Balkon

Jak rodzinnie pokonujemy bariery przestrzeni, medycyny i mentalności

Zanim na dobre się rozkręcę,
wypada mi się przedstawić,
i o sobie, i tych swoich wędrówkach powiedzieć.
Podróżuję chyba od zawsze.
W dzieciństwie moim idolem był Włóczykij,
a treść piosenki ze słuchowiska „Robinson Crusoe”
pamiętam w całości do dziś.
(„Nie dla nas przy piecu ciepły kąt
I ciepłe bambosze z szafy,
Niejeden z nas widział taki ląd
Gdzie w trawie tańczą żyrafy…”.
Przepraszam za dygresję,
ale musiałam to sobie zaśpiewać.) 

Zaczynałam, jeżdżąc po Polsce.
Potem była Europa, Bliski Wschód,
a pewnego czerwcowego wieczoru wsiadłam do pociągu
w mym rodzinnym Sopocie
i ruszyłam drogą lądową do Bangkoku.
Kolej transsyberyjska, mongolskie stepy,
Chiny, Tajlandia, Kambodża, Laos.
Z tamtej podróży wróciłam z moim obecnym mężem, Tomkiem.
Od tej pory jeździmy razem.
Azja, Ameryka Południowa i w szczególności ukochana Afryka.

Odkąd się poznaliśmy, jeździmy dużo i często.
Staliśmy się ekspertami w wynajdywaniu tanich lotów
i wyszukiwaniu genialnych kierunków.
Podróżowaliśmy tanio; spaliśmy w hotelach-norach
lub pod namiotem, jedliśmy uliczne żarcie,
przemieszczaliśmy się lokalnymi środkami transportu.
Tak lubiliśmy.
W ten sposób poznawaliśmy ludzi, ich sposób życia, zwyczaje.
Unikaliśmy miejsc turystycznych.
Zawsze interesowało nas najbardziej to, co jest za zakrętem,
to, czego nie zobaczą inni, miejscowe sekrety.

Gdy zaszłam w ciążę, stworzyliśmy listę krajów,
do których można pojechać z zapakowanym w chustę niemowlakiem.
Krajów, gdzie nie ma malarii
i służba zdrowia jest, jakby co, spoko.

No właśnie, służba zdrowia…
Gdy urodził się Leo, okazało się, że nie oddycha,
że jego gen jest zmutowany,
a na niego została rzucona klątwa wodnej bogini Ondyny.
Klątwa Ondyny – tak brzmi nazwa choroby,
której nasz pierworodny syn jest nosicielem.
Wiele miesięcy, żeby nie powiedzieć lat,
spędziliśmy na oddziale intensywnej terapii.
Usłyszeliśmy straszne rzeczy.
Prognozy były mroczne.
„Nie wyjdzie dalej jak na balkon”.
„Do końca życia będzie leżał”.
„Nie będzie normalny ani psychicznie, ani fizycznie”.
„Zawsze będzie miał tracheotomię”.
„Wasz dom zamieni się w hospicjum”.

Nasz świat runął.

Od tego czasu minęło 8,5 roku.
Żadna z czarnych przepowiedni się nie spełniła.
Jest ciężko, nie powiem.
Leo nadal nie oddycha w czasie snu.
Sprzęt musi oddychać za niego.
Jest jednak wspaniałym chłopcem –
zwyczajnym i nadzwyczajnym zarazem.

Do ekipy dołączył też Teo (wkrótce trzyletni!)
i w tym składzie przemierzamy świat.
Bierzemy ze sobą nasz mobilny OIOM.
Respirator, koncentrator tlenu,
stymulator nerwu przepony,
dwa pulsoksymetry i wiele innych drobnych akcesoriów.
I ruszamy.
Trochę musieliśmy tylko poprawić standard podróży:
zacząć jeść w bezpieczniejszych miejscach,
spać z dostępem do bieżącej wody.
I z dostępem do prądu, bo od niego wiele zależy…

Nie jeździmy do Disney-, Lego- i innych landów,
dużym łukiem omijamy kurorty i tłoczne plaże.
Lubimy przyrodę, wsie, małe miasta,
miejsca, gdzie życie toczy się swoim powolnym tempem.
Odwiedzamy to, co interesuje nas, i wkręcamy w to dzieci.
A one z radością dają się wkręcać.
Leo w podróży prowadzi ilustrowane dzienniki,
zbiera bilety, suszy liście dziwacznych roślin,
kolekcjonuje kamienie, studiuje mapę,
czyta książki związane z podróżą.

Najbardziej cieszą nas drobiazgi.
Nie topy, nie „must see”,
nie dobrze znane z milionów fotografii miejsca.
Je też czasem warto zobaczyć,
ale zazwyczaj najcenniejsze jest to, co następuje pomiędzy.
Imponderabilia.
Ledwo uchwytne, niepozorne, zwyczajne, ale jakże znaczące.
Podróż jest pretekstem, by ich doświadczyć.
Gdy dzieci na widok spotkanych w górach ludzi
wykrzykują „dzień dobry” w miejscowym języku.
Gdy ktoś zaprosi nas do domu na herbatę.
Gdy ludzie śpiewem modlą się o deszcz.
Gdy dzielimy się jedzeniem z przypadkowymi ludźmi.
Albo gdy dziewczyny z wioski rybackiej uczą Teosia chodzić.
Albo gdy nasze dzieci grają z miejscowymi w piłkę.
Zapominamy wtedy o całym naszym obciążeniu.
Czujemy się szczęśliwi i wolni.

Tak z grubsza wygląda nasze podróżowanie.
Czteroosobowa karawana jucznych wielbłądów
pokonująca bariery przestrzeni, medycyny
i bariery mentalne.

Od następnego razu obiecuję być już konkretna.
Będę opisywać ulubione (i mniej ulubione) destynacje.
W Polsce, Europie, na Bliskim Wschodzie, w Azji i w Afryce.

Nasz balkon jest bardzo duży.

4 odpowiedzi do “Balkon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *