Życiowy triatlon według Natalii

Poznajmy się bliżej!

Wita mnie uśmiechnięta blondynka z niemowlakiem na rękach. TriMama to wcale nie skrót od imion trójki jej dzieciaków, ale od: rodzina, treningi i inspiracja – w tej kolejności! Wygrała z guzem mózgu, a dziś nazywa siebie życiową szczęściarą. Poznajcie Natalię!

Hej, Gdańsk! Jestem tu chwilę, ale u Natalii w domu czas płynie przyjemnym tempem slow. I dobrze, bo nie dość, że chcę porozmawiać, podejrzeć popołudnie całej piątki, popodziwiać kwiatki w ogrodzie, to jeszcze ktoś musi zjeść te ciasta i owoce na suto zastawionym stole. Tak, będę to ja – taka praca. Oto królestwo autorki bloga TriMama: piękny dom na gdańskiej Olszynce, mąż  Paweł i dzieciaki: Ania, Marysia i malutki Adaś. Widzisz i myślisz sobie, że to kadr idealny. I tak jest, ale nie myślcie, że nie zasmakowali też trudnej życiowej wspinaczki pod górę. Nie zawsze było różowo.

Poznajmy się więc w wersji zdecydowanie offline i osobistej – razem z markami Beaba i Janod zapraszam dziś na kolejne spotkanie z cyklu Poznajmy się bliżej!

 

 

Natalia, cofnijmy się w czasie: jesteś prawniczką, pracujesz w Dublinie. I wtedy ktoś ci mówi: hej, będziesz mamą trójki, wygrasz z guzem mózgu i wystartujesz w triatlonie. Co byś wtedy pomyślała?

Chyba wszystko naraz! Radość z powodu dzieci, szok i niedowierzanie z powodu pokonanego guza i chyba zaskoczenie z powodu triatlonu. Od zawsze miałam plan, że będę miała dobre, szczęśliwe życie, ale sportowych planów raczej nie miałam. To, że będę mamą trójki, wiedziałam od 8 roku życia! Wtedy urodził się mój najmłodszy brat i to było moje marzenie, by mieć dużą rodzinę.

O guzie mózgu? Nikt chyba nie zakłada, że to może spotkać właśnie jego. Dlatego to zawsze jest szok. Pewnie bym nie uwierzyła. Ja? Guz mózgu? Przecież jestem urodzona pod szczęśliwą gwiazdą.

Start w triatlonie? Nawet nie pamiętam, czy wtedy wiedziałam, co to triatlon. Chyba puknęłabym się w głowę. Aktywna byłam, ale raczej nie nazwałabym tego czynnym uprawianiem sportu.

To wszystko pokazuje, jak bardzo życie potrafi zaskakiwać.

Wiesz, bo to brzmi trochę jak scenariusz do filmu i to do niezłego wyciskacza łez albo thrillera trzymającego w napięciu. Zaczyna się od powracających migren, jako córka lekarzy robisz rezonans i diagnozę. Masz trzytygodniowe dziecko. Jak się w ogóle oswoić z taką myślą, chyba rodzina pomogła ci tu najbardziej?

Życie potrafi wycisnąć łzy z najsilniejszych! Wtedy zobaczyłam płaczącego tatę, moją mamę skupioną, zorganizowaną, jak nigdy dotąd. Słyszałam Pawła, gdy płakał w rozmowie ze swoją mamą. Długo by opowiadać o rodzinnych naradach, nocnych rozmowach… Byłam wzruszona, bo guz był mój, ale cierpienie dotknęło całą rodzinę. Bez rodziny nie umiem sobie wyobrazić życia. Poczucie, że oni wszyscy są obok, że im ufasz bezgranicznie, sprawiało, że nie było mi tak ciężko. Oczywiście ja sama wylałam morze łez, bo Marysia dopiero się urodziła, a tu muszę robić rezonans, kolejnego dnia z kontrastem, czyli nie mogłam karmić 48 godzin. Ale to było, minęło i mam nadzieję, że nigdy się nie powtórzy.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Patrzę na twoje zdjęcie z ogoloną głową i widzę uśmiechnięta mamę. Czy to twoje podejście do życia: szklanka do połowy pełna? Zawsze do przodu z podniesioną głową?

