Afryka dzika

Fotorelacja z podróży Marty Greber

Pojedźmy do Afryki! Wybierzmy się na ten – fascynujący swoją różnorodnością i odmiennością – kontynent z zapartym tchem. Przewodniczką będzie Marta Greber.

Fotografka, eksplorerka, autorka bloga What Should I Eat For Breakfast Today? i mama 2,5-letniej Mii, opowie nam o rodzinnej wyprawie do Kenii. O podglądaniu słoni i opalających się lwic, łapaniu momentów, smakowaniu afrykańskiego jedzenia, jeździe vanem i inspirujących postojach na złapanie oddechu. Zapraszamy.

*

Kiedy i dokąd wyjechaliście? 

Na początku stycznia wybraliśmy się do Kilifi w Kenii. W szkole rodzenia poznaliśmy parę z Kenii i to właśnie oni zaczęli nam opowiadać o safari, urokach tego kraju i o tym, jak dobre jest tamtejsze jedzenie. Poczekaliśmy aż Mia pojawi się na świecie i podrośnie odrobinę. I kiedy skończyła 2 lata, pojechaliśmy.

Zawsze chciałam jechać do Afryki na safari, ale w mojej głowie wiązały się z tym grube wydatki. Jednak okazało się, że wystarczy popytać na miejscu i znaleźć dobrego przewodnika, który zabierze nas do parku i po nim obwiezie. Tym sposobem koszty były zdecydowanie niższe niż w przypadku zorganizowanych wycieczkach.

 

 

Jak tam dotarliście?

Samolotem – to tylko kilkanaście godzin lotu – a z Nairobi do Kilifi taksówką. Mia lata odkąd miała 3 tygodnie i uwielbia wszystko związane z samolotami. Zazwyczaj jak najszybciej przebiega przez rękaw lotniczy, bo nie może się doczekać lotu. W samolocie zachowuje się dokładnie tak, jak ja! Chce oglądać bajki, chodzi na spacery,  rozmawia z ludźmi, je, a w rezultacie zasypia po 15 minutach. Wybieramy zazwyczaj nocne loty, co również pomaga w podróżowani z dziećmi.

Jaka pogoda czekała na was po przyjeździe?

Upał! Co było niezwykle przyjemne, zwłaszcza, że dolecieliśmy na miejsce 30 grudnia, prosto z lodowatych Niemiec. W taksówce kolejno zdejmowaliśmy warstwy z Mii, a kiedy dojechaliśmy na miejsce, wsadziliśmy ją do miski z wodą.

Jak się przemieszczaliście na miejscu?

Głównie na piechotę lub braliśmy taksówki motocykle. Mieliśmy na miejscu znajomych z autem, także środek transportu na dłuższe wyprawy był zapewniony. Do parku narodowego na safari pojechaliśmy vanem, z przewodnikiem – są to zazwyczaj zorganizowane wyprawy. Jako że jechaliśmy sami z Mią, mięliśmy całego vana do naszej dyspozycji. Mia mogła sobie wygodnie spać, nawet w trakcie safari. Do parku narodowego można wjechać dwa razy w ciągu 24 godzin, dlatego też pojechaliśmy na nocne safari i na poranne. To ostatnie zaczęło się o 4 rano, z czego Mia przegapiła pierwsze 3 godziny.

 

 

Gdzie mieszkaliście?

Głównie u znajomych, którzy mają letni dom w Kilifi. W trakcie safari zostaliśmy w Galana Crocodile Camp. Znajomi trochę nam opowiadali i wspomnieli, żeby nie spodziewać się zbyt wiele po obozie i po safari, bo zobaczymy, co zobaczymy. Na miejscu wielkie zaskoczenie: obóz okazał się przepiękny, to taka oaza na środku pustkowia z krokodylami za murem. Jedzenie boskie, mieszanka afrykańskiego i włoskiego, bo to właśnie Włosi są tam najczęstszymi gośćmi. W rezultacie mieliśmy cały obóz dla siebie. Nie było innych gości, za to biegały małpy, a za nimi dumnie kroczył masaj z procą, by je odstraszać, bo chciały nam kraść jedzenie. W parku zobaczyliśmy każde zwierzę, o którym marzyliśmy, stąd tyle płaczu wzruszenia z mojej strony.

Co zrobiło na was największe wrażenie?

Zdecydowanie park narodowy i dzikie zwierzęta. Wiedziałam co jadę zobaczyć, jednak emocje towarzyszące temu przeżyciu totalnie mnie przerosły. Wyobraź sobie dorosłą kobietę stojącą w vanie z otwartym dachem, patrzącą na słonie i płaczącą jak dziecko. Podobnie było z lwami, żyrafami, małpami i każdym kolejno spotkanym gatunkiem. Świadomość, że te zwierzęta się nas nie boją, bo nie jesteśmy dla nich zagrożeniem, była niesamowita. Słonie traktowały nas jak powietrze, lwy tak samo.

Dodatkowo po raz pierwszy spotkałam masaja i miałam okazję z jednym chwilę porozmawiać. Pracował jako szef ochrony w domu innych znajomych, oczywiście on i jego ludzie chodzili w tradycyjnych strojach. Afrykańczycy mają do masajów ogromny szacunek, są oni ponoć niezwykle odważni, są wojownikami. Są również niezwykle pięknymi, spokojnymi i kontaktowymi ludźmi. Ach i skaczą wysoko, bo skakali sobie z Mią.

 

 

5 miejsc, które trzeba zobaczyć.

Nairobi market – jakikolwiek! Kolorowe materiały, piękne produkty, to trzeba zobaczyć.

Tsavo – park narodowy z dzikimi zwierzętami, żyjącymi bez ograniczeń narzuconych przez człowieka. Trzeba trochę pojeździć, by je spotkać, przewodnicy porozumiewają się za pomocą radia i dzielą informacjami. Dlatego tak niesamowicie jest spotkać słonia. Pamiętam, kiedy zobaczyliśmy grupę opalających się lwic, zaraz nasz przewodnik zadzwonił do innych i po około 10 minutach zaczęli się zjeżdżać turyści. Z tym, że lwice już sobie poszły.

Plaże Kilifi – szerokie, piękne i puste. Tylko w święta narodowe pełne lokalsów.

Watamu Marine National Park – wodny park narodowy, płynie się tam łodzią i podziwia przepiękny morski świat.

Nairobi – wyjątkowe miasto.

 

Jakie jest twoje najmilsze wspomnienie z wyprawy do Afryki?

Trzymanie Mii na rękach i pokazywanie idących dumnie lwic. Jej reakcja była nieziemska. Kiedy ja płakałam z wrażenia, dla niej był to piękny ,,kotek”, którego wołała, żeby  do niej przyszedł. Niesamowite, jak dzieci postrzegają świat.

I to najgorsze.

Nie było najgorszego, ani nawet złego, to był wyjątkowo udany wypad. Ach, raz Mia zrobiła kupkę na środku restauracji na plaży. Ups. (śmiech)

Co warto spakować wyruszając z dziećmi w te strony?

Moskitierę na łóżeczko i płyn na komary, bo jest ich tam dużo. Poza tym krem z filtrem i to by było na tyle. Całą resztę znajdziecie na miejscu.

***

Zdjęcia: Marta Greber/What Should I Eat For Breakfast Today?

Rozmawiała: Dominika Janik

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.