Design, rozmowa

Zacznij kochać vintage!

Nie ma to jak rady od osób, które kochają to, co robią i potrafią wyłowić z morza przedmiotów wartościowe znaleziska. Dziś pytamy Magdę Józefko i Magdę Matyasik ze sklepu IdeaVintage o ich ulubione bazary, pchle targi i inne vintage'owe destynacje.

O takim zestawieniu marzą wszyscy poszukiwacze skarbów – lista miejsc, w których zaopatrzycie się w rzeczy wielkiej urody, często niezwykle cenne i posiadające własną historię. Teraz wystarczy tylko pojemny plecak, kieszenie wypełnione bilonem, szalik, ciepła kurtka i kalosze – bo dola poszukiwacza jest niepewna i bardzo zależna od pogody. Od siebie dodamy egzemplarz gazety codziennej –  zdaniem Pana z bazaru na Kole, najlepszy materiał do pakowania kruchych przedmiotów.

Podążajcie tropem dziewcząt z IdeaVintage, a na pewno nie zbłądzicie na krętych vintage’owych ścieżkach. Udanych wypraw i przyjemnej lektury!

***

Gdzie ostatnio udałyście się na łowy?

Magda Józefko: Niedawno trafiłam na pchli targ w Anglii, w dość niezwykłym miejscu, mianowicie w Narodowym Centrum Rolniczo -Wystawienniczym. Naprawdę! (śmiech). Na co dzień odbywają się tam prezentacje maszyn rolniczych, wystawy i sprzedaż zwierząt, a od czasu do czasu, hale wystawowe zamieniają się w ogromny pchli targ. Zimą taki targ organizowany pod dachem jest nie do przecenienia. Ze względu na swój rozmiar, hale przyciągają masę sprzedających, a co za tym idzie całe tłumy kupujących. Oczywiście wizytę tam najlepiej zaplanować na bardzo wczesne godziny poranne, bo im później tym większe tłumy, no i coraz mniej towaru (śmiech).

Magda Matyasik: Ja dopiero co wróciłam z Salzburga. Tak szczęśliwie się złożyło, że mogłam tam odwiedzić Sozialflohmarkt, a ten rodzaj pchlich targów darzę wyjątkową sympatią. Środki zebrane ze sprzedaży, przekazywane są na pomoc społeczną, np. do domów dziecka, fundacji opiekujących się niepełnosprawnymi. To bardzo praktyczne rozwiązanie dla osób, które chcą pozbyć się zbędnych przedmiotów – oddajesz je i masz pewność, że wspierasz szczytny cel.

Co tam upolowałyście?

MJ: Tym razem udało się znaleźć kilka pięknych, porcelanowych filiżanek. To fajny zakup, bo otrzymywałyśmy sporo maili i zapytań właśnie o takie. Stare zabawki to już u nas standard. Trafił do nas konik na patyku, bujany pies, stary pociąg z drewnianymi klockami, półki do pokoju dziecięcego, nawet stare książeczki – żeby wspomnieć tylko kilka upolowanych ostatnio przedmiotów.

MM: Mamy też nowy zapas ceramiki – piękny dzban z czarkami, misa – patera, taka ciężka skorupa i kilka nowych wazoników. Magdzie, na ostatnim pchlim w Anglii, udało się zakupić piękne vintage misy z Tułowic – taka niespodzianka (śmiech).

 

Gdybyście miały skonstruować top 5 najlepszych miejsc na poszukiwania wartościowych przedmiotów, co byście wymieniły?

MJ: Ogromną ilość skarbów można odnaleźć w Stanach Zjednoczonych – na thrift stores (sklepy z rzeczami używanymi) czy garage sales można trafić w najróżniejszych, czasem najmniej spodziewanych miejscach. Jedziesz i wydaje się, że w okolicy nie ma żywego ducha, aż tu nagle pojawia się niski domek z wbitą na podwórku tabliczką informującą o wyprzedaży garażowej. Amerykanie mają też wiele sklepów i sklepików, sprzedających najróżniejsze rzeczy, taką mieszankę staroci i lokalnego rękodzieła. Największym problemem jest jednak transport – stamtąd trzeba by wracać z kontenerem (śmiech). Ten kierunek zatem zostawiamy sobie raczej do celów turystycznych.

