slow spotter trójgłos

3 historie z dala od miasta

Ładne Bebe i Slowspotter z wizytą w agroturystykach

3 historie z dala od miasta
Slowspotter/Martyna&Andy

Trzy różne historie, trzy kręte ścieżki, które przecinają się na Warmii i Mazurach. Polecając wam nietuzinkowe agroturystyki, zawsze zadajemy sobie pytanie: a kto za tym stoi? I okazuje się, że historie właścicieli to zazwyczaj materiał na książkę.

Śledząc trasę, jaką przemierzyli moi rozmówcy, mogłabym zapełnić niezły notatnik globtrotera. Są Chiny, Rosja, Laos, Reunion, Ełk, Gdynia, Szczecin, Warszawa. A jednak przywołuje ich to jedno miejsce, w którym cumują i budują oazę relaksu dla niespiesznych gości. Skąd wiedzą, że to właśnie tu warto wpiąć na stałe pinezkę na mapie, czy da się żyć w szpagacie między miastem a wsią, czym jest podróżowane zrównoważone i czy slow jest na wsi naprawdę slow?

Ekipa Slowspotter, czyli Martyna i Andy – niestrudzeni odkrywcy wyjątkowych miejsc w Polsce, wyruszyła ich tropem, a my podążamy tropem historii właścicieli. Już we czwórkę, bo z dwoma maluchami, nadsyłają nam kadry pełne relaksu z dala od miasta, inspirując nas do rozmów.

Szczęście z OLX

Poznajcie Olę Klonowską-Szałek. Nie dość, że znalazła swoje miejsce, Krzywe 3, scrollując OLX, to jeszcze wpadła na pomysł, by perełkami agro dzielić się z innymi. Platforma Slowhop to jej dziecko, znajdziecie tu wyselekcjonowane agroturystyki i domy z duszą. Ola jest w szpagacie między miastem a wsią, sprawdzamy, czy tak się da.

Mogłabym zacząć, że to kolejna historia o ucieczce z miasta. Ale ty odnalazłaś się jedną nogą w mieście i online, a drugą – na wsi i offline. Jaki masz patent na równowagę? 

To jest kwestia sytuacji życiowej. Mam dwie córki nastolatki, które jasno określiły, że wolą na co dzień żyć w mieście. Więc czekam, aż dorosną. To tylko parę lat, zakładam, że to jest dobry czas na to, żeby podjąć świadomie decyzję, czy na pewno chciałabym żyć w na wsi. Ale ja nigdy nie szukałam takiego ostatecznego miejsca na ziemi i jednoznacznego określenia, że od teraz będę człowiekiem z miasta, albo ze wsi. Podoba mi się taki pomysł na życie, że wszystko dojrzewa, a zmiany w życiu są naturalne i można tak projektować życie wkoło Macieju, w zależności od aktualnych upodobań. Kilka lat temu, żeby utrzymać Slowhopa, sprzedaliśmy dom na przedmieściu Warszawy i samochód, i zamieszkaliśmy w centrum miasta, na Starej Ochocie w Warszawie. Do tej pory się cieszę, że to zrobiliśmy. Nie mamy tu samochodu, wszędzie łazimy na piechotę albo jeździmy rowerem.

A potem lądujecie w Krzywym…

Tak, w naszym domu nad jeziorem. Dosłownie siedzę każdego poranka na pomoście i powtarzam milion razy mężowi, że jest pięknie i kocham tam być. Kiedy zbliża się moment powrotu do Warszawy, łapię doła. Ale gdy siedzę w ulubionym bistro z kieliszkiem wina i rozmawiam z sąsiadami niedaleko mojego mieszkania na Ochocie, to też czuję wdzięczność, że jestem w takim cudownym miejscu, i cieszy mnie każdy spacer po okolicy. Po 12 latach mieszkania pod miastem nadal uważam to za niesamowite, że idę z psem i nagle, przy okazji wpadam gdzieś na wino albo herbatę. Ale fakt – oba te miejsca są świadomie wybrane. Zawsze wiedziałam, że wolę jezioro zamiast morza, a jeśli zamieszkam w Warszawie, to tylko na Starej Ochocie. Wiem też, że to nie jest żaden scenariusz na całe życie. Jak tylko moje dziewczynki wyjdą z domu, prawdopodobnie przeprowadzimy się na naszą wieś. Ale też nie na cały rok, bo plan jest taki, żeby zimy spędzać gdzieś, gdzie jest słońce. Więc chyba masz rację – grunt to znaleźć równowagę. 

