Au pair w rodzinie

Au pair w rodzinie

Au pair… Nie wiem, co to znaczy po francusku, proszę sobie sprawdzić, jak ktoś ciekaw. W moim języku to wolność, pomoc i komfort.

25 lat temu członkowie mojej rodziny wyruszyli z ziemi kaszubskiej, by jako au pair szkolić swój język francuski. Opiekowali się dziećmi, osobami starszymi, mieszkali u tych ludzi i uczyli się mówić w tym pięknym języku. Aby  odwiedzić ciocię Kapsel (Kasię, siostrę mojej mamy), odbyłam z rodziną swoją pierwszą podróż zagraniczną, spróbowałam krewetek, śmierdzącego sera i przywiozłam gadżety z bajek Disneya. Kasia i Sylwek – najmłodszy brat mojego taty – nadal mieszkają we Francji, jedzą dużo śmierdzącego sera, bagietek, ostryg i lubią swoje życie, tak mi się wydaje. Szybko porzucili bycie au pair, rozpoczęli życie zawodowe, zakochali się i takie tam… Jako gówniara widziałam w tej sytuacji szansę na lepsze życie, dla nas, trochę biedniejszych ludzi wschodniej Europy. Szansę, by rozpocząć życie gdzieś, gdzie świeci słońce, zarabia się w Euro, a dobrze zjeść to obowiązek.

Teraz na osi czasu przesuwamy się do momentu, w którym ja mam dwójkę małych dzieci i ledwo zipię. Z tego zipania postanawiamy z Wojtkiem zawiesić żyćko na pół roku i przenieść się na farmę w Portugalii. Karolina, właścicielka farmy Quinta do Catalao opowiada nam, że korzysta z pomocy au pair. Jest świetną mamą, dzieciaki są super, więc zaczynam robić w głowie „hmmm… hmmm… może…”. I tak, pakując się na portugalskie wakacje życia, ogłaszam na portalu Niania.pl, że szukam kogoś, kto za wikt i opierunek w Portugalii oraz drobne kieszonkowe pomoże nam z dziećmi. Maili dostaje sporo, ale jedna kandydatka jest bardzo konkretna: „Zawsze o czymś takim marzyłam, chcę jechać”. Wpada na spotkanie, zostaje kilka razy z dziećmi na Powiślu – żadnego nie gubi, a nawet potrafi położyć je spać. Uścisk dłoni, kupujemy bilety.

W Portugalii lądujemy kilka dni przed Izą, szykujemy jej pokoik na tarasie – warunki są, nazwijmy to „rustykalne”. Iza się rozpakowuje, dostawia swoje kapcie do naszych, ma takie włochate, eleganckie. Wojtek robi wielkie oczy i szepcze do mnie „A co, jeśli ona z nami nie wytrzyma?”. Iza nie tylko z nami wytrzymuje, ale ziomujemy się. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym, robi najlepsze naleśniki na świecie, lubi i chwali moje gotowanie, a przede wszystkim daje tyle ciepła i miłości moim dzieciom, że szok. Spędza niezliczone godziny z Wierką na plaży, ja nawet przez 5 sekund się o nie nie martwię, wiem, że sobie poradzą, że mają dobry czas. Z tego, co opowiadała Iza, my też mieliśmy duży wpływ na nią i jej postrzeganie dzieci – to, że traktujemy je poważnie i nie powtarzamy „nie wchodź tam” albo „bo się pobrudzisz”. Nasz czas w Portugalii, ten wspólny czas, był najpiękniejszą przygodą mojego życia. Dziękuję, Iza.

A sama Iza podsumowała ten czas tak: „Przez kilka miesięcy moje życie było wolniejsze, na farmie z kurami, kaczkami, psami i wspaniałą rodziną. Minęły już 3 lata, a ja chciałabym cofnąć się w czasie i znów biegać z Wierką na plaży. Kochałam tę pracę, czułam się częścią Waszej rodziny”.

Potem był powrót do Wawy – no cóż, hajs się skończył, takie tam, proza życia. Ale już nie umiałam żyć w centrum Warszawy, mimo że kocham śniadania w Samie (pozdro, najlepsza obsługa ever) i ashtangę można praktykować, to stwierdziliśmy, że się dusimy, że musimy mieć drzewa za oknem, ogród. Wylądowaliśmy w domu w Milano, czyli Milanówku z pomysłem, że Igi nie idzie do zerówki. Plan był taki: znajdziemy au pair, która będzie się bawić z dzieciakami, one rozwiną swoje językowe umiejętności, my będziemy wracać do domu, kiedy chcemy, a czasami nawet pójdziemy na miasto. Casting tym razem robiliśmy przez Skype, a kandydatki znajdowałam na portalu Aupairworld.com (jest ich kilka, ten mi przypasował). Przegadaliśmy godziny z różnymi typami ludzi, niektórzy nie gadali nic po angielsku, więc „rozmowy” były specyficzne, czasami za pomocą Google translate, czasami po hiszpańsku, czasami po drugiej stronie siedział ktoś, kto miał ponurą naturę, a czasami powolną.

Wydawało nam się, że co kandydatka, to gorzej, aż trafiliśmy na Anę, pełną słońca osobę. Kilka Skype’ów, ogarnianie zaproszenia do Polski, bilet, lotnisko, „witaj, Ana!”.  Euforia. Ale… Szybko pojawiły się schody. Wierka nie zapałała miłością do Any, Ana nie wiedziała na początku, jak dotrzeć do takiego maluszka. Załamałam się po raz pierwszy. No, dobra, szukamy dla Wiery przedszkola.

Znaleźliśmy najlepsze, które kochamy całym sercem. Z perspektywy czasu wiem, że tak miało być, ale wtedy byłam ostro wkurwiona. Laska przyleciała z Brazylii, miesiące załatwiania papierów, a ja nagle we wrześniu muszę szukać dla Wierki miejsca w przedszkolu, no niech to szlag! Szybko też okazało się, że Ana nie potrafi gotować, jak zapewniała (np. ugotowała makaron w rosole) czy prowadzić (miała kolizję z bramą jednym samochodem i kolizję z czymś drugim autem, co spowodowało, że nie chciałam, żeby woziła dzieci). Trochę upierdliwe. Doszło do momentu, w którym Ana powiedziała, że wraca, a ja krzyczałam, że to bardzo dobrze, bo mam jej dosyć! Powytykałyśmy sobie rożne rzeczy, usłyszałam, że jestem „bitch” i atmosfera się oczyściła.

Postanowiłyśmy, że nie będziemy „quitters”, że damy sobie szansę. Ana może nie gotowała, ale była najlepszą przyjaciółką Ignasia, jaką kiedykolwiek miał. Ignaś spędzał z nią godziny na czytaniu, malowaniu i słuchaniu Gorillaz. Zaczął gadać po angielsku jak po polsku. Jeździli pociągami do Warszawy do kina czy na trampoliny, godzinami ślęczeli w bibliotece lokalnej, gdzie bibliotekarka była zachwycona, że może potrenować angielski. Ana szybko ogarnęła przyjaciół, świetnie się zaklimatyzowała i u nas w domu, i w Warszawie. Przez to, że dużo imprezowała, a z czasem nawinął się jakiś boyfriend (o którego Igi był nieznośnie zazdrosny), mieliśmy weekendy w domu tylko dla naszej czwórki. Ana spędziła z nami 10 miesięcy, jest przekotem, dla którego świat stoi otworem. Dziękuję, Ana.

Oddaję głos Anie:

When it comes to Poland, I must say it was a risky trial. Not only because I was getting out of my comfort zone, but also because I had no idea of what I was doing. Things took some time to get clear; a generalized anxiety took over me. At one point, I decided to follow Julita’s powerful advice: fuck it.  

I may not have been the best au pair in the world, I’m sure there’s no such thing as perfection in any areas. Yet, I have loved those kids with all my heart (…)

Being an au pair in Poland, taught me more than I could imagine. It taught me to be strong, to be who I really am and not try to please others. Wiera and Igi never cared about that. They are who they are and I’m sorry, if they don’t like you, dude, you gonna know.

I could get in touch with my inner child and have the most fun I’ve ever had in years. Forget about capitalism, global warming and let’s focus in building a Lego spaceship or play the memory game with no rules*

Ana poleciała zdać egzaminy na studia, a my zaczęliśmy jeszcze raz wymiany maili i Skype. Trochę męka, ale trzeba pocierpieć, by potem było lżej w życiu. Znaleźliśmy, wydawało się, świetną kandydatkę, z Kolumbii… Po drodze były trudności z papierami, ale co tam, ogarniemy. Ja nie ogarnę? Dawaj do nas, kupujemy bilety. Trzy dni przed wylotem dziewczyna przestała się odzywać, zablokowała mnie na WhatsAppie. Udało mi się odzyskać część pieniędzy za bilet.

Był wrzesień, Igi zaczął szkołę, Wierka przedszkole, a my mamy pracę, jaką mamy i jesteśmy bez niani. Jesteśmy w dupie. Szukam w Polsce, ktokolwiek może mi pomóc, ładnie proszę, ale ale… jak wyglądają moje potrzeby? Czasami proszę odebrać dzieci z przedszkola i szkoły, czasami posiedzieć wieczorem, czasami położyć spać, a czasami wychodzimy o 6:00 rano, więc byłoby super, gdyby ktoś ich obudził, zrobił śniadanie i zawiózł do szkoły, przedszkola. Czy ktoś chciałby taką pracę? Czy ludzie są tak elastyczni, żeby „czasem, ale nie wiem, kiedy, co i jak” im wystarczyło? A w takiej branży pracujemy – np. dziś mój mąż wrócił o 7:00 rano z planu, a w przyszłym tygodniu też tak ma, a ja będę w delegacji 2 dni. Bez au pair taki kalendarz by mnie wykończył nerwowo, lecz gdy mieszka z nami ktoś, mam luz – OK, 2 dni bez rodziców, ale dzieci będą w swoim domu, w swoim łóżku, z kimś, kogo świetnie znają.

Po fuckupie z Panią z Kolumbii Ana pomogła nam znaleźć obecną au pair, Talitę. Talita na wszystko odpowiada „no problem”, jest astrolożką, więc odbywamy często superśmieszne rozmowy. Za nieporozumienia czy inne napięcie na pewno odpowiedzialny jest „Saturn w retrograde”, a nie my. Wierka rozkręca się językowo, Igi może nie znajduje w Talicie zioma jak z Aną, ale chodzi do szkoły, więc ma skąd tych ziomów sobie ogarniać. Na chacie jest spokój. Wygodnie jest i nie musimy wozić dzieci na angielski, bo mają praktykę kilka razy dziennie.

Przewińmy jeszcze trochę czasu na naszej osi żyćka – do momentu, w którym zamknięto szkoły przez szalejące media i wirusa (co nam bardziej szkodzi – nadal nie wiem) i dobrowolnie (aczkolwiek niezupełnie dobrowolnie) zamykamy się w domu z dziećmi. Dzieci, ja z Wojtkiem i Talita. Pierwszy tydzień jest mi cieżko – natłok wiadomości, nie wiem w co wierzyć, czy to taka inna grypa, czy jednak anioł śmierci u naszych bram. Talita ma luz. Zmieniamy ustalenia – teraz 4 godziny dziennie ona będzie z dziećmi, a my będziemy pracować. Czuję ogromną wdzięczność, że Talita jest z nami, te 4 godziny to czas intensywnej pracy, potem są lekcje – dramat, to chyba temat na inny wpis na blogu, potem gotowanie, zabawa, wieczorne oglądanie. Czas pracy skurczył mi się z 8 do 4 godzin dziennie. I tak luksusowo, że ktoś nam pomaga. Łączyć pracę w domu i opiekę nad dziećmi, które nie mogą wyszaleć się z rówieśnikami, a czasami nie mają nawet kawałka ogródka, żeby poszaleć – to jest pandemonium. PANDEMONIUM!

Myślę sobie, że jestem szczęściarą, bo nawet w czasach zarazy, odcięta od świata, mam pomoc w postaci au pair. Talita wymyśla przepiękne prace plastyczne, do których ja absolutnie nie mam drygu. Igi i Wiera zrobili domki dla ptaków z pudełek po mleku, ramki do zdjęć z patyków owiniętych muliną, puzzle z kartonu i pacynki ze skarpetek. Angielski Wiery się rozwinął, aczkolwiek przeżywa, że Talita ją cały czas poprawia, gdy myli „I” z „me”… Talita mówi, że więcej czasu z dziećmi jest dla niej wielką ulgą, bo dzieci nie rozmawiają o koronie, ani o niej nie myślą.

Mamy się dobrze w tym składzie. Energia płynie. Jest też jedna ciekawa rzecz, którą chcę się podzielić – w Brazylii nakręt wirusowy zaczął się jakieś 2 tygodnie później niż u nas, i dopiero wtedy, gdy Talita zaczęła czytać newsy w swoim języku, wirus ją przygniótł i zdołował. Co pokazuje, jak dużo w tej sytuacji zależy od tego, co czytamy, jakie informacje do siebie dopuszczamy. Trzymajcie się zdrowo. Nie dajcie się zwariować. A system au pair polecam. Czy będzie możliwy po pandemii? Mam nadzieję, bo można poszerzyć swoje horyzonty i rodzinę.

Au pair to członek rodziny, dodatkowa relacja. Mieliśmy szczęście do tej pory? Czy może w każdym człowieku można znaleźć coś pięknego? A może dobrzy ludzie przyciągają dobrych ludzi?

Wszyscy pytają o wady tego układu. Są, pewnie… ale rozłażą się po kościach.

Minusy, jasne – robota papierkowa w Polsce, wiza, zaproszenie, to jest wysiłek, maraton po urzędach. Ale do zrobienia. Traci się prywatność? Nie odczuwam. No, nie łażę nago po chacie, jak wiem, że Talita też może snuć się po domu. Nie rypiemy się na dywanie w salonie, ale umówmy się, ile razy to nam się wcześniej zdarzyło… To by było na tyle. Bo nie udajemy – nie ma na to miejsca, nie mogę udawać przed nią lepszej osoby niż jestem, bo jest częścią naszego domu. Więc jeśli jesteście wolni od społecznych masek czy odgrywania ról, nowa osoba w domu nic wam nie zabiera, a sporo daje. Największy minus jest taki, że muszę, bez kitu, kupować dużo więcej kawy, bo do tej pory zawsze była na chacie, a teraz są momenty, że pojemniczek jest pusty.

*Jeśli nie znasz angielskiego… wiesz, jest rok 2020 (twenty twenty) – może czas się ogarnąć 🙂

 

Dodaj komentarz