mama emigrantka

Ania w Hongkongu

Rozmowa z Anią Mikicką

Ania w Hongkongu

Obieżyświat, hulajdusza i domatorka w jednej, uroczej osobie. Poznajcie Anię Mikicką, architektkę, mamę rocznej Maliny i dziewczynę, która 13 lat temu wyemigrowała z kraju, próbując życia w Szkocji, Australii i Chinach.

Mieszkająca od roku w Hongkongu Ania jest bohaterką dzisiejszej odsłony cyklu mama emigrantka. Zanim trafiła do Chin, zdążyła pomieszkać w Glasgow i Melbourne, w każdym z miast spędzając po 5 szczęśliwych lat. Hongkong jest pierwszą destynacją poza Polską, w której zakotwiczyła się jako mama. W ciągu dnia przemierza z córeczką ulubione trasy spacerowe, a popołudniami i wieczorami realizuje się w pracy – rozkręca projekty związane ze studiami architektonicznymi oraz dzierga na drutach dziecięce ubranka. Wdzięczna za wszystko, co przynosi los, pogodna i radosna mama, zakochana po uszy w swoim mężu żona i zachwycająca się światem dziewczyna. Musicie ją poznać.

*

Cześć, Aniu, ale jesteś daleko! Opowiedz, jak wam się żyje we troje w Hongkongu, z córeczką i mężem? 

Wspaniale! Hongkong to niezwykłe miejsce, różnorodne i pełne kontrastów. Zanim tu przyjechałam, wyobrażałam je sobie jako betonową dżunglę, rzeki samochodów i tłumy na ulicach. I Hongkong taki też jest, ale oprócz wieżowców – niezliczonych kładek dla pieszych – to również bujna tropikalna dżungla, spowite mgłą góry, szerokie plaże i małe wioski rybackie. To także miejsce, w którym ekskluzywne butiki sąsiadują ze sklepami z plastikowymi pamiątkami. Na jednej ulicy długowłose psy noszone są na rękach, a kilka metrów dalej babinki pchają wózki z makulaturą. Bogactwo miesza się z ubóstwem, sterylna czystość z syfem, a niezwykła uprzejmość z przepychankami w kolejce do windy (śmiech).

 

 

Czyli jest różnorodnie.

Tak! Uwielbiam to, każdy dzień może być nową przygodą!

Same plusy?

No, prawie. Jedyny minus, jaki mi teraz przychodzi do głowy, to jakość powietrza, zwłaszcza zimą. Niekorzystne wiatry z północy przywiewają smog z industrialnego Shenzhen, bo sam Hongkong nie produkuje aż tyle zanieczyszczeń. Zawsze rano sprawdzam apkę i nie ruszamy się z Malinką z domu, jeśli wskaźnik jest na pomarańczowym.

W jakiej części miasta dokładnie mieszkacie?

W Wan Chai na wyspie Hongkong. Na naszej ulicy znajduje się Wan Chai market, więc zaraz pod nosem mamy stoiska ze świeżymi warzywami, stragany z koreańskimi skarpetkami i majtkami Calvina Kleina (śmiech).

Jaka jest specyfika tej dzielnicy?

Wan Chai to jedna z najstarszych dzielnic miasta, architektura jest zróżnicowana – kilkukondygnacyjne powojenne budynki, tzw. walk-ups sąsiadują z współczesnymi biurowcami wysokimi na 40-50 pięter. Jest tu też dużo niższych bloków z lat 80. My mieszkamy właśnie w takim, na ostatnim, 25. piętrze. Wybraliśmy tę dzielnice, bo tu mieści się biuro mojego męża i nie chcieliśmy, żeby tracił czas na dojazdy.

Dobrze ci tam?

Lubię Wan Chai, jest bardzo ruchliwe i wiecznie pełne ludzi, ale w promieniu paruset metrów mam wszystko, co jest mi do życia potrzebne.

