Rozmowa, spotkanie, w świecie u

W świecie Mirelli von Chrupek

Zdejmijcie buty i kapelusze, zrzućcie płaszcze, zostawcie w przedpokoju powagę i poranne rozdrażnienie, i rozgośćcie się w niezwykłym świecie warszawskiej artystki, Mirelli von Chrupek.

Za oknami jej niewielkiego mieszkaniu w sercu Mokotowa mkną samochody i dudnią tramwaje, ale w środku panuje cisza i porządek. Tworzona latami kolekcja zabawek i rzadkich książek prezentuje się imponująco, ale bez niepotrzebnego dostojeństwa, jak to się często u kolekcjonerów zdarza. Zabawki poustawiane w wymyślonym przez Mirellę szyku zdają się tworzyć ferajnę zgranych zawadiaków, co to wiele osobno przeszli, a teraz wreszcie mogą powymieniać się wrażeniami.

Zafascynowana Warszawą zbieraczka map i nieaktualnych przewodników, profesjonalna fotografka z okiem do detali, bywalczyni targów staroci, wytrawna poszukiwaczka skarbów w sieci, właścicielka niemożliwych do zdobycia albumów – i to ciągle za mało, by przedstawić Mirellę jak należy. To dziewczyna wielu skrajności: marzycielka, ale mocno stąpająca po ziemi, zakorzeniona w przeszłości, ale też za pan brat z nowoczesnością. Wstaje wraz ze słońcem i całymi dniami bucha od niej radość i pogoda, czy słońce, czy deszcz. Wspaniała, prawda? Poznajcie się.

***

Jak długo buduje się tak imponującą kolekcję zabawek?

Przeważnie jest tak, że jak myślimy o kolekcjonowaniu, to od razu widzimy oczami wyobraźni niekończące się zbiory, półki zapełnione najróżniejszymi rzeczami. Bo jeśli coś zbieramy, to na pewno mamy tego bardzo dużo. A przecież wcale nie musi tak być.

Moja kolekcja wiszących kolczyków zawiera póki co dwie pary, ale już jestem z niej bardzo dumna. Ale twoje zbiory książek i zabawek to już znacznie większy kaliber.

Moja kolekcja nie jest aż tak imponująca. Znam osoby, które mają więcej przedmiotów niż ja. Moje kolekcjonowanie ograniczone jest przestrzenią. Wynajmując mieszkanie muszę liczyć się z tym, że pewnego dnia będę musiała spakować cały dobytek i przenieść go w inne miejsce. Nie zbieram już tak zachłannie, jak to robiłam kiedyś. Mam jednak naturę sroki i nie ma co z tym walczyć.

W głównej mierze to właśnie przedmiotami wyczarowuję świat wokół siebie, to one pomagają mi poczuć się dobrze, kiedy jest mi smutno. Nie jestem jednak więźniem rzeczy. Większość ludzi myśli, że mam oddzielny pokój wypełniony samymi lalkami w pudełkach, które nigdy nie były otwierane albo taki, w którym najróżniejsze zabawki tłoczą się zakurzone na półkach.

Te osoby bardzo się zdziwią.

Sama widzisz. Ratuje mnie to, że w moim spektrum zainteresowania są przeważnie małe rzeczy. Kolekcjonowanie domków dla lalek to, jak podejrzewam, pasja bardziej wymagająca na każdym poziomie.

This slideshow requires JavaScript.

Jak z tobą jest – czy kierujesz się sentymentalnymi pobudkami? A może potrafisz je okiełznać i kupujesz tylko to, co jest wartościowe albo naprawdę ci się podoba?

Z tym kolekcjonerstwem jest tak, że na początku kupujemy wszystko, co nam się podoba, a później nasze oko staje się bardziej selektywne w wyborach. Wtedy właśnie kupujemy tylko to, co nas konkretnie interesuje. Staram się, by sentyment nie był moim jedynym wykładnikiem, jeżeli chodzi o zbieranie przedmiotów. Nie jest już tak, że widząc jakiś przedmiot z mojego dzieciństwa, np. filiżankę od serwisu, w którym piłam herbatę jako dziecko, kupuję go właśnie z tego sentymentalnego powodu. Owszem, nie powiem, czasem mi się to zdarza, ale coraz rzadziej.

Jak zostać dojrzałą kolekcjonerką? Co trzeba sobie uświadomić?

Chodzi o to, by nie zbierać przedmiotów dla samego zbierania, bo są ładne i na pewno kiedyś się przydadzą. Musi mnie coś bardzo ująć za serce, żebym przygarnęła taką rzecz. Tak też się sprawa miała ostatnio z drewnianymi misiami. Kiedy tylko je zobaczyłam, wiedziałam, że wszystko albo nic. Muszą zamieszkać ze mną. Tak im dobrze z oczu patrzyło, że nie mogłam przejść obok nich obojętnie. Nie wiem czy kolekcjonowałabym wszystkie te przedmioty gdyby nie fotografia. To od niej się wszystko zaczęło i wokół niej się wszystko kręci.

Jak przygotowujesz się do zdjęć? Ciekawi mnie też, co decyduje o tym, że już wiesz na pewno, że to jest ta właściwa scenografia i kadr?

Przeważnie dużo wcześniej wiem, jak dany kadr ma wyglądać, co mam w swoim sekretnym magazynie i po prostu aranżuję odpowiednio przestrzeń. Może zabrzmi to mało profesjonalnie, ale nie buduję dniami i nocami pokoiku do jednego zdjęcia. Fotografie powstają w jeden dzień, w ciągu kilka godzin. Oczywiście czasem jest tak, że dorastam do danej sytuacji i aranżuję sobie w głowie różne historie, ale sam proces robienia zdjęć trwa krótko. Wyczarowuję mikroświaty doprawione szczyptą tajemnicy, w których życie toczy się tak jak u nas. Na swoich zdjęciach pragnę przedstawić miniaturowe krainy tak, by widz miał wrażenie, że znajduje się świecie podobnym do naszego. I tym się głównie kieruję.

Opowiedz o lalce swojego projektu, Bulince.  

Lubię, kiedy kolekcjonowanie rozwija nas na różnych poziomach, otwiera przed nami kolejne drzwi. Jednak pewnego dnia przychodzi ten dzień, kiedy pragniesz zrobić coś nowego, coś swojego od początku do końca. I z tej właśnie potrzeby powstała moja lalka. Lalki kolekcjonuję od 2005 roku i to im zawdzięczam swoją niekończącą się przygodę. Zafascynowały mnie swoją plastycznością i otworzyły drzwi do świata, w którym żyję do dziś. Bulinka to dziewczynka, która trzyma na rękach małego szczura, Sabinkę.

Skąd się wzięła w twojej głowie?

Przyśniła mi się. Obudziłam się i szybko naszkicowałam jej postać. Pierwszym krokiem było wykonanie modelu 3D i wydrukowanie go na drukarce 3D, następnie zrobienie formy i odlewów. Pamiętam moment, kiedy trzymałam w rękach moją 25-centymetrową lalkę figurkę i nie mogłam się doczekać kolejnego etapu, czyli malowania.

Ile czasu zajęło ci jej wykonanie?

Dłużej niż się spodziewałam. Każdy jej egzemplarz jest jedyny w swoim rodzaju. Bulinka powstała w kilku wersjach kolorystycznych. Etapy powstawania można prześledzić tu. Mimo że podczas tworzenia tej małej bohaterki były dni, kiedy miałam jej zupełnie dość, trud się opłacił. Jestem z niej bardzo zadowolona. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, mam już kolejnych minibohaterów, których chciałabym wziąć na tapetę.

Niedawno powołałam do życia jedną z moich ukochanych postaci, która mieszkała kiedyś w Gablotce, DinoBambino w wersji mini. Jest to urocza, różowa, 10-centymetrowa dinozaurka o zalotnym spojrzeniu. Właśnie szykuję jej całą wyprawkę, czyli kołderki, kocyki, peniuarki i różne inne akcesoria. Wkrótce cały taki zestaw będzie można kupić w moim sklepiku AmoMirella. Mam taki magiczny notes wypełniony szkicami i projektami najróżniejszych bohaterów. Nie mogę się doczekać, kiedy uda mi się ożywić kolejną postać.

Wspominałaś, że jako dziecko zaczytywałaś się „Emilem z Lönnebergii „Dziećmi z Bullerbyn”. Jakie jeszcze książki, filmy, ilustracje towarzyszyły ci w dzieciństwie?

Zdecydowanie na lidera wysuwa się tu postać psa, który zapragnął być człowiekiem, czyli Ferdynanda Wspaniałego. To mój ukochany bohater z dzieciństwa. Dostałam kiedyś w prezencie na urodziny czerwonego walkmana Sanyo, którego mam do dziś, a do kompletu dołączone były dwie kasety magnetofonowe z przygodami psa Ferdynanda. Pierwszą stronę kasety jestem w stanie odtworzyć z pamięci, nawet jeśli mnie ktoś obudzi w środku nocy. Tyle razy jej słuchałam, że wbiła mi się w pamięć na zawsze.

Kocham tam absolutnie wszystko, począwszy od bohaterów, jak Pan Radio wygłaszający znamienną kwestię: „Panie Ferdynandzie, według mnie człowiek bez notesu, to nie człowiek”, poprzez przygody w windzie, hotelu, u dentysty, a skończywszy na samym udźwiękowieniu. O matulu, jakież tam są dźwięki! Do dziś mam te dwie kasety. Leżą sobie schowane w specjalnym pudełeczku. A dla pewności – jakby mi się coś z nimi stało – kupiłam drugi zestaw na Olimpii. Tu akurat z czystego sentymentu.

A ukochane bajki na dobranoc?

Nagrane na kasecie wideo bajki „Ostatni jednorożec” i „Królewna Śnieżka” z dubbingiem z 1938 roku, który na nasze czasy wydaje się dość archaiczny. Plejada wspaniałych przedwojennych aktorów: Modzelewska jako Królewna Śnieżka, Żabczyński jako Królewicz czy Seweryna Broniszówna w roli Wiedźmy, której rola totalnie do mnie przemawiała. Teksty piosenek napisał Marian Hemar, mistrz słowa.

Bajkę znałam na pamięć i często odgrywałam przed telewizorem poszczególne role. Raz byłam Królową i owijałam się w zasłonę, by zaraz potem zamienić się w myśliwego wołającego: „Uciekaj Śnieeeżko! Ucieeekaj!”. Domowników doprowadzałam chyba tym do szewskiej pasji i kiedy moja ukochana kaseta jakimś dziwnym trafem nagle zaginęła, byłam święcie przekonana, że to wina rodziców, którzy mi ją najzwyczajniej schowali. Oni z kolei mówili, że to wujek wylał na nią sok i już była do niczego. Hmm, do dziś zastanawiam się, która wersja była prawdziwa.

W twoim nowym mieszkaniu jest mnóstwo kwiatów: doniczkowych – pomiędzy którymi spacerują dinozaury – papierowych i krepinowych kompozycji na ścianach, filiżanek i kubków z motywem, książek o kwiatach. Skąd taka obfitość?

Lubię kwiaty. Nie ma dla mnie czegoś takiego jak za dużo kwiatów. Ostatnio namiętnie zajmuję się robieniem ich z bibuły. Montuję je na ścianie, tworząc tętniące kolorami tęczy aranżacje. Jest to pewnego rodzaju forma relaksu. Lubię wynajdywać w albumach najróżniejsze gatunki i wyczarowywać je przy użyciu bibuły. Robię je w każdej wolnej chwili. Lubię czasem wiernie odwzorowywać naturę, a czasem po prostu puścić wodze wyobraźni i wyczarowywać coraz to dziwniejsze twory.

 

Gablotka to dla mnie kawałek twoje mądrej i pięknie skomplikowanej głowy, dostępny dla wszystkich i to w centrum Warszawy. Powiedz, ile pracy kosztuje cię przygotowanie takiej instalacji i co czujesz, kiedy przychodzisz po upływie tego czasu, przekręcasz kluczyk i zaczynasz działać od nowa?

Staram się, by przerwy między kolejnymi odsłonami w mojej małej galerii Gablotka nie były dłuższe niż 2 miesiące. Nie narzucam sobie sztywnych ram czasowych, ale nadchodzi taki moment, kiedy czuję w kościach, że już czas na zmianę. Wtedy zaczynam szukać inspiracji i miewam swoje tzw. olśnięcia. Bach! I już wiem, co mam zrobić. Kiedy Gablotka się pojawia, ludzie wysyłają mi swoje zdjęcia, cieszą się ze zmiany, a ja razem z nimi. To cudowne uczucie widzieć tyle roześmianych osób, odwiedzających kolejnych bohaterów Gablotki.

W drugim miesiącu odpoczywam i to jest czas na to moje olśnięcie. Bez niego ani rusz. Kiedy mnie nawiedzi, to z miejsca zabieram się do pracy. I tak w kółko (śmiech). Tworząc to miejsce chciałam, by był to taki zaczarowany zakątek z miniświatkami, coś niezobowiązującego, coś na kształt teatrzyku, akwarium pełnym sekretów. Wspólnym mianownikiem dla niemal każdej Gablotki jest jej bohater. Pragnęłam podarować ludziom odrobinę zachwytu, bez zbędnych pytań po co i dlaczego. Mam nadzieję, że mi się udało.

Pochodzisz z Łodzi, a od kilku lat mieszkasz w stolicy. Wiem, że lubisz tę piękną, zmęczoną Warszawę, choć nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Opowiedz, jak się z miastem zaprzyjaźniałaś i co cię w nim pociąga.


Jestem totalną fanką filmu „Lekarstwo na miłość”. Wszyscy, którzy mnie znają o tym wiedzą. Nieraz zdarza mi się iść ulicą i powiedzieć: „O! To tu Janka z Joanną kupowały warzywa”. „O! To tu Joanna łapała taksówkę. Tam była budka telefoniczna, a tu siedziba szajki!”. Jest to film, który zawsze poprawia mi humor. Lubię Warszawę ze starych filmów. Frajdę sprawia mi rozkminianie miejsc i tego, jak one teraz wyglądają.
„Nie miałem serca do Warszawy gdy opuszczałem miasto Łodź” – te słowa Tuwima mogłabym spokojnie napisać  ja. Nie przyjechałam do Warszawy, bo wydawała mi się jakaś szczególna, a dlatego, że mieszkało tu wielu moich przyjaciół i znajomych.

Jako że staram się nie narzekać, a raczej znajdować plusy danej sytuacji, szybko nauczyłam się lubić Warszawę na swój własny sposób. Zaczęłam ją doceniać chodząc śladami Skamandrytów, poznawać miasto przez pryzmat Warszawy lat 20-tych, 30-tych, teatrzyków rewiowych, zgłębiając jej architekturę. Mieszkam w Warszawie od 10 lat. Bardzo ją lubię na wielu poziomach, jest przecież moim domem. W ostatnich latach bardzo się zmieniła, ale to tę moją industrialną Łódź będę zawsze nosić gdzieś głęboko, głęboko w sercu.

Dzięki za rozmowę.

***

Rozmawiała: Dominika Janik

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Reklama