MM: W Warszawie ostatnio coraz bardziej popularne stają się właśnie wyprzedaże garażowe. Coraz więcej osób urządza niebanalne wnętrza, więc wszystko wskazuje na to, że i coraz więcej będzie chętnych na dzielenie się artykułami wyposażenia wnętrz. Póki co mamy jednak wrażenie, że u nas ciągle królują jeszcze używane ubrania.

MJ: W Europie pchle targi organizowane są w wielu dużych miastach. Dodatkowo w Anglii (podobnie jak w Stanach) dużą popularnością cieszą się tzw. charity shopy. Podobnie jak na Sozialflohmarktach, o których wspomniała Magda –  dochód ze sprzedawanych w nich rzeczy (są to zwykle używane meble, odzież, książki, zabawki itp.) zasila konta organizacji charytatywnych. Pomóc można zatem przeróżnym organizacjom np. tym wspierającym walkę z rakiem jak Cancer Research, pomagającym zwierzętom jak RSPCA, czy nawet organizację pomagającą kotom jak Cats Protection. Przyjemne z pożytecznym!

Brytyjczycy mają jeszcze jeden genialny wynalazek – tzw. carboot sales. W ustalonych dniach (w różnych rejonach UK to różne dni – zarówno robocze, jak i weekendy), w wyznaczonych miejscach, ludzie przyjeżdżają samochodami i rozkładają na trawie to, co mają do sprzedania. Niektórzy, zaprawieni w bojach sprzedający, mają specjalne stoliki, wieszaki i  inne akcesoria. Większości wystarcza jednak kawałek koca położonego na trawie.

Nazwa pochodzi od angielskiego słowa carboot, czyli bagażnik, bo faktycznie jak okiem sięgnąć widać tylko otwarte bagażniki samochodów. Latem carboot sales to miejsca, gdzie ludzie spotykają się nie tylko po to, by sprzedać rzeczy, których już nie potrzebują czy nie używają, ale także po to, by zwyczajnie porozmawiać, pośmiać się i wypić razem kawę. Kilka lat temu, kiedy sklepu IdeaVintage jeszcze nie było, bardzo chciałyśmy pojechać na największy carboot sale w UK. Podejmowano próbę bicia rekordu Guinessa, ale plany pokrzyżowała pogoda. Mamy nadzieję, że jeszcze kiedyś się wydarzy, choć wtedy chyba będziemy musiały wynająć ciężarówkę (śmiech).

MM: Ja ogromnym uczuciem darzę giełdę staroci pod Halą Targową w Krakowie. To dla mnie sentymentalna wyprawa. Sprzedają tu nie tylko zawodowi antykwariusze. Bywają tu jednak takie niedziele, że trzeba przejść kilka razy tam i z powrotem, by w końcu wypatrzeć jakąś fajną rzecz, wśród starych przedłużaczy i ewidentnych szabrów z kazimierskich piwnic. Mam tu już swój opracowany szlak, zawsze coś mi tu wpadnie w oko. Pod Halą wszystkich łączy miłość do staroci, a do tego panuje atmosfera uprzejmości – każdy jest zadowolony, bo albo coś sprzedał, albo właśnie kupił. Zawsze słyszę „proszę kochaniutka”, „dziękuję pani i rączki całuję”, „dobrego dnia, droga pani”, jak i typowo krakowskie „a weźże pani to”. W dzisiejszych czasach to bardzo miłe. Halę pamiętam jeszcze z czasów dzieciństwa. W sezonie zimowym, co niedzielę razem z siostrą wracając z lodowiska na Krakowiance, z przewieszonymi przez ramię łyżwami, szperałyśmy w pudłach z używanymi książkami.

MJ: Chodziłaś pod Halę na łyżwy jak byłaś mała?

MM: No pewnie. Kto nie chodził! Drugim moim sentymentem jest targ staroci na Kole w Warszawie. Tu na pewno trzeba przyjść z większą ilością gotówki niż pod Halę w Krakowie, za to Koło gwarantuje zawsze udane zakupy, a  czasem dylematy, na co wydać pieniądze. Pamiętam moje zdziwienie, gdy stawiałam pierwsze kroki na tym targowisku – także poza bramą targu, na chodniku od strony ul. Newelskiej handlarze trzymali ceny – nawet gdy było już po godz. 13. Mimo iż dziś w większości wystawiają się tu zawodowi handlarze, to z niektórymi można się jeszcze potargować, a już z pewnością można uciąć sobie miłą pogawędkę.

Sprzedający na pewno znają tu wartość swoich rzeczy, choć czasem mam wrażenie, że to oni chcą bardziej upolować kupującego, niż kupujący ich przedmioty (śmiech). Mimo iż często biję się z myślami, czy giełda na Kole nie żyje już własną legendą, to wciąż jest to jednak taki pewnik na mapie pchlich targów w Polsce. Nawet jeśli zdarzy się opuścić go bez łupów, to fajnie jest pochodzić tu między stoiskami, choćby po to, by poczuć zapach starych przedmiotów i atmosferę melancholijnej krzątaniny wśród handlujących wszystkim i niczym. Oby trwał jak najdłużej.

Czy coś jeszcze dodałabyś do swojej listy?

O tak, kocham Flohmarkty. To prawdziwe kopalnie skarbów zwłaszcza, że dla każdego skarbem może być coś innego. Flohmarkty, czyli dosłownie tłumacząc pchle targi, to zjawiska zupełnie niespokrewnione z polskimi pchlimi targami. Myślę, że powinniśmy w Polsce pozostać przy nazwie targ bądź giełda staroci. Niemieckie i austriackie Flohmarkty to zupełnie inna kultura.

W Polsce, na targach staroci spotykamy handlarzy, którzy są tam po to, by zarobić. Na Flohmarkt wybierają się ludzie, którym jednak w większości przyświeca idea pozbycia się zbędnych przedmiotów ale także miłego spędzenia czasu. Podobnie zresztą jest na wspomnianych przez Magdę carbootach. Ludzie częstują domowymi ciastami, przetworami, kawą z termosów. Często opuszczają swoje stanowisko by zagadać kogoś z naprzeciwka. A ile mają opowieści o swoich przedmiotach! To naprawdę fascynujące, że możemy być w posiadaniu rzeczy, która niesie ze sobą historię.

MJ: Ostatnio w Paryżu zauważyłyśmy, że co drugi sprzedawca, obok wystawionych na pchlim przedmiotów, miał ustawioną butelkę z winem (śmiech). Taki lokalny koloryt!

MM: Ja uwielbiam wiedeńskie flohmarkty. Również ze względów praktycznych – Wiedeń ma świetne połączenie drogowe z Krakowem (choć marzę, by w końcu udało się Czechom wywalczyć budowę obwodnicy przy granicy z Austrią). Znajdziemy tu sporo pchlich targów – od wielkich po bardzo kameralne. W ciągu jednego dnia, można obskoczyć kilka z nich i upolować piękności. I jeszcze do tego dobrze zjeść!

Jakże się zdziwiłam, gdy pewnego razu trafiłam na pchli targ zorganizowany w szkole. Właściwie zorganizowany był w dwóch salach lekcyjnych, w których można było sobie wygrzebać ubrania oraz w szatni, w której bardzo ciasno poukładane były szklane i ceramiczne przedmioty. Pewna pani, bardzo zamaszystym ruchem ręki podczas rozmowy z koleżanką, strąciła ceramiczne czarki. Dopiero po jakiejś chwili odnalazła ich właściciela, który spojrzał i odrzekł: „Oh, ein klops”. Uśmiechnął się i zabrał panie do szkolnej kuchni. Okazało się, że są tam niemal wszyscy sprzedający i wspólnie gotują sobie obiad. Taka fajna towarzyska inicjatywa społeczności szkolnej, pod pretekstem Flohmarktu (śmiech). W niedzielę wszystkie sklepy w Austrii są zamknięte i dlatego wiele pchlich targów odbywa się na parkingach przy marketach. Nie trzeba płynnie mówić po niemiecku -wystarcza mi moje wyuczone „wi fil kosted”, „alez gut” i„danke szyn” by wracać z uśmiechem na twarzy i torbami pełnymi rozmaitości. Wracając do Flohmarktów – asortyment od lepów na  muchy po kryształowe, pałacowe żyrandole. Naprawdę jest w czym przebierać.

