja ulubiona, to ruch wahadłowy.
Dorośli dzielą się na różnorakie pary i na zmianę ruszają przed siebie.
Na kilka godzin znikają w białej ciszy.
Jest bosko. Wokół nie ma żywego ducha. Śnieg jest nietknięty.
Ziszcza się mój zimowy sen.
Brniemy w nim na przełaj przez śnieg,
zapadając się czasem nawet po pas.
Z pobliskiego szczytu podziwiamy
skąpaną w pomarańczowym świetle zachodzącego słońca panoramę.
Potem zapada srebrzysta ciemność.

Wieczorami, po krótkiej i krwawej batalii, dzieci padają,
a zadymioną izbę przepełnia otaczający chatę spokój.
Dorośli w końcu mogą samodzielnie decydować o tym, co chcą robić.
Wydobywają z kryjówek niezdrowe jedzenie i zasiadają przy stole
pomiędzy girlandami suszącej się wszędzie odzieży.
I po raz setny gadają o tym samym.

Z zimowego wyjazdu wszyscy wracają wykończeni i wypoczęci zarazem.
Otoczony bielą kwadrat czarnej izby stał się dla nas miejscem kultowym
– realnym dowodem na to, jak piękny jest minimalizm życiowy.