Czy czujesz, że Hongkong to jest twoje miejsce?

Myślę, że na tę chwilę to jest moje miejsce. To właściwie jest dobre miejsce dla wszystkich, każdy może tu znaleźć coś dla siebie, czy będą to pyszne dim sum, czy wycieczki po górach albo plażowanie na Lamma Island. Ja dość szybko się aklimatyzuję, poczułam, że polubię to miasto, gdy pierwszy raz kupiłam w pobliskim sklepie tofu z wiadra (śmiech). A tak na serio, to czuję się dobrze, ale wiem, że nie zapuścimy tu korzeni. Już od samego początku HK miał być tylko tymczasowy, taki plan na 2-3 lata w Azji. I po pierwszym roku nie zmieniłam zdania.

Gdzie chciałabyś ruszyć w dalszą drogę?

Jeszcze nie wiem. Często pojawia się to pytanie, zwłaszcza, od kiedy na świecie jest Malina. Myślę, że będzie to jedno z miejsc, w którym już mieszkaliśmy, tylko które? A teraz wybór jest jeszcze trudniejszy, bo musimy myśleć o przyszłości naszej córeczki, jej edukacji, przyjaciołach, których pozna, i relacjach, jakie będzie miała z rodziną. Niezależnie od tego, gdzie będzie dorastać, zawsze będzie to jakiś kompromis.

 

 

Opowiedz o swoim życiu przed emigracją. Skąd pochodzisz?

Pochodzę z Sępólna Krajeńskiego, uroczego miasteczka w kujawsko-pomorskim. Choć już prawie połowę życia spędziłam poza Sępólnem, nadal lubię do niego wracać. Zanim urodziła się Malina, mieszkałam tam przez rok. Co to był za piękny czas! Kawa i ptysie z babcią w ogródku, spacery nad jeziorem, spotkania ze znajomymi z licealnych czasów. Bardzo docenia się takie chwile po wielu latach za granicą. Możliwość spędzenia czasu z rodzicami, wujkami i ciociami, z którymi na co dzień nie utrzymuje się kontaktu, to jak powrót do czasów dzieciństwa. Wracasz i rozumiesz wszystko bez słów.

Od ilu lat mieszkasz za granicą?

Od 13. Wyjechałam z Polski w 2005 roku, zaraz po obronie pracy inżynierskiej. Wymyśliłam sobie, że studia rozpoczęte na Politechnice Poznańskiej, dokończę na Mackintosh School of Architecture w Glasgow.

Dlaczego właśnie tam?

W Szkocji akurat trwał boom ekonomiczny i dodatkowo studia dla Europejczyków były bezpłatne, to też miało wpływ na decyzje o wyjeździe i kierunku.

Jak długo rozważałaś tę decyzję?

Chyba wcale jej nie rozważałam! Byłam młoda, ciekawa świata i pełna entuzjazmu. Gdyby się nie powiodło, zawsze było do czego wracać. Nawet nie przypuszczałam wtedy, że ten wyjazd na studia do Szkocji zamieni się w tak długą tułaczkę po świecie. Tak czy owak, po pięciu latach życia w Szkocji, obronionej pracy na Glasgow School of Art, przejechanych na motorze górach i wyspach, spakowaliśmy walizki, by przenieść się w bardziej słoneczne rewiry.

Gdzie was poniosło?

Do Australii. W Melbourne też spędziliśmy 5 wspaniałych lat. Szymon nadal zadaje mi pytanie: ,,Przypomnij mi, dlaczego wyjechaliśmy z Australii?” Ja chciałam wracać do Polski, mimo że mieliśmy ciekawe prace, świetnych przyjaciół i wygodne życie. Odległość i 8 godzinna różnica czasu sprawiała jednak, że strasznie tęskniłam. Ze Szkocji przylatywałam do rodziców 3-4 razy w roku, z Australii raz na 2 lata. Przez telefon też rozmawiałam rzadziej, bo albo ja spałam, albo w Polsce spali. Najważniejszy jednak powód, dla którego chciałam wrócić, to dlatego że nie wyjechałam z Polski, bo mi się nie podobało, albo dlatego że nie mogłam znaleźć pracy. Chciałam dać jej i sobie szansę, spróbować i zobaczyć, jak to jest żyć w Polsce jako dorosła samodzielna osoba. Dlatego zdecydowaliśmy się na powrót i przemieszkaliśmy w kraju rok.