 

MJ: Gdybyśmy miały dać wielbicielom rzeczy z drugiej ręki podpowiedź, gdzie jeszcze takich rzeczy szukać to byłyby to internetowe serwisy, nawet te najbardziej znane. Warto sprawdzać lokalne gazety – w końcu nie każdy korzysta z osiągnięć nowoczesnej techniki, i czasem daje do gazety ogłoszenie o sprzedaży starych mebli czy innych przedmiotów.

MM: W internecie można z łatwością znaleźć listy pchlich targów klasyków – gigantów, które organizowane są w dużych europejskich miastach, cyklicznie lub raptem kilka razy w roku. My jednak wolimy miejsca mniejsze, bardziej kameralne, a czasem zupełnie niepozorne. Mamy namierzonych kilka takich miejsc, gdzie używane przedmioty dekoracji wnętrz są traktowane jak produkty uboczne. Sklep, w którym sprzedają holenderskie meble – zajrzyjcie czasem do szuflad  czy szafek w takich meblach. Możecie być zaskoczeni, co tam można znaleźć. W wielu second handach odzieżowych można odnaleźć artykuły dekoracji wnętrz. Ale często właśnie jako dodatek leżą gdzieś w kartonie na podłodze.

MJ: Dla totalnie zaangażowanych pozostają reclamation yards, czyli złomowiska, gdzie przy odrobinie szczęścia można trafić na ładne rzeczy wymagające renowacji.

MM: Nie sposób nie wspomnieć tu naszego polskiego skarbu – miejscowości Czacz.

MJ: W ogóle to zauważyłyśmy, że od kiedy prowadzimy  sklep, to podczas różnych podróży musimy sobie modyfikować trasy, które podpowiadają nam internetowe mapy. Teraz jeździmy już głównie szlakiem pchlich targów.

MM: Coś w tym jest. Przecież w wakacje nie da się dojechać z Krakowa nad polskie morze bez przejechania przez Berlin (śmiech).

A jak się przygotowujecie do takich wypraw? Czy macie związane z tym rytuały?

MJ: To zabrzmi jak banał, ale trzeba się zawsze ubrać odpowiednio do pogody. Nie ma nic gorszego, niż oglądając fajne rzeczy marzyć jedynie o powrocie do domu, bo zimno. Kalosze, jeśli pada, ciepły sweter, kurtka a dodatkowo plecak, bo skarby gdzieś trzeba chować. Siatki się nie sprawdzają, bo najlepiej mieć wolne ręce. Chociaż…ja zwykle oprócz plecaka kończę zakupy z kilkoma siatkami (śmiech). Mamy jeszcze nasz stary, wypróbowany patent – sweter, szalik lub duża chusta na dnie plecaka na wypadek, gdyby sprzedający nie miał w co owinąć delikatnych przedmiotów. Nie chcemy przecież rozbić czegoś, z trudem zdobytego, zaraz po zakupie.

MM: I do tego sporo drobniaków w kieszeniach. Zakupy na pchlich to często akcja – reakcja. Nie ma czasu na płacenie „grubymi” czy rozmienianie. A dodatkowo, żaden wypad na pchli targ nie będzie skuteczny jeśli zwyczajnie nie uruchomimy naszej wyobraźni.

Co sprawiło, że macie tak dużą wiedzę na temat klasycznego wzornictwa? 

MJ: Wiedzę to ma Beata Bochińska – autorka ostatnio wydanej książki „Zacznij kochać dizajn”. Jesteśmy pod wrażeniem zarówno jej wiedzy, jak i kolekcji pięknych przedmiotów. Polecamy gorąco tę książkę. My kupujemy sercem, czyli to co nam się podoba i to co trafi do naszego sklepu nie musi wcale być klasykiem wzornictwa. Dlatego postanowiłyśmy ostatnio zawiesić, na stronie internetowej sklepu, baner z hasłem, które najlepiej określa to co robimy, czyli „We sell pre-owned”. To angielskie określenie dotyczy rzeczy używanych, z drugiej ręki, z przeszłością, ale niekoniecznie wartościowych, starych i vintage. Wiedzę poszerzamy teraz na bieżąco. Właśnie dzięki publikacjom takim jak książka Beaty. Jak tylko trafi w nasze ręce ładny, stary przedmiot z sygnaturą, staramy się sprawdzić co to i skąd pochodzi. Publikacji na temat wzornictwa jest na szczęście coraz więcej, część po polsku, część po angielsku. Czasem pomaga też internet.

 

MM: Pewnym źródłem wiedzy na temat wartościowych przedmiotów są również publikowane katalogi aukcyjne. Domy aukcyjne, w największej mierze, kojarzą się nam z antykami. Czasem jednak w ofertach aukcyjnych można znaleźć drobne, oryginalne przedmioty dekoracyjne i użytkowe. W IdeaVintage antyków nie oferujemy, ale zdarzają się i u nas przedmioty, których opisy można znaleźć np. w katalogach DESA Living.

MJ: Jest jeszcze taka rzecz – sprawdźcie biblioteki swoich rodziców. Uwierzcie – można znaleźć w nich prawdziwe rarytasy. Mnie ostatnio zaczęło interesować tkactwo oraz sztuka robienia makram. Kiedy przepatrzyłam półki rodziców po prostu oniemiałam – skarbnica wiedzy na wyciągnięcie ręki. A propos odnajdywania fajnych rzeczy! Wiesz Magda, co znalazłam ostatnio w starych pudłach?

MM: No co? Już się nie mogę doczekać…

MJ: Nasze stare zdjęcia!

MM: Pokaż!… Ale starocie…

MJ: My czy zdjęcia?

MM: No oczywiście, że zdjęcia. My nie jesteśmy stare. My jesteśmy vintage! (śmiech)

***

TOP 10 najlepszych miejsc na vintage’owe zakupy
wg IdeaVintage

1. Sklepy z używaną odzieżą, tzw. thrift stores w USA
2. Wyprzedaże garażowe
3. Charity shops
4. Carboot sales w Wielkiej Brytanii
5. Giełda staroci pod Halą Targową w Krakowie
6. Flohmarkty i Sozialflohmarkty w Niemczech i Austrii
7. Targ staroci na Kole w Warszawie
8. Reclamation yards
9. Czacz
10. Serwisy internetowe

Bardzo jesteśmy ciekawe waszych ulubionych bazarów, targowisk i garażówek. Śmiało, napiszcie nam o nich w komentarzach.

Leave a comment 2 komentarze

  1. My mamy stałe miejsca, w okolicy 60 km od nas, nazywamy je szrotami, to sklepy najczęściej w starych halach, garażach, w których sprzedawca sprzedaje rzeczy sprowadzone z różnych wystawek z Niemiec. Co jakiś czas, kiedy czegoś potrzebujemy robimy objazd wśród naszych ulubionych miejsc i chociaż nie zawsze znajdziemy to czego szukamy, to nigdy nie wracamy z pustymi rękami i są to najczęściej rzeczy za naprawdę małe pieniądze. Niestety trudno szukać tych miejsc w internecie, najczęściej w takich małych miejscowościach trzeba podpytać miejscowych o takie miejsca i po prostu o nich pamiętać i od czasu do czasu odwiedzać w celu trafienia na jakieś perełki 🙂

  2. Bardzo fajna rozmowa. Dobry patent z szalikiem czy swetrem na dnie plecaka. Jakoś nigdy na to nie wpadłam, choć to tak proste i zawsze liczę na gazetę albo folię bombelkową od sprzedawcy, no a różnie się to potem po dotarciu kończy. Ja bardo lubię targ staroci w Kolonii, jesli panie nie było, to polecam. Jest niezwykle tłoczno, czasem aż za, ale dużo fajnych rzeczy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama