Z wizytą u Clay Opera

Rozmowa z Martą Turowską

Marta Turowska od 9 lat lepi z gliny jednorożce, sowy i koty, które przemieniają się posłusznie w miseczki, kubki, talerze albo doniczki. Każdy to skarb wnoszący do domu ciepło i urok, właściwe jedynie wytworom ludzkich rąk.

Mąż Krzysiek i synowie Jarema i Lew to zgrany zespół pomocników zdolnej ceramiczki Marty, który wraz z nią współtworzy Clay Opera, niewielką domową manufakturę porcelanowych stworów. Sławni na cały świat, wciąż zachowują skromność i nie zapominają o tym, co w życiu najważniejsze – robieniu tego, co się lubi. Niniejszym zapraszam was do świata Marty i jej rodziny.

*

Od jak dawna zajmujesz się ceramiką?

Dawno temu poszłam na zajęcia z ceramiki, ale byłam raptem dwa razy (śmiech). Strasznie się wkręciłam, widząc, ile ceramika ma możliwości, tylko nie bardzo miałam pieniądze na zajęcia w takiej liczbie, jakiej bym chciała. Dlatego zaczęłam dużo o tym czytać i sama działać. Wyciągać wnioski i działać dalej (śmiech). Pracownię prowadzę razem z Krzyśkiem, moim mężem.

Jak dzielicie się pracą?

Krzysiek ma 59 lat, jesteśmy ze sobą od 15 lat, rok temu wzięliśmy ślub na Suwalszczyźnie. Generalnie to ja zajmuję się lepieniem, a obsługę klientów dzielimy na nas dwoje. Krzyś wszystko pakuje pancernie, żeby przetrwało podróż do innego miasta czy kraju, zajmuje się też papierami. Ceramiki nauczyłam się i wciąż uczę się sama, trwa to już 9 lat. Po trzech latach wydreptałam dotację i tak oto kupiłam piec.

Co cię inspiruje w pracy? Co każe ci lepić ten rozczulający zwierzyniec?

Kiedyś zrobiłam zwierzową miskę i była tak słodka, że pociągnęłam temat. Duża część moich prac ociera się o bajki. To mnie wzrusza i może to zabrzmi banalnie, ale dzięki bajkom mam poczucie powrotu do dzieciństwa. Mam też taki moduł wbudowany w głowie, który dobrze czyta aktualne trendy i pozwala mi tworzyć na jego podstawie wizję produktu spójną z moim gustem. Najbardziej lubię tworzyć nowe wzory.

Czym zajmowaliście się wcześniej, jeszcze przez Clay Opera?

Krzysiek pracował w serwisach z branży IT, ja w biurach nieruchomości. I pewnego pięknego dnia zgodnie doszliśmy do wniosku, że chyba strzelimy sobie w łeb, jeśli 80% życia będziemy spędzać w pracach, które nas guzik obchodzą. Po trzech latach wynajęliśmy lokal na Targowej w Warszawie i przez kolejne trzy prowadziliśmy tam zajęcia.

Brzmi jak spełnienie marzeń. Podobało ci się?

Było fajnie, ale to nie jest zajęcie dla introwertyków (śmiech). Zaszłam w ciążę, miałam wtedy dwie pracownie – w domu i na Pradze, i tę praską zamknęłam, bo wiedziałam, że nie dam rady pociągnąć obu tych miejsc, będąc mamą. W zasadzie to od dawna dążyliśmy do tego, by pracować w domu i być częściej z naszymi dziećmi. Jesteśmy nastawieni na edukację domową. W sumie jesteśmy takimi trochę modernistycznymi hipisami, którzy omijają system jak tylko mogą. Czujemy się szczęśliwi, bo nasze dzieci nie widują nas tylko rano i wieczorem, mamy czas na pracę nad relacją między nami i nimi.

 

Jak radzicie sobie z codzienną logistyką?

Mamy nianię do pomocy, która przychodzi do nas na 5 godzin dziennie, tyle nam absolutnie wystarcza. Chłopaki też pomagają: Jarema bardzo lubi lepić, a Lewko jeść glinę (śmiech).

Myślałaś o zorganizowaniu cyklicznych warsztatów dla dzieci?

Wpuszczanie dzieci do pracowni to średni pomysł – szkliwa zawierają metale ciężkie i dla stworków z rozwijającym się układem nerwowym to niezbyt zdrowa opcja. Ale czasem robimy coś razem. Kto wie, może kiedyś zrobimy warsztaty dla trochę starszych dzieci? Myślałam o takich w duchu porozumienia bez przemocy.

Opowiedz jeszcze o warsztacie. Jak znaleźliście tę piekną przestrzeń i jak wam służy?

Dostałam ten dom od babci Halinki – dawno, dawno temu.

Oho, znowu bajka.

Słuchaj dalej! Pracownia jest w domu, a cały remont polegał na malowaniu i montowaniu półek, co zajęło nam raptem 2 tygodnie.

Jakie macie dalsze plany?

Chcemy się wyprowadzić z Warszawy, kiedy urodzę trzecie dziecko. Nie bardzo lubię ten dom i duże miasto. Pewnie wyprowadzimy się do Białegostoku, tam też urodził się Krzyś. Co prawda kocham ceramikę, ale odkąd urodziłam Jaremę, wiem, że powinnam zostać położną. Mam w planach studia! Zajarałam się wtedy porodami domowymi i bardzo chciałam, żeby Lew przyszedł na świat właśnie w domu. Niestety w 41. tygodniu pojawiły się komplikacje i wylądowałam w szpitalu. Niemniej, chciałabym oddać kobietom to, co sama dostałam.

Trzymam za to kciuki i dziękuję za rozmowę.

*

Marta Turowska – rocznik 1984. Zajmuje się ceramiką od 9 lat. Mama 3,5-letniego Jaremy i 1,5-rocznego Lwa. Obecnie jest w trzecim miesiącu ciąży z Rutą albo Jerzym. Studiowała polonistykę i jak to sama określa, karierę zakończyła na egzaminie z łaciny. W planach ma studia medyczne i praktykę położniczą.

Facebook / Instagram / Etsy

*

Zdjęcia: Lidka Dzwolak
Tekst: Dominika Janik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.