Czy można znaleźć szczęście na OLX?

Cała prawda leży w słowach kluczowych. Moje brzmiało: „siedlisko nad jeziorem”. I od razu bingo. Kiedy zobaczyłam dom z kamienia, to już byłam kupiona. Wysłałam mężowi link i dobrze, że to zrobiłam, bo chwilę potem ogłoszenie zniknęło z listingu na OLX. Musiałam je wygrzebać, było już archiwalne, ale okazało się, że oferta jest aktualna. Oczywiście sprawa nie była tak prosta jak w przypadku wielu gospodarzy na Slowhopie, którzy opowiadali mi, że kupili starą szkołę na Allegro albo przejeżdżali rowerem w niedzielę, a w poniedziałek mieli już akt notarialny. U nas to się ciągnęło straszliwie, bo właściciele byli ogromnie z tym miejscem związani i do końca nie wiedzieliśmy, czy sprzedadzą i czy cena będzie taka, jak uzgodniliśmy. Nasza sytuacja finansowa też nie była wtedy jakaś obiecująca – ja odeszłam z pracy, żeby zrealizować marzenie życia, czyli napisać powieść, a mój mąż właśnie dostał nową pracę, która nie była płatna tak dobrze, jak myśleliśmy. Był moment, że postanowiliśmy odpuścić, ale wtedy do Marcina zadzwoniła moja przyjaciółka Ania i powiedziała jedno ważne zdanie: „Ale wiesz, że jeśli odpuścisz, to Ola zawsze będzie wspominała ten dom”. No i kupiliśmy, wbrew zdrowemu rozsądkowi. I to była najlepsza decyzja. Ten dom pomógł nam się utrzymać na powierzchni, kiedy inwestowaliśmy w Slowhopa, jest naszym azylem, nauczył nas i nasze dzieci tak wiele. I jest głównym punktem, wokół którego projektujemy swoją przyszłość. Więc warto było. 

Szukasz perełek z klimatem, stawiasz czoła covidom, ograniczeniom, modom. Słowo relaks znasz z opowieści innych?

Na początku, czyli przez pierwsze kilka lat od startu Slowhopa, nie było ani czasu, ani nawet ochoty na relaks. Wszyscy wtedy jechaliśmy na adrenalinie i serotoninie, połączonej z kofeiną. Mieliśmy wtedy taki podział: mój mąż dba o biznesową stronę projektu, nasz wspólnik Paweł programuje, a ja dbam o content. Pisałam profile, zestawienia, byłam obsługą klienta, akceptowałam miejsca, które zaczęły się do nas zgłaszać, byłam social media managerem i PR-owcem, a na końcu, chyba żeby się dobić, postanowiłam napisać książkę „Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury”. Mąż odszedł wtedy ze Slowhopa, żeby nas utrzymać. Pracował w jednym z najszybciej rozwijających się polskich startupów. I to naprawdę była jazda bez trzymanki, przez trzy ostatnie miesiące 2018 r. prowadził sam zespół. Pamiętam, że zapytałam męża, seryjnego startupowca, czy dużo jest kobiet w startupach. Odpowiedział, że nie bardzo, a ja dokładnie wiedziałam, dlaczego. Trzeba było wtedy zdecydować: dzieci czy firma, a jako typowa kobieta chciałam podołać w obu tych dziedzinach. No i nie podołałam.

Red alert?

Jakoś na chwilę przed wybuchem pandemii psycholożka powiedziała mi, że jestem w przededniu wypalenia i zapaliła mi się czerwona lampka. A po pandemii zaliczyliśmy ogromny skok do góry i trafili do nas nowi użytkownicy, którzy dali nam popalić. Musiałam to sobie poukładać. Na szczęście w Slowhopie pracuje świetny zespół, bardzo wyrozumiały, kiedy oświadczam, że znikam na urlop na miesiąc. Dzięki nim mam szansę na odpoczynek i ostatnio dużo z tego korzystam. Mój relaks to od wielu lat sport i kontakt z naturą: biegam, pływam, trenuję różne rzeczy. Odrywam się wtedy od rzeczywistości. I pisanie: mam z tego potężną radochę.

Bo slowlife właścicieli agroturystyk to niekoniecznie jest taki slow..

Zwłaszcza w sezonie. Po sezonie, który teraz przeciąga się do końca września, nasi gospodarze padają jak pies Pluto. Wyobraź sobie, że masz swoje miejsce i jest to pensjonat. Jesteś jednocześnie kucharzem, ogrodnikiem i animatorem. Naprawiasz krany, jeździsz na zakupy, jedziesz do pralni i sprzątasz po gościach. I musisz to wszystko robić ze śpiewem na ustach, bo w przeciwnym razie dostaniesz opinię, że jesteś ponurakiem. Zdecydowanie gorzej mają tu gospodarze, którzy przyjmują gości pod swoim dachem, a dużo lepiej osoby, które wynajmują domy. Jak zawsze wszystko zależy od tego, jakie życie sobie zaprojektujesz. Jeśli to pierwsze, to wiedz, że przyjmiesz fantastycznych gości, ale zdarzą się też naprawdę okropni. 

Wieś też potrafi być okropna. Mazury to nie tylko jezioro, malwy kwitnące u płota i bociany. To też komary, bezrobocie mieszkańców, małe sklepy spożywcze rodem z PRL i „nicsięniedzianie”Za co kochasz swoje Krzywe?

Polska wieś potrafi być paskudna. Poza komarami i muchami możesz zobaczyć rzeczy, których jako mieszczuch wychowany na lewicowych ideałach nie jesteś w stanie zaakceptować. Psy na krótkich łańcuchach, pijanych od rana mężczyzn, śmieci wyrzucane na bok albo do lasu. Ale też letniskowe domki koszmarki, zbudowane przez ludzi z miasta, którzy kupili sobie „działkę nad jeziorem”. Otaczają ją wysokim ogrodzeniem z siatki, przyczepiają trzy tabliczki „własność prywatna, wstęp wzbroniony” i mają w nosie mieszkańców. Ja kocham Krzywe za bardzo szczególne chwile. Kawę z mężem o 6 rano, którą pijemy na zewnątrz, często nad jeziorem. Nieważne, że jest zimno. Kupiliśmy sobie termos, żeby nam kawa nie stygła za szybko. Kocham te kretyńskie pomysły, żeby wskoczyć do jeziora w listopadzie. Drzemy się wtedy na całą wieś. Uwielbiam paskudny marzec, bo jak pijesz kawę wcześnie, to żurawie dają znać, że już są i zbliża się prawdziwa wiosna. Oczywiście przepadam za pływaniem w ciepłym jeziorze, a potem wylegiwaniem się na kocu. Lubię biegać po okolicy, choć kiedyś bałam się przyrody. Głównie dlatego, że w pierwszym roku po remoncie mój mąż spotkał w lesie watahę wilków. Krzywe nas wielu rzeczy nauczyło. Nie reagujemy już tak nerwowo na naturę, nie chowamy się w domu na widok szerszenia, ze spokojem patrzymy, jak nam łażą po sadzie byki. W ogóle nie przeraża nas widok zaskrońców, które przepływają w jeziorze tuż obok. Uwielbiam patrzeć, jak moje dzieci fachowo rozpalają w kominku albo noszą drewno. I ten moment, kiedy robię popołudniową kawę, siadam sobie przy stole na zewnątrz zupełnie sama i zaczynam pisać. Albo wieczór, kiedy idziemy na długi spacer z psem. Te wszystkie kiepskie rzeczy, które widzę na wsi staram się przyjmować ze zrozumieniem i nie oceniać, choć nie zawsze jest łatwo.

Jakie masz plany na ten, inny niż wszystkie, rok?

Część już zrealizowałam, bo zwolniłam i zaczęłam być dla siebie bardziej współczująca. Ale już przyspieszam, bo Slowhop jest na takim etapie, że postanowiliśmy wyjść w końcu poważnie za granicę. Jest nas już w zespole dwadzieścia osób, w tym kilka w dziale międzynarodowym. W końcu chcę zabrać się za powieść. Zrobię też pomost nad jeziorem, bo do tej pory korzystaliśmy z wiejskiej plaży, i zadbam o drzewka owocowe.   

Niewiele jest w stanie nas zaskoczyć, chyba że covid

Ona z Mazowsza, on z wyspy Reunion na Oceanie Indyjskim. Ela i David zwiedzili pół świata, ale zacumowali na Warmii, na której rozpoczęli, jak sami mówią, proces osiedlania. Dziś przyjmą was w Siedlisku Letnia Kuchnia w Barczewie. Bliżej natury i filozofii less waste się nie da.

Wasze drogi się przecięły w Tajlandii, na wyspie Reunion prawie kupiliście pensjonat. Wasze miejsce tworzycie tu, na Warmii. Niektóre miejsca nas wzywają do siebie krętymi ścieżkami.

Nasza historia jest zdecydowanie nietuzinkowa. Musieliśmy się spotkać, gdzieś tak było zapisane w tych naszych życiach. Ja z Mazowsza, David z wyspy Reunion. To, że mieszkamy na Warmii, też nie jest przypadkiem, chociaż nie był to nasz pierwszy wybór. Szukaliśmy miejsca blisko natury. To było nasze marzenie. Droga faktycznie była kręta, ale każdy jej zakręt ma swoją wartość i wiele wniósł do historii Letniej Kuchni, naszego siedliska. Wierzymy, że na nas czekało.

Wasza historia pokazuje, że granice są tylko w naszych głowach. Odległości, szerokości geograficzne nie są barierą. Jest luty, zima, wy z 4-miesięcznym dzieckiem jeździcie po warmińskich wsiach, by znaleźć swoje miejsce na ziemi. Skąd miałaś pewność, że to właśnie to?

Lubię takie powiedzenie, że zrobiliśmy coś, bo nikt nam nie powiedział, że to niemożliwe. Nasze wyobrażenie o mieszkaniu na wsi było dalekie od tego romantycznego. Wiedzieliśmy, że to przede wszystkim ciężka, fizyczna praca przez cały rok. Jednak życie na wsi daje nam wolność i niezależność, o którą jest dużo trudniej w mieście. Po pierwszym spotkaniu z Davidem wiedzieliśmy, że oboje do tego dążymy i tak chcemy żyć. Osiedlenie na Warmii to był proces, który zajął nam kilka lat.

Turysta to słowo, które obrosło w wiele skojarzeń. Wy od wielu lat promujecie podróżowanie zrównoważone. Czym ono jest?

W ogromnym skrócie, odpowiedzialna turystyka to szacunek do środowiska. To prowadzenie biznesu w sposób, który nie wpływa negatywnie na to, co znajduje się wokół. Przez środowisko mam na myśli nie tylko naturę, ale też lokalną społeczność i ekonomiczny jej aspekt. Współpracujemy z małymi dostawcami – PGR Tłokowo, Anielskie Wzgórza ze Stryjkowa, Bless Coffee Roasters z Olsztyna. Serwujemy pyszne i lokalne produkty. Czekamy na gości świadomych miejsca, w jakie przyjeżdżają, oraz zmian zachodzących w świecie. O odpowiedzialnym podróżowaniu możemy opowiadać godzinami przy kolacji w Letniej Kuchni, bo siedlisko to też my i jesteśmy tu z gośćmi cały czas. 

To wasz pierwszy sezon jako gospodarzy siedliska. Co jest dla was największym wyzwaniem?

Mamy dwuletniego synka i towarzyszył nam przez cały sezon. To było chyba najtrudniejsze. Każdy, kto ma dwulatka, wie, o czym mówię (śmiech). Poza tym, w branży hotelarskiej pracujemy od ponad 20 lat, więc niewiele jest nas w stanie zaskoczyć. Na pewno zrobił to koronawirus.

Mocno namieszał?

Po prostu nas zaskoczył. Nasze miejsce znajduje się w lesie, nie mamy bliskich sąsiadów. Okazało się, że jest to idealne miejsce na wakacje. Na pewno część naszych gości miała w planach zagraniczne wakacje, a tak – zostali w Polsce!

Wasza definicja relaksu? 

Takim ideałem relaksu będzie dla nas kubek kawy na trawie z rodziną i przyjaciółmi wokół. Siedlisko Letnia Kuchnia położone jest wśród lasów. Jesteśmy w stanie relaksacji przez większość czasu. Wystarczy podnieść głowę do góry i popatrzeć na lecące żurawie czy przychodzące do rozlewiska jelenie. Świerszcze, ptaki, mgły nad stawem – mamy to na co dzień i bardzo to doceniamy.

Plany na ten rok? 

Marzy nam się bank ekologicznych nasion, więc teraz zbieramy nasiona. Robimy przetwory na kolejny sezon. Przygotowujemy łąkę pod las jadalny. Chcielibyśmy zaangażować więcej gości w prace ogrodowe w przyszłym roku, pokazać, że jednak można nie przekopywać ziemi. Po zakończonym sezonie otrzymaliśmy dużo wspaniałych opinii, które nas niemal onieśmielają. A jednocześnie sprawiają, że jeszcze bardziej wierzymy w to, że nie sam cel jest najważniejszy – droga do niego ma być może większe znaczenie. Po prostu przyjedźcie do nas i stańcie się częścią naszego siedliska.

Jesteśmy ciekawi nowych ludzi

Oto Kasia i Kamil z mazurskiej miejscówki Punkt Mazury – próbuję ich namierzyć między Gdynią a Ełkiem. Jeśli chcecie wiedzieć, jak buduje się dom, będąc w 8 miesiącu ciąży, to zdradzają, że wchodzenie po drabinie jest spoko, gorzej, gdy zapominasz, że schodząc, zawadzasz o szczeble brzuchem. Zwariowany rok tej trójki, posłuchajcie.

Włączam GPS i gdzie was znajdę? Ełk, Gdynia, Warszawa, Sędki… które z tych miejsc jest dla was domem?

Domem jest dla nas każde z tych miejsce, kiedy jesteśmy tam w trójkę – ja, Kamil i Zoja. Ostatni rok, a może i nawet 18 miesięcy były zwariowane. Budowa, narodziny Zoi, przeprowadzka do Ełku, Gdyni… dużo się działo. Nasza roczna Zoja mieszkała już w siedmiu różnych miejscach. Mieliśmy w pewnym momencie wyrzuty sumienia, że nie ma swojego miejsca, swojego domu, pokoju, ale zauważyliśmy, że najważniejsza jest jednak nasza obecność, a lokacja ma drugorzędne znaczenie. Staramy się cieszyć każdym wspólnym momentem, zwłaszcza w tym dziwnym 2020 roku, który zaskakująco spowodował, że mieliśmy możliwość spędzić więcej czasu wspólnie. 

Wasza droga jest nietypowa, a może wręcz przeciwnie, przewidywalna, bo gdy buduje się piękny dom dla siebie, ale zaprasza znajomych i znajomych znajomych, to dom już nie jest wasz.

I bardzo nas cieszy to, że możemy dzielić się naszym Punktem z innymi! Przyjazd każdego gościa to dla nas jest nadal wielka ekscytacja. Możliwość dzielenia się tym, co zbudowaliśmy, stworzyliśmy. Uwielbiamy poznawać nowych ludzi. Usiąść wspólnie na kawie i porozmawiać. To niesamowite, jak ciekawych ludzi można poznać, ich drogi, przygody, losy. To nas napędza, powoduje, że jeszcze bardziej nam się chce nowych ludzi wokół. 

Punkt budowaliśmy z zamysłem, że to będzie nasz dom, dzielimy się z gośćmi miejscem, które wybieraliśmy dla siebie – piękną lnianą pościelą od Lino (śpimy pod taką samą), ceramiką od Justyny z Lumo (wiemy, że kawa z niej smakuje najlepiej). Książki, które można znaleźć na półkach w biblioteczce, pochodzą z naszego warszawskiego mieszkania, gdzie nie mieściły się już nigdzie – Kamil przeczytał je wszystkie i tak samo chcieliśmy się tym podzielić. 

Fascynuje was design, projektowanie. Jak się buduje dom z dzieckiem w drodze?

Uwielbiam powtarzać anegdotę, że wchodzenie po drabinie w ciąży, tak 7-8 miesiąc, to żaden problem. Problemy zaczynają się przy schodzeniu, jak brzuch zahacza o szczeble. I tak właśnie buduje się dom z dzieckiem w drodze – na wariackich papierach. 

Z jednej strony trzeba doglądać budowę – co nie jest łatwe, gdy mieszka się w Warszawie, a buduje w oddalonym o 220 km Ełku – dużo czasu spędza się w samochodzie. W weekend porodu, który rozpoczął się w niedzielę, Kamil jeszcze robił trasę Warszawa-Ełk-Warszawa. Takie życie na walizkach. 

Nie ma co ukrywać, to był trudny czas, męczący i wymagający. Zoja towarzyszyła nam przy finalnym wykańczaniu. Każdy „majster” był dla niej nowym wujkiem. Dźwięk wiertarki był tak samo kojący jak szumisie. Wszystko znosiła bardzo dzielnie, z wielką ciekawością chłonęła to, co działo się wokół. I tak jej zostało do dzisiaj. Wielka ciekawość świata. 

A może to była tylko rozgrzewka budowlana, po to, żebyście teraz wybudowali swoje kolejne miejsce na ziemi?

W sumie to trochę tak. Może nie do końca tak to planowaliśmy, ale teraz już wiemy, że to jest pierwszy etap w naszej budowlanej podróży. Działkę na budowę naszego miejsca na ziemi już mamy, nieopodal Punktu Mazury, tak żeby móc zawsze przyjąć i odwiedzić gości. Obecnie jesteśmy na etapie planowania i projektowania. Mamy nadzieję, że w przyszłym roku wbijemy pierwszą łopatę pod NASZ dom i zaraz potem będziemy mogli się cieszyć z kolejnego naszego Punktu na ziemi. 

W tym trójkącie między Gdynią, Warszawą, Mazurami jest miejsce na bycie slow?

Idea życia slow jest nam bardzo bliska. Cały Punkt Mazury był budowany pod tę dewizę – aby móc zapewnić na początku nam, a obecnie gościom możliwość spowolnienia swojego życia i wypoczęcia. Prawda jest taka, że obecnie nasze życie mało ma z tym wspólnego. Rzuca nas po całej Polsce, do końca tego nie planowaliśmy. Wiele rzeczy robimy w biegu. Kamil miesięcznie spędza tyle czasu w podróży, co kiedyś przez pół roku. 

W tym momencie ideę slow staramy się wprowadzać za każdym razem, kiedy jesteśmy w trójkę. Wspólne leniwe soboty, niedziele. Długie spacery, czy to nad morzem, czy po mazurskich lasach i łąkach. Zatracanie się w jedzeniu – to jest rzecz, z której w żadnym momencie nie zrezygnowaliśmy – jedzenie, jak najbardziej lokalne, jakościowe produkty i wspólne gotowanie. W całym tym biegu znajdujemy momenty, kiedy możemy razem naginać czas, wydłużać każdą chwilę. 

Plany na ten rok?

Ten rok powoli się kończy, a my rozpoczynamy kolejne rozdziały. Projekt domu to jeden z punktów. Przeprowadzka na stałe do Ełku i porzucenie Gdyni (z żalem, ale jednak). Po głowie chodzi nam zakup kampera – tak, aby podróżować, a jednocześnie spędzać każdą chwilę razem. Po głowię szwendają się również myśli o ekobiznesie. Dużo planów, dużo myśli, ale najbliższa przyszłość to odpoczynek. I spędzenie więcej czasu razem. 

*

Inaczej patrzę na miejsce noclegowe, gdy wiem, jaka historia właścicieli się za nim kryje. Tak, nie lubię słowa hotelarstwo, niesie w sobie wiele skojarzeń zupełnie już przebrzmiałych. Hospitality brzmi dużo lepiej. O kim chcecie posłuchać w kolejnym wydaniu? Ładne Bebe i Slowspotter gotowi do drogi, jak zawsze!

Dodaj komentarz