Wtedy to już tylko chciało mi się uśmiechać. Przecież byłam po operacji i czułam się najszczęśliwsza na świecie. Mogłam być mamą na 1000% . Mogłam tylko myśleć o Marysi, przytulić ją bez strachu, mogłam myśleć o przyszłości, mogłam marzyć w czasie przyszłym. Każdy by się uśmiechał. A to, że dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna? Taka się urodziłam i niech tak już zostanie.

Po operacji zaczęłaś nowy etap w życiu, czy choroba to moment, kiedy zatrzymujesz się i układasz na nowo priorytety i cele życiowe?

Wielokrotnie słyszałam to pytanie i zawsze zastanawiam się na nowo. Nie było takiego jednego momentu, odcinania przeszłości, bo lubiłam swoje dotychczasowe życie. Raczej pojawiła się wielka chęć życia, energia do działania. Rozpierała mnie radość, że jestem! Kto przeżył strach o życie, wie, o czym mówię. Wtedy przychodzą postanowienia i nowe pomysły na realizowanie swoich marzeń i życiowych celów. 

Zaczęłam się spieszyć. Zaczęłam bardziej dostrzegać rzeczy małe i proste, pozornie nieważne. Liście na drzewach wyglądały inaczej, mijani po drodze ludzie mieli inne twarze, słońce mocniej świeciło.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Małe przyjemności, zwyczajne momenty wplecione w codzienną bieganinę. Dwie córki pochylone przy kawowym stole, z tatą, który pomaga im zrobić naszyjnik z zestawu do robienia biżuterii Janod. Będzie też nowa bransoletka, dla mamy. Nawlekanie uczy cierpliwości, z nią u dzieci różnie, ale ojciec wkręcił się w pomoc niczym zawodowy jubiler! Marysia z siostrą robią miny podczas gry w mimiczne kalambury, rodzinne gry w tym domu to chleb powszedni. 120 kart, a w głowie milion pomysłów, jak w kilka sekund za pomocą dźwięków i gestów pokazać zadanie. Właściwie, czy jest coś, czego nie robią razem? Bo dzieci, tak… też startują w triatlonie w swojej grupie wiekowej. No, może oprócz Adasia – na razie mata, pluszak Sigikid i biegające wkoło siostry mu wystarczą jako atrakcje tego popołudnia.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Mam wrażenie, że założyłaś blog z misją. Nie z nudów, nie z próżności. Triatlon jako sport dla każdego? Łamiesz mit. Myślałam, że to sport dla tych, którzy już mają na koncie superwyniki w bieganiu czy pływaniu. Od czego zacząć?

Najprościej? Wstań z kanapy. My na przykład w każdy niedzielny poranek „budzimy Gdańsk”. Spotykamy się, by razem w grupie pomaszerować, pobiegać. Naładować się pozytywną energią. W grupie jest nam raźniej. Dołączają do nas nowe osoby, zawiązują się przyjaźnie. Widać prawdziwą wzajemną motywację. Poszukaj podobnej grupy w swoim mieście albo zwołaj znajomych i zacznijcie się ruszać! Na moim blogu znajdziesz poradnik dla początkujących. 

Ukończyłam pierwszy w życiu triatlon 6 miesięcy po porodzie, karmiąc Anię w strefie zmian. Mój przykład pokazuje, że można. Marzenia się same nie spełniają, marzenia się spełnia! Wiem, że nigdy nie wolno się poddawać, że po burzy wychodzi słońce. 

Niesamowicie wzruszający jest doping twojej rodziny i to, jak i oni się wkręcili w triatlon! Można zacząć po sześćdziesiątce? Można! Opowiedz o tym!

Prawda, że to niesamowite? Kiedy powiedziałam, że w tym roku podczas triatlonu w Bydgoszczy chcemy wystawić sztafety, to moja mama od razu powiedziała „OK”. Ona to przypadek szczególny! Kupiła rower szosowy, zaczęła z poobijanymi kolanami, a na rowerze podczas zawodów pojechała ze średnią 28 km/h. Wkręciła się. Moi teściowie też mi bardzo zaimponowali. Dziadek tak z sercem podszedł do treningów. Kupił buty do biegania, zaczął treningi od marszu, a teraz 5 km ciągłym biegiem robi w 33 minuty. Mama Pawła na swojej amsterdamce miała niezły doping kibiców! Na starcie stanęło 14 sztafet w TriMamowych barwach. 42 osoby. To było coś niesamowitego. I tak to już jest, nieważne, ile masz lat – zaczniesz startować i apetyt rośnie. A pierwszy medal tylko zaostrza apetyt na więcej. Mieliśmy więc w tym roku problem, kto będzie pilnował wszystkich naszych dzieci! (śmiech) Ale daliśmy radę. Całe szczęście, że nasze dzieciaki rosną i same zaczynają startować, bo za rok, dwa będziemy musieli szukać niań do opieki – cała rodzina będzie na starcie!

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Widzę to! Wszystko u was w domu kręci się wokół sportu i o nim przypomina. Medale w pokojach dziewczyn, koszulki, suszące się pianki… Nawet, gdy kończymy sesję, dziewczyny po całym dniu ciągną was na rowery! Aktywni przed duże „A”. Czy zdarza ci się leniuchować i nic nie robić? 

Dbamy o wszechstronny rozwój dzieci, wiemy, że aktywność ruchowa jest najlepszym sposobem na wszystko. Dlatego cieszymy się, że dziewczynki chętnie podejmują różne sportowe wyzwania. Ale najfajniej, że im to przychodzi łatwo. Podczas gdy ja musiałam na nowo uczyć się pływać w wieku 32 lat (wcześniej bałam się zanurzać głowę!), one nurkują naturalnie, uwielbiają swoje zajęcia na basenie. Kiedy mnie Paweł instruował, jak jechać na szosówce na zakrętach, one śmigają na dwóch kółkach od 3 roku życia. I lubią to. Są dumne ze swoich pucharów i medali. I uczą się też, jak walczyć, jak wygrywać i jak przegrywać. Na pewno to się im przyda w życiu.

A w domu mamy czasem swoje rodzinne leniuchowanie (może ja najmniej), wtedy sofa, prażona kukurydza i nasze ulubione bajki. Albo na dywanie – gry planszowe i układanie puzzli. U nas w domu jest wesoło i codziennie mamy domowe koncerty albo pokazy tańca, które organizują nasze roztańczone, rozśpiewane córki!

Leniuchowanie przy niemowlaku? Na razie bierzemy w nawias ten stan, towarzyszę Natalii w kąpaniu i usypianiu malucha. Wyprawka Adasia ogranicza się do minimum niezbędnych i sprawdzonych akcesoriów takich marek, jak francuska Beaba. Wanienka Camele’O Mineral czy organizer Beaba to jedne z nich. Akurat w ulubionym niebieskim kolorze Natalii.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Karmienie i mały odpływa, co dla mamy oznacza chwilę dla siebie, czyli często moment na sprawdzenie kalendarza, wejście na bloga czy kilka telefonów. Na krześle ląduje przepastna, ekologiczna i superpraktyczna torba Lassig, wypełniona zarówno gadżetami dla dziecka, matą do przewijania, jak i mobilnym biurem – miks pracującej, aktywnej mamy. Natalia robi mi herbatę i pyta, jaki wybieram smak. Sama od operacji żyje bez węchu i smaku, dla niej herbata czy kawa smakują jak gorąca woda. Staram się to sobie wyobrazić, zerkam na wielki bukiet lilii, które wypełniają intensywnym zapachem cały dom, myślę o lawendzie w ich ogrodzie, o zapachu niemowlaka… Rozmawiamy o tym, że smak, a właściwie jego wspomnienie zostaje w głowie. Natalia nadal pamięta, jak smakują pyszne lipcowe czereśnie, które znikają ze stołu.

Chwila relaksu. Macie piękny dom. Twoje ulubione w nim miejsce, takie tylko dla ciebie, to?

Teraz mam taki czas, że lubię patrzeć na swoje życie z kącika w salonie, gdzie siadam z Adasiem na karmienie… Myślę wtedy: niczego więcej nie potrzebuję, chwilo trwaj! Jest jedno miejsce, które czeka tylko na mnie – wanna po brzegi pachnąca, pieniąca. Lubię sobie marzyć i planować w takiej niespiesznej kąpieli. Lubię bujać się na hamaku pod naszym dębem. Posiedzieć na tarasie i popatrzeć na kwiaty, cieszyć się nimi, choć nie czuję ich zapachu. Patrzę w niebo i jestem szczęśliwa.

Wróćmy z tego nieba na ziemię. Blogujesz, organizujesz niedzielne poranki sportowe dla każdego. Kiedy to robisz, mając u boku niemowlaka? Mistrzowska organizacja?

Trochę tak jest. Kalendarz, długa lista rzeczy do zrobienia. Planowanie, koordynacja kalendarzy i współpraca to podstawa.  Niby proste, ale nie jest łatwe, bo przecież oboje pracujemy. Dlatego korzystamy z rodzinnej „grupy wsparcia”, czyli z pomocy dziadków. Szczęśliwie dla wszystkich, nasi rodzice są młodzi duchem i aktywni, więc chętnie włączają się w nasze projekty. No i nasze dziewczyny są otwarte na nowe przygody i lubią, „jak coś się dzieje”. Adaś w każdą niedzielę jest z nami na bieganiu.

W takiej atmosferze wszystko jest łatwiejsze i chce się działać. Odkąd urodził się Adaś, sama czuję, że zwolniłam. Nie mam wyrzutów sumienia, kładąc się do łóżka, że tyle rzeczy z listy things to do nie zrobiłam. Zrobię jutro. A co tam. Adaś już nigdy nie będzie taki mały, jak dziś. Ten dzień już się nigdy nie powtórzy.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Wiem o tobie już dużo. A czego na pewno nie wiem?

Kiedy byłam mała, chciałam być baletnicą, nie zraziło mnie nawet to, że jako jedyna w grupie dziewczynek nie potrafiłam zrobić szpagatu. Jedną z moich wad jest nagminne niezakręcanie nakrętek. Czy to pasta do zębów, czy słoik z miodem, który ostatnio wylądował na podłodzie, kiedy Paweł wyciągał go z szafy. W samochodzie często słucham piosenek z Akademii Pana Kleksa. Starczy? (śmiech)

Najbardziej boisz się…

Chorób. A tak bardziej prozaicznie i na co dzień to nieświeżego, zepsutego jedzenia. Po operacji straciłam węch i smak, na szczęście i Paweł, i dziewczynki do perfekcji opanowali sztukę próbowania i doprawiania. Widzę i czuję kolorami, a córki są odpowiedzialne za zapachy i smaki. Razem jesteśmy zgranym teamem.

Uubiony kolor, film, książka?

Kolor? Niebieski. No i oczywiście triMamowy, czyli różowy! Film… Ostatnie lata to raczej bajki dla dzieci. Rodzinnie bardzo lubimy film „Sing” – to mądra, fajna bajka. Dużo współnych chwil uwieczniamy telefonem. I te filmy kocham najbardziej.

Książka. Tak już mam, że czytam po kilka książek naraz i nie zawsze udaje mi się je skończyć. Ale chyba z dzieciństwa „Stowarzyszenie umarłych poetów”. Carpe diem

 

Fajnie, że pokazujesz, że sport jest dla każdego. Może niektórzy za bardzo koncentrują się na wynikach, na biciu rekordów? To zniechęca, onieśmiela. Metoda małych kroków zdecydowanie jest mi bliższa! Życzę więc, by było zawsze do przodu i zawsze razem w tym, co robicie!

Po pierwszym starcie Pawła w triatlonie ciągle słyszeliśmy pytania o miejsce. Odpowiedź niezmiennie ta sama: w mojej prywatnej kategorii pierwsze! Sport amatorski jest prawdziwy i kto ma z nim kontakt, z czasem zaczyna to czuć. Jeśli wyścig, to z samym sobą. Jeśli rekord, to mierzony do własnych wyników. W Bydgoszczy zaimponowała mi dziewczyna, która po wyjściu z wody krzyczała szczęśliwa: dopłynęłam! To jest zdrowe podejście, które dodaje odwagi, żeby zacząć, żeby wstać z kanapy – dla siebie, dla zdrowia. Zawsze powtarzam, na mecie musi być uśmiech!

*

 

A mój prywatny rekord na dziś, to żeby zdążyć na pociąg na Hel i kolejne spotkanie, więc choć dobrze mi się tu rozmawia, pędzę na dworzec. Zresztą, domownicy i tak już szykują się na wieczorną przejażdżkę rowerową. Ale fotka bez dzieci też im się należy, to dla was!

*

zdjęcia: Lidka Dzwolak

rozmawiała: Kasia Karaim

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *