BLW, czyli Body Lepiej Wyrzucić

BLW, czyli Body Lepiej Wyrzucić

Matka smakoszka, ojciec co najmniej entuzjasta jedzenia, regał książek kucharskich i plan dnia, spaceru, podróży układany pod posiłki i kulinarne marzenia – nadzieje co do rozszerzania diety Kajtka od początku były duże. Teren też podatny, bo to prawdziwy mlekoman. Mimo że ma już siedem miesięcy, nadal mógłby spędzać pół dnia na piersi. Gdy mnie widzi, woła „LE!”, szarpie za bluzkę, krzyczy, gdy za długo rozpinam guziki, w końcu przysysa się z miną ćpuna, przewraca oczami z rozkoszy i przez 40 minut naprzemiennie pije i przysypia z noskiem wciśniętym w pierś i przymkniętymi oczami. Lub podnosi pupę, robi przysiady, chwyta się za stopy, albo otwartą dłonią tłucze mnie na oślep w mlecznej pasji. I tak dzień i noc. Spodziewałam się więc, że kto jak kto, ale taki żarłok z pewnością rzuci się na jedzenie, bo od dawna łakomie patrzył na nasze talerze. Ale kiedy, kiedy! Aktualne źródła naukowe mówią, żeby z rozszerzaniem diety czekać do ukończenia szóstego miesiąca życia. Babcie chcą trzymiesięczniaka poić wodą w upał. Pediatra z osiedlowej przychodni unosi brwi na widok siatki centylowej i każe podać marchewkę już w czwartym miesiącu, ale ja – doktoryzowana z żywienia dzieci podczas długich godzin spędzonych w internecie – wiem, że marchewka jest mniej kaloryczna niż moje mleko i fałd synowi od tego nie przybędzie, jednak się nie odzywam. Czekam.

Gdy wybijają półroczne urodziny, zakładam mu śliniak, sadzam sobie na kolanach i wręczam brokuła. Ręka mi drży, bo brokuł pochodzi z warzywniaka pod domem, a nie z biodynamicznej farmy zarządzanej zgodnie z fazami księżyca. Jemu ręka nie drży, wywala wszystko na podłogę. Szybko przychodzą kolejne wychowawcze wątpliwości. Czy jak daję mu do wyssania mandarynkę, to znaczy, że poję dziecko sokiem i jestem o krok od podania danonka i biszkopta? A ten brokuł, może jednak włożyć ryczącego bobasa do znienawidzonego fotelika samochodowego i jechać do rolnika? Czy jeśli podaję mu ryby z Lidla, to znaczy, że jestem nieodpowiedzialną matką, która faszeruje dziecko rtęcią, kadmem i ołowiem? Czy przebierać Kajtka do jedzenia w zrujnowane już bodziaki, tak jak przebieramy siebie w tiszerty, które przerobimy potem na szmaty do podłogi, czy lepiej nie ryzykować utraty humoru bobasa i codziennie rujnować kolejne? I ten terror żelazowy, który każe mi przy każdym posiłku zastanawiać się, czy jest wystarczająco gęsty odżywczo i pozwoli mojemu dziecku uniknąć anemii. Im więcej czytam o rozszerzaniu diety, im więcej przeglądam na Instagramie profili poświęconych temu tematowi, tym gorszą matką się czuję, chcąc tak swobodnie i po ludzku karmić dziecko tym, czym karmię siebie.

Zamiast robionych przez trzy godziny buraczanych paluszków z kaszy manny obtaczanych w amarantusie ekspandowanym czy rollsów z pełnoziarnistych tostów francuskich na śniadanie daję dziecku jogurt, śliwkę albo kęsa mojej owsianki. Placuszki Kajtek dostaje tylko wtedy, kiedy na blacie odkryję przejrzałego banana albo pamiętam, żeby odlać trochę ciasta na pankejki przed dodaniem cukru i soli. Tego samego kalafiora je przez cztery dni – zakładam, że skoro liże podłogę i zamienia się zabawkami z psem, prawdopodobnie jego żołądek zniesie to bez szwanku.

O takim swobodnym BLW marzyłam już dwa dni po zrobieniu testu ciążowego. Będziemy się wspólnie rozkoszować wszystkim, co w życiu smaczne – myślałam. Dostaniesz w łapkę kawałek ziemniaka, jajo, naleśnika, włożysz do buzi i się zachwycisz. Naiwnie nie przewidziałam, że ten pierwszy i kilkanaście kolejnych kawałków zostaną potraktowane z pogardą i wylądują na ziemi. Babcie złapały się za głowę, gdy usłyszały, że półroczny niemowlak ma dostać pajdę chleba z masłem i kawałek pomidora. A gdzie tarte jabłuszko i zupka warzywna z królikiem? Po tygodniu porażek z podkulonym ogonem sięgnęłam po blender. Aby miłość do jedzenia wybuchła, trzeba się było porządnie umazać.

Rozszerzanie diety otworzyło bowiem w naszym mieszkaniu nowe czakry chaosu. W porze bobasowych posiłków wszystkie powierzchnie pokrywają się garnkami, mikroskopijnymi miseczkami i brudnymi częściami blendera. Tu kleks jogurtu, tam placek ze śniadania, obok jedna szesnasta batata. Wyskrobać i wyrzucić czy schować na jutro? Wyssane zwłoki mandarynkowych cząstek, upuszczone łyżeczki, wywrócone na lewą stronę truchło śliniaka. Umazany dynią bidon, którego kolor wybierałam dwa dni, a z którego moje dziecko nie ma zamiaru pić. Przyschnięte do stołu resztki, krzesło w kleksach, specjalna mata chroniąca parkiet w lepkich cętkach kolacyjnych wspomnień.

 

„Im więcej czytam o rozszerzaniu diety, im więcej przeglądam na Instagramie profili poświęconych temu tematowi, tym gorszą matką się czuję, chcąc tak swobodnie i po ludzku karmić dziecko tym, czym karmię siebie”.

 

Załapanie o co chodzi w jedzeniu zajęło Kajtkowi dobre dwa tygodnie, a gdy już się rozkręcił, spełnił niemal wszystkie marzenia swojej matki. Do chleba się trzęsie, dysząc i wyrywając mi kromkę. Mamle, żuje, modli się do swojej wygniecionej chlebowej figurki. Podobną ekstazę daje mu słupek mozzarelli, jabłko, do którego dopełza z drugiego końca pokoju, oraz klasyczne bobasowe papki – marchewka z masłem, buraczek z gruszką, brokuł czy groszek z oliwą. Żeby taką papką nakarmić niesiedzącego jeszcze półroczniaka, potrzeba dwóch osób dorosłych i psa. Jedno trzyma bobasa na kolanach, drugie operuje łyżeczką, pies siedzi pod stołem i próbuje zjeść to, co spadnie. Oboje jesteśmy brudni, bo bobas uderza usmarowaną ręką w stół, wylewa na siebie wodę, drapie się po głowie, a nas gładzi po buzi, pies ma w sierści puree ziemniaczane, a ja zastanawiam się, gdzie jest folia malarska, żeby zakryć ścianę i zasłony. Chałka, nasza psina, w której mocy czyszczącej pokładaliśmy ogromne nadzieje, okrutnie z nas kpi, dostając rozstroju żołądka za każdym razem, gdy chapnie półplasterek cukinii bio ugotowanej na parze, mimo że na spacerach z lubością raczy się wyplutymi kęsami kebabów, gnatami z cudzego rosołu i wygrzebanym ze śmietnika przez gawrony suchym chlebem.

Po jedzeniu trzeba bobasowi zdjąć śliniak, podwinąć i tak brudne rękawy i zanieść go do umywalki na mycie wstępne, zgarnianie papki z włosów, pleców, stóp. Pół biedy, jak robi to osoba, która ma czyste ręce, bo łatwiej o pewny chwyt. Obiad w pojedynkę oznacza ułożenie brudnego dziecka na podłodze, żeby umyć najpierw siebie samego, zaczyna więc ono pełzać i zostawiać za sobą na parkiecie ślimaczy ślad z obiadu. W łazience bobas zamiast poddać się myciu rąk, chwyta za kran, miota mydłem, moczy sobie i rodzicowi spodnie. Po kilku takich sesjach zaczęliśmy Kajtka karmić na golasa pod prysznicem. Kłóci się to nieco z moim pragnieniem krzewienia kultury stołu i wspólnych rodzinnych posiłków, ale po wszystkim wystarczy spłukać siebie i dziecko szlauchem i sprzątanie załatwione.

Jeśli już jesteśmy przy tematach łazienkowych, to gdy bobas nauczył się jeść, pojawił się kolejny problem, z którym mierzy się chyba większość rodziców na tym etapie – zanik kupy. Modliliśmy się o nią codziennie przez 10 dni. Miotaliśmy między sprzecznymi informacjami o tym, co pomaga, a co pogarsza sytuację. Nasłuchiwaliśmy dźwięków z pieluchy i wwąchiwaliśmy się w puchaty zadek jak wytrawni senselierzy. „Musi pić wodę!” – doradziła przez telefon pediatra, więc kupiłam nawet słynny kubeczek doidy, który do dziś nie został skalany ustami mojego syna. Pieczone jabłko, jagody, kompot z suszonej śliwki – uprzejmie podpowiedział internet. „Dajcie mu soku z marchewki” – przypomniała sobie teściowa. Taniec radości nad przewijakiem wywołała w końcu solidna porcja zblendowanych śliwek i tarta marchewka.

Zadowolona z postępów, samodzielnie wetkniętych w usta łyżeczek, rosnącego repertuaru i wielkości porcji, wyczekuję stabilnego siadu, który uwolni nasze ręce. W chwilach zwątpienia, gdy ja próbuję gotować, a jęczące dziecko wspina mi się na nogi, marzę o tym, żeby włożyć go w krzesełko, wręczyć kromkę chleba albo jabłko i mieć chwilę spokoju. Czy chleb będzie u nas w domu tym, czym u innych bywa telewizor? Niewykluczone.

Dodaj komentarz