Sztuka życia rodzinnego

Rozmowa ze Zbigniewem Rogalskim

Czy sztuka pomaga wychowywać dzieci, czy dzieci przeszkadzają w sztuce? Czy można wciągnąć rodzinę do działań artystycznych, a może uczynić ją tematem swojej sztuki? Odpowiada malarz Zbigniew Rogalski, tata 8-letniego Tymona.

Zapraszamy na kolejną rozmowę z cyklu: Sztuka życia rodzinnego. Kiedy rodzic jest artystą, dedykowanego rodzicom-artystom, autorstwa dziennikarki Anny Sańczuk i Karoliny Rodanowicz – prowadzącej projekt Spotlight Kids, promujący sztukę współczesną, i realizujący autorski program edukacji artystycznej dla dzieci i młodzieży.

W rozmowach z artystkami, które są matkami, często pojawia się motyw tego, jak wiele dziecko w ich życiu i sztuce zmieniło. Na dobre lub na złe. Natomiast, kiedy rozmawia się z mężczyznami artystami, ten temat jest praktycznie nieobecny. Czy dla ciebie to jest w ogóle istotna kwestia do dyskusji? Bycie ojcem zmieniło cię jako człowieka, jako artystę?

Pytają mnie czasem bezdzietni koledzy: jak to jest mieć dziecko? A ja zawsze mówię: jak nie masz dziecka, to nie wyobrażasz sobie, że będziesz je miał, a jak masz dziecko, to nie wyobrażasz sobie, że możesz go nie mieć. Doświadczenie rodzicielstwa zmienia cię na każdym poziomie. Poczynając od prozaicznych aspektów, jak twój czas. Przed urodzeniem Tymka siedziało się do rana, wstawało późno, oglądało filmy, chodziło na imprezy. Jak mieliśmy ochotę zrobić sobie z Karoliną wakacje w środku zimy, kupowaliśmy bilety i lecieliśmy na koniec świata. A potem pojawia się dziecko i nagle musisz być na posterunku non stop. I to jest całkowicie naturalne w tej sytuacji. Wydaje mi się, choć może Karolina powiedziałaby coś innego, że oboje angażujemy się w rodzicielstwo na 100 procent, każde na nieco innym polu. Muszę więc teraz wyrąbywać sobie czas na sztukę. I jak już wezmę piłę motorową i wykroję kwadracik czasu dla siebie, to potem muszę się zmieścić ze wszystkim w te 4-5 godzin.

Taki mały czarny kwadracik na białym tle? (śmiech)

Raczej szary na szarym (śmiech). Okazuje się, że nie ma już przestrzeni na, w sumie bardzo fajną i potrzebną rzecz, jaką jest pozorne „nicnierobienie”. A to jest bardzo ważne dla tworzenia, nie tylko sama praca przy sztaludze się liczy.

Musisz zrobić przestrzeń w głowie, żeby się w niej coś pojawiło?

O to chodzi. A nagle masz tylko kilka godzin na zrobienie wszystkiego i jak teraz poświęcić dwie z nich na gapienie się w sufit? Zaczynasz więc działać często i machinalnie. To minus. Plus jest taki, że znikają momenty bezproduktywności i mobilizujesz się. Ja dodatkowo kursuję między Warszawą, gdzie mieszkam, a Szczecinem, gdzie wykładam na uczelni, więc czas jeszcze bardziej się skraca. Nie mogę nagle oszaleć, powiedzieć, że mam dosyć wszystkiego i pójść w siną dal w poszukiwaniu inspiracji.

Ale czy nie tego właśnie oczekujemy stereotypowo od artysty? Że nie da się usidlić przez rutynę życia domowego?

Twórczość jest różna. Masz Chopina i masz Bacha. I popatrz, jaki ten Bach jest zorganizowany! Dziś rozmawialiśmy z Karoliną o tym, który z nich przemawia do nas bardziej. Do mnie Bach, bo chociaż Chopin jest genialnym wirtuozem, to dla mnie tam jest już trochę za dużo tych emocji i lepiej czuję się z harmonią Bacha. Wydaje mi się, że fajniej mieć taką filozofię, że to, co teraz wokół siebie mam, jest dla mnie najlepszym terenem do eksplorowania, do opiekowania się tym. Kiedy jeszcze nie byłem w tym, brzydko mówiąc – systemie rodzinnym, to bardzo dużo czasu poświęcałem na rozkodowywanie systemów, które nie istnieją. Mogłem mieć z 6 lat, kiedy po raz pierwszy pomyślałem o kolorach. Orientowałem się już, że kolory to widmo światła, ale nie mogłem się pogodzić z tym, że jest ich tak mało! Musi coś jeszcze być! Jakiś inny kolor! I tak mi zostało do dzisiaj. Cały czas przyłapuję się na tym, że szukam czegoś jeszcze. A to jest walenie głową w mur.

Jak to się ma do dziecka w twoim życiu?

Dziecko cię gruntuje, osadza w tym, co jest. Spija każde słowo z twoich ust, jesteś odpowiedzialny za jego rozwój, bo właśnie teraz nasiąka jak gąbka. Nie możesz więc w domu być sobie chimerycznym artystą i siedzieć obrażony, bo coś akurat „przeżywasz”. Musisz zaprowadzić go do szkoły, a po szkole z nim pogadać. Być emocjonalną ostoją dla niego. To wersja idealna, ale do tego dążę (śmiech). Akurat Tymon jest jednostką bardzo autonomiczną, dużo też sam tworzy. Interesuje się wieloma rzeczami, ale pasję przejawia właśnie w twórczości. Pisze, robi dużo rysunków, komiksów. Nie nadążam w kupowaniu nowych ryz papieru.

Ostatnio widziałam dokument o Julianie Schnablu, nowojorskim malarzu i reżyserze, który tworzy wielkoformatowe, ekspresyjne obrazy sprzedawane za ogromne pieniądze. Na archiwalnych zdjęciach widać, że cały czas w twórczości towarzyszyły mu i towarzyszą nadal jego liczne dzieci. Coś tam malują, raczkują po farbach, chlapią po obrazach, a te dorosłe pracują z nim przy artystycznych projektach. On nie ma z tym problemu, bo twórczość jest dla niego żywiołem, emocją. Wyobrażam sobie jednak sytuację, gdy pracownia jest oazą rodzica, do której dziecko nie ma wstępu. Jak jest u ciebie?

U mnie jest bardzo dużo skupienia w tworzeniu. To nie jest proces, który do końca kontroluję, więc łatwo się rozkojarzam, mając przy sobie osoby trzecie. Tymek pojawia się w pracowni, kiedy mam luźne momenty – sprzątam, przygotowuję materiały. Wtedy bawi się tam, broi, szaleje. Czasem, kiedy odwiedza go kumpel, zabieram ich do pracowni, nabijam blejtramy, daję farby, ubieram w brudne ciuchy i mogą robić co chcą.

Ale to czas specjalnie dedykowany dla nich?

Dokładnie, bo ja do pracy potrzebuję samotności. Zastanawiam się, czy nie za mało pokazuję mu z tej swojej pracy? Z drugiej strony, kiedy widzę, jak jest pewny w swojej twórczości, to myślę, że może lepiej mu w tym nie przeszkadzać. Mógłbym wpływać na niego, ale tylko czasem coś mu delikatnie zasugeruję. On zresztą pod wieloma względami mnie wyprzedza! Ja nie mam takiej swobodnej kreski w rysunku.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

To jest niesamowite w dzieciach, że one, nie zastanawiając się nad tym, rysują coś takiego, do czego „kształcony” artysta dochodzi potem latami, zrzucając z siebie właśnie ten gorset edukacji, wychowania.

Tak! Widzę to u swoich studentów. W tym roku wprowadziłem bardziej praktyczne zajęcia. Wcześniej był głównie konceptualizm, a teraz też np. klasyczny rysunek z modela, bo okazało się, że przychodzą ludzie z pomysłami, ale nie wiedzą, jak dobrać medium do tematu. I czasem słyszę: Nie będę rysował, bo nie umiem! Na co mówię: Dobra, teraz odchodzę, a wy sobie rysujcie, bazgrajcie, co chcecie. I po trzech zajęciach okazuje się, że te osoby się odblokowują, powstają przyzwoite prace. Bo oni byli kiedyś dziećmi i machali kredkami, jak Tymon, ale coś się takiego stało, że teraz boją się wziąć ołówek do ręki.

Wiadomo, co się stało?

Wiadomo. Ktoś im kiedyś powiedział, że rysują źle. Że drzewo ma być zielone, a nie czerwone. My też zabraliśmy Tymka z pewnego przedszkola z takiego powodu. Było spotkanie z dyrektorką placówki, na którym usłyszeliśmy: Jest zadanie, że wszystkie dzieci rysują ptaszki, a on rysuje grzybka! Wyobrażacie sobie państwo?! To dziecko nie potrafi się podporządkować, robi wszystko po swojemu, proszę nad nim popracować! Dodam, że Tymek miał wtedy trzy lata. Tak wygląda odrąbywanie skrzydeł dzieciom. Jeśli więc chodzi o mój wpływ na jego twórczość, to intuicja mi podpowiada, że nie należy tego psuć.

A według ciebie, poza troską o tę naturalną ekspresję dziecka, warto świadomie edukować je artystycznie? Wprowadzać w sztukę, chodzić na wystawy, etc.?

Jest bardzo ważne, żeby pokazać mu jak najwięcej świata, po prostu. Wychodzić z nim z domu. Na wystawy, do sklepu, ale też w góry czy do lasu. Tymon ma taki zwyczaj, że kiedy wracamy skądś, myje ręce i szybko leci do biurka, gdzie trzyma flamastry i ołówki. Widzę, jak wszystko, co przeżył potem przerabia w swojej głowie. Kiedyś musieliśmy zrobić pilne zakupy i biegaliśmy po piętrach domu handlowego, ja z wyrzutami sumienia, że go tam ciągnę. A po powrocie, w 20 minut zrobił rysunek, na którym rozrysował cały schemat budynku: piętra, które odwiedziliśmy, co gdzie jest etc. Nie byłbym w stanie z taką precyzją tego odtworzyć! Ale mam w sobie też obawę, żeby nie pchać w niego za dużo, więc nie narzucam mu zbyt wiele „wystaw sztuki”. To się dzieje naturalnie, przy okazji. Takie rzeczy nawarstwiają się latami i dopiero potem ktoś wspomina, że np. jako dziecko często chodził do kina albo do lasu. Albo na wystawy. Nigdy nie wiadomo, w co i kiedy się to przetworzy.

Na twoich obrazach pojawiała się od czasu do czasu twoja żona Karolina, jest nawet seria „Razem” jej dedykowana. Ale nie pamiętam pracy, w której pojawiłoby się dziecko, dlaczego?

Może dlatego, że moja twórczość ewoluowała, teraz pracuję mniej realistycznie, nie maluję ludzi. Ale jest np. cykl abstrakcyjnych fotografii pt. „Bajki”, który przedstawia sfotografowane z góry na neutralnym tle kartonowe książeczki dla dzieci, rozłożone w kształt gwiazdy. Po tysiąc razy czytałem wtedy rocznemu Tymkowi te bajki i czułem się momentami naprawdę bardzo abstrakcyjnie, stąd pomysł fotografii. Nie był to portret dziecka, ale był świat dziecka, który zderzył się z moim. Zauważyłem też, że wraz z Tymkiem pojawił się w mojej twórczości minimalizm. Wcześniej wszystko było rozmalowane, zapraszałem na moje obrazy świat realizmu, teraz zacząłem upraszczać. Być może w tym zabieganiu potrzebowałem jakiejś syntezy. Jadę właśnie na miesięczną rezydencję do Hiszpanii i zabieram ze sobą jedynie papier i ołówki.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ciekawe, kiedy składałem aplikację na ten wyjazd, okazało się, że można pojawić się tam z rodziną i moim projektem był właśnie ten… przyjazd z rodziną. Bo skoro jedziemy w trójkę, nie zakładam, że zrealizuję jakiś wielki projekt wymagający skupienia i samotności. Z pełną szczerością zaproponowałem, że ja, jako dorosły artysta, zrealizuję swój projekt artystyczny, Tymon, jako dziecko, będzie tworzył swój, i Karolina, jako dziennikarz-psycholog, też coś swojego przygotuje z tego wyjazdu. Na koniec chcemy to połączyć i zaprezentować. Takie „Działania z rodziną”, jak głosił kiedyś tytuł wystawy galerii „Raster”.

Planujesz więc „działania z rodziną”, ale miałeś też w dorobku działania z innymi dziećmi, np. w ramach Spotlight Kids. To projekt „1,6 sekundy”, o co w nim chodziło?

Miałem pomysł na zdjęcie, do którego zaprosiłem grupę spotlajtowych dzieci. Każde miało pstryknąć aparatem w moją stronę w tym samym momencie, tak, by zarejestrować jednoczesne światło kilkunastu fleszy. Dzieciaki były kompletnie nie do ogarnięcia! (śmiech) Zrobiliśmy mnóstwo dubli, ale tu ktoś się spóźnił z fleszem, ktoś inny się zagapił, więc w końcu tylko jedno zdjęcie udało się, jak należy. Prawdziwy cud!

Najważniejsze, co wyniosłeś z kontaktu ze swoim dzieckiem?

Ważne jest to, co nazywam „kliknięciem”. Jestem zagoniony, mam „ważne” sprawy na głowie i wtedy Tymek przychodzi do mnie ze swoim pytaniem, pozornie banalnym. I jeśli mi się uda odepchnąć te swoje rzeczy i zrobić ten magiczny „klik”, wejść w jego narrację, to okazuje się ona superfascynująca.

Wiesz, kiedy Tymek miał się urodzić, spotkałem Bognę Świątkowską (założycielkę Fundacji Bęc Zmiana – przyp. red.), a wyglądałem chyba na trochę przerażonego. I Bogna klepnęła mnie w plecy, mówiąc: Zbyszku, ale przecież dzieci są najlepsze! I to mi zostało w głowie. Jak odejdziesz od swojego iluzorycznego planu, od przekonania, że ma sens ten wyścig, kariery, sukcesy, to widzisz, że tak naprawdę to nie jest tak bardzo istotne. Okazuje się, że to ten dzieciak jest twoim światem, a ty jego.

Rozmawiała: Anna Sańczuk

Koncepcja: Karolina Rodanowicz/SPOTLIGHT KIDS

Portret Zbigniewa: Szymon Rogiński

 

Zbigniew Rogalski (ur. 1974 r. w Dąbrowie Białostockiej). Malarz, twórca projektów fotograficznych i instalacji, wykładowca Wydziału Malarstwa i Nowych Mediów Akademii Sztuki w Szczecinie. W 1999 r. ukończył studia w pracowni malarstwa prof. Jerzego Kałuckiego w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Laureat I nagrody w konkursie malarskim im. Gepperta we Wrocławiu w 2001 r. W latach 2000-2002 działał z Hubertem Czerepokiem jako duet Magisters (fotografia, wideo). Ma na koncie także artystyczne kooperacje z Michałem Budnym, Szymonem Rogińskim, Przemkiem Mateckim. Współpracuje z galerią Raster. Brał udział w licznych wystawach – indywidualnych i zbiorowych w Polsce i na świecie. Jego prace znajdują się m.in. w kolekcji FNAC (Fondation National d’Art Contemporain) w Paryżu, Rubell Family Collection w Miami, Susan and Michael Hort Collection w Nowym Jorku, Sammlung Boros w Berlinie czy Muzeum Sztuki w Łodzi. Mieszka w Warszawie. Mąż Karoliny, tata Tymona.

Więcej prac Zbigniewa Rogalskiego tutaj:

raster.art.pl/galeria/artysci/rogalski

rastergallery.com/tag/rogalski/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.