Co wtedy robiłaś?

Freelance’owałam jako graficzka. Miałam klientów jeszcze z australijskich czasów i parę kontaktów z Wielkiej Brytanii, wpadło też kilka ciekawych lokalnych projektów.

Czyli ułożyło się wam po powrocie. Więc czemu zdecydowaliście się na ponowny wyjazd z Polski?

Z tymi wyjazdami to jest trochę tak, że po pewnym czasie można być wszędzie, ale nigdzie już nie będzie się u siebie. Posiadanie wielu realnych opcji, z których każda może być tak samo dobra, tylko, że różna i wykluczająca zalety innych, to przywilej, który czasem okazuje sie być ciężarem. Wydaje mi się, że wcale nie wróciliśmy wtedy do kraju. Niby przenieśliśmy wszystkie rzeczy i fizycznie znaleźliśmy sie na polskiej wsi, ale nadal pozostalismy otwarci na nowe propozycje. A te pojawiły sie dość szybko. Szymon po kilku tygodniach po przylocie zaczął pracować dla biura w Hongkongu. Kontrakt miał być tymczasowy, ale potem przyjęto go na stałe. Gdy to sie stało, ja byłam juz w ciąży i wolałam już się nie przenosić. On został w Hongkongu, ja w Polsce, a gdy Malina miała 2 miesiące zamieszkaliśmy juz razem w tym niezwykłym mieście. Mieliśmy dać Polsce szanse, a znowu daliśmy nogę (śmiech).

Jaka panuje w Hongkongu sytuacja polityczna i ekonomiczna?

Hongkong po przejęciu przez Chiny w 1997 roku zachował sporą autonomię, ma swój lokalny rząd, osobną walutę i nadal dość skomplikowane procedury wizowe dla obywateli Chin. Pielęgnuje też swoje kontakty z Zachodem, duża część finansjery – brytyjskiej, francuskiej i amerykańskiej – ma swoje prężnie działające oddziały w tutejszym city. Samo miasto wciąż nie przestaje się rozwijać, inwestorzy z Chin lokują grube miliony w nieruchomości, a lokalne władze rozbudowują świetnie już działającą infrastrukturę. Mówi się, że Hongkong jest jak rzeka – ciągle się zmienia.

Jak często przed przyjazdem na stałe gościłaś w tym mieście?

Raz (śmiech). Pojechałam odwiedzić Szymona na 3 tygodnie, zatrzymaliśmy się wtedy w dzielnicy Sheung Wan. Jest tam mnóstwo sklepów z produktami związanymi z chińską medycyną, suszonymi rybami i skorupiakami. Pamiętam, że wyjątkowo mnie te zapachy drażniły, zrobiłam test ciążowy i przyczyna tej nadwrażliwości była już znana.

Haha, i wszystko stało się jasne. Pamiętasz, czy coś jeszcze zwróciło twoją uwagę?

Zdziwiło mnie to, że w takim ogromnym, ponad 7-milionowym mieście, nikt się nie spieszy. Ludzie spokojnym tempem poruszają się po chodnikach, nikt nie biega po ruchomych schodach, nikt nie pędzi na metro.

 

 

Czy macie na miejscu kogoś bliskiego?

Mamy kilku znajomych, których poznaliśmy tu, na miejscu, więc są to relacje dość nowe. Ale wpadają do nas przyjaciele: to z Polski, to z Australii. Niedawno odwiedzili nas też moi rodzice. Czasami brakuje jednak tej babci, której można podrzucić dziecko na wieczór, żeby wybrać się z mężem do kina.

Prawda, bez babci jak bez ręki. Prawej! Ciekawi mnie, jak wygląda wasz rozkład dnia.

W tygodniu Malinka budzi nas około 7, jemy wspólnie śniadanie i bawimy się trochę. Potem mamy taki codzienny rytuał żegnania się z tatusiem. Szymon, tuż przed wyjściem, kiedy czeka na windę, robi nam poranne show. Znienacka wyskakuje zza futryny, maszeruje żołnierskim krokiem, a w deszczowe dni tańczy z parasolką. Potem on wsiada do windy, a my zabieramy się za poranną pielęgnację. Wychodzimy z domu około 9 i idziemy na długi spacer, zwykle do Hongkong Parku. Tam obowiązkowo odwiedzamy huśtawki, czasem idziemy pooglądać ptaki. Potem wizyta na targu pod domem, gdzie robimy codzienne zakupy na lunch i kolację. Malina jest gwiazdą targu – pani z warzywniaka zawsze częstuje ją krakersami, z kolei w sklepie z owocami dostaje małe mango lub mandarynkę. Potem obładowane towarami wracamy do domu. Po powrocie porządkujemy i gotujemy. Malina siedzi z nogami w zlewie, kiedy ja kroję warzywa.

To się nazywa równy podział obowiązków.

Staram się go kultywować (śmiech). Około 13 Szymon wpada na obiad albo spotykamy się gdzieś na mieście. Popołudniu czytamy książeczki, budujemy konstrukcje z klocków i dzwonimy do babci. Około 15 Malina ucina sobie dłuższą drzemkę, a mi udaje się wtedy popracować. Odpisuję na maile, nanoszę poprawki, obrabiam zdjęcia. Około 17:30 idziemy odebrać tatę z pracy, potem robimy kolację, jest kąpiel i sen – około 19-20. Wtedy ja zabieram się do kreatywnej pracy – to jedyny moment, kiedy mogę usiąść przed ekranem na dłużej i podłubać w projektach. Czasem jednak padam na twarz i wegetuję na kanapie z telefonem w dłoni. Ostatnio jednak staram się bardziej kontrolować i limitować czas na komórce – polecam apkę Moment!

Jak wyglądają wasze weekendy?

W weekendy Malina budzi się wcześniej, jakby wiedziała, że dzięki temu może spędzić więcej czasu z tatą! Czasem idziemy na śniadanie albo smażę francuskie tosty z owocami. Potem wychodzimy na spacer lub wycieczkę po górkach. Przed powrotem do domu zahaczamy o Lee Tung Avenue – to taki deptak w Wan Chai, stylizowany na europejską uliczkę, jest na nim mnóstwo drogich sklepów i kawiarni, chodzimy tam, bo to też miejsce, w którym często można spotkać pieski, a Malinka je uwielbia! Gdy zobaczy czworonoga, podskakuje, klaszcze w dłonie i szczerzy radośnie swoje 7 zębów.

Jakie inne miejsca sprawiają, że czujecie się jak u siebie?

Ja uwielbiam Star Ferry i obserwacyjną windę w Hopewell Centre. Kiedy mam gorszy dzień, łapię prom na drugą stronę portu i od razu robi mi się lepiej. Gdy poczuję wiatr we włosach, popatrzę na sylwetkę miasta i radosne dziecko, nastrój się poprawia.

Jacy są mieszkańcy Hongkongu? Co to za ludzie?

Mieszkańcy są serdeczni i mili, zwłaszcza dla Malinki. Kiedy czasem bez niej wyskoczę do sklepu, to dziwię się, że już nikt mnie nie zagaduje w kolejce do kasy. Mam też wspaniałych sąsiadów, panuje u nas klimat trochę jak w PRL-owskim bloku. Sąsiadka Mei z 11. piętra przynosi zabawki i ubranka dla córeczki, kiedyś nawet zrobiła dla nas gofry. Z kolei Angie z 21. piętra namawia mnie, żebym dawała korki z angielskiego jej 7-letniej córce. Na Chiński Nowy Rok Malina dostała kilka lai see (tradycyjne czerwone koperty) od znajomych z budynku. Wszyscy sprawiają, że czujemy się tu jak u siebie, nawet w windzie nigdy nie możemy narzekać na krępująca ciszę.

A co z urlopem macierzyńskim? Jak to funkcjonuje w Hongkongu?

Urlop macierzyński jest niebywale krótki, trwa tylko 2 miesiące! Rodzice korzystają z pomocy dziadków albo zatrudniają nianię. Niania lub pomoc mieszkająca z rodziną to często standard. My niani nie mamy, jestem szczęściarą, że mogę spędzić ten szczególny czas razem z córką. To czas nauki da nas obu.

Na jakiej zasadzie działają tamtejsze żłobki, klubiki, przedszkola?

Istnieje tu sporo prywatnych klubików zabawowych, głównie dla ekspatów. Nie korzystamy z nich, bo wymagają zapisu na rok lub pół roku, co koliduje z naszym wyjazdowym grafikiem. Za to chodzimy czasem do miejskich indoor playrooms. To właściwie takie sale z gumowymi ścianami, skrupulatnie sprzątane co godzinę, bo po epidemii SARS w 2003 roku, Hongkong oszalał na punkcie dezynfekcji. W sezonie deszczowym te place zabaw to jedyna okazja, żeby Malinka mogła sobie poraczkować po większej przestrzeni niż nasze 35-metrowe mieszkanie. Oprócz tego zawsze poznaje tam nowych kumpli i kumpelki, uwielbiam obserwować te dziecięce interakcje.

Powiedziałaś, że popołudniami i wieczorami pracujesz. Czym się zajmujesz?

Pracuję graficznie nad kilkoma projektami i nad nowym przedsięwzięciem. Z klientami głównie porozumiewam się mailowo, czasem przez Skype, na szczęście to, co robię, jest na tyle elastyczne, że mogę godzić macierzyństwo z pracą. Teraz ekscytuję się nowym projektem, który przygotowuję z przyjaciółka z Polski, architektką.

Brzmi ciekawie! Opowiadaj.

Niebawem ruszamy ze studiem graficzno-wnętrzarskim. Będziemy pomagać biznesom tworzyć spójną identyfikację wizualną, począwszy od projektu detali architektonicznych, na wizytówkach kończąc.

Czym zajmuje się twój mąż?

Szymon jest inżynierem, skończył budownictwo na Politechnice Wrocławskiej, zajmuje się projektowaniem tuneli kolejowych i drogowych. Jest specjalistą w swojej dziedzinie i często podróżuje, żeby pomagać innym zespołom w tworzeniu koncepcji do ofert. Jestem z niego bardzo dumna, czasem aż mi głupio, bo nie ma we mnie za grosz skromności, kiedy mówię o moim mężu. Bardzo go kocham, podziwiam, jak ciężko pracuje i się rozwija. To dzięki jego profesji możemy podróżować i mieszkać w rożnych miejscach świata.

Jak zmieniło się wasze życie, odkąd pojawiła się Malina?

Na pojawienie się dziecka byłam psychicznie przygotowana i czekałam na tę zmianę. Kiedy przyszła na świat, nic nie było dla mnie zaskoczeniem, znalazłam w sobie ogromne pokłady cierpliwości, dobroci i empatii. Minął już rok, a my jesteśmy nadal prawie nierozłączne. Dobry z nas duet, ja staram się, żeby jej potrzeby były spełnione, chcę, żeby wiedziała, że jestem tuż obok, jeśli mnie będzie potrzebować. Wydaje mi się, że właśnie przez takie podejście jest bardzo samodzielna, ciekawa świata i kontaktowa.

Czego cię nauczyło macierzyństwo?

Cieszyć się tym, co jest teraz, nie wybiegać w myślach za bardzo w przyszłość. Malina przypomniała mi, że śmiech jest zaraźliwy, a płacz to też dobry sposób, żeby wyrażać emocje, kiedy brakuje nam słów. Z przyziemnych rzeczy – na pewno nauczyłam się lepszej organizacji i załatwiania spraw na bieżąco. Staram się dla córki być bardziej uporządkowana, bo ładu i porządku dzieci uczą się już od 6. miesiąca.

Skąd bierzesz siły i jak się regenerujesz?

W soboty chodzę na jogę. Dobrze mi to robi na głowę, rozciągam ciało i odpoczywam od mojego małego ssaka. Uwielbiam też azjatycką pielęgnację – maski w płachtach, esencje i olejki, masaże przeciwzmarszczkowe i gua sha. Przed pójściem spać mam mniej lub bardziej rozbudowaną rutynę. Szymon się śmieje i mówi, że wcale moja cera lepiej od tego nie wygląda. Może i ma rację, ale ja czuję się jakieś 5 lat młodsza, kiedy jestem wyklepana i nasmarowana jakimś pachnącym mazidłem.

Teraz będzie o tęsknotach. Czego ci najbardziej brakuje w Hongkongu?

Papierowych ,,Wysokich Obcasów”, a właściwie to tego sobotniego rytuału. Spaceru do kiosku po pachnącą farbą gazetę, czytania na kanapie z filiżanką kawy, a potem panelu dyskusyjnego z rodzicami na temat treści.

 Za kim i za czym najbardziej tęsknisz?

Przede wszystkim za przyjaciółmi. Miewam też dni, kiedy potrafię tęsknić z wszystkim: za bzem na ganku w Sępólnie, za deszczem w Szkocji, za zapachem eukaliptusa z Australii. Wszędzie, gdzie mieszkałam, czułam się dobrze i wszystkie te miejsca na zawsze pozostaną w moim sercu. Wiem też, że miewam skłonności do idealizowania, więc staram się nie wybierać zbyt często na te sentymentalne wycieczki.

Czy choć przez chwilę pożałowałaś, że wyjechałaś z  Polski?

Myślę, że żałowałabym bardziej, gdybym tego nie zrobiła. Byłabym pewnie zupełnie inną osobą. Nie wiem, czy zawdzięczam to emigracji czy może z wiekiem nabrałam więcej dystansu i zrozumienia dla innych. Nauczyłam się odpuszczać i nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu. I przestałam też się denerwować, bo kiedyś byłam straszną złośnicą. Oczywiście naturalnie odczuwam te emocje, ale nie pozwalam sobie się nakręcać i buzować złością. Bycie raptusem nie jest fajne.

Czy powrót do kraju wchodzi w ogóle w grę?

Pewnie! Tylko kto namówi Szymona? (śmiech)

*

Rozmawiała: Dominika Janik

*

Anna Mikicka – pochodzi z małego miasta w Kujawsko-Pomorskiem. W ostatniej dekadzie mieszkała w Glasgow, Melbourne, teraz w Hongkongu. Z wykształcenia architektka, która po 10 latach pracy w zawodzie zajęła się projektowaniem graficznym. Przez kilka lat miała 200-letnią maszynę drukarską, zajmowała się drukiem typograficznym (letterpress) wizytówek i papeterii jako From Ania with Love. Kolejną pasją Ani stały się robótki ręczne – tak powstało @merinoforever. Niebawem ruszy jej nowy projekt, czyli europejsko-azjatycka pracownia projektowa, specjalizująca się w kreowaniu spójnego wizerunku firm.