W ciąży

Rozmowa z Olgą Paszkowską

Ciąża to dziewięć miesięcy kumulacji wszystkiego. Dwa serca, ciało w ciele, tajfun emocji, hormonów, smaków, zapachów i cielesności. Nie do porównania z czymkolwiek innym. Chcemy wiedzieć, jak to przeżywacie.

Dużo mówimy o tym czasie, kiedy dziecko pojawia się na świecie, ale o tych wyjątkowych tygodniach, kiedy rozwija się w nas życie jakoś niewiele. To takie typowe dla matek, hierarchia ważności ustala się chyba automatycznie. No to odpalamy guzik z wielkim napisem CIĄŻA i szukamy waszych sposobów na ten czas. Interesuje nas, co robicie, jak o siebie dbacie, jak sobie dogadzacie, co was relaksuje, czy macie jakieś rytuały i co się zmieniło.

Pierwsze spotkanie już za nami. Olgę Paszkowską, mamę pięcioletniego Zacharego i kilkutygodniowej Józefiny, złapałyśmy, kiedy jeszcze była w ciąży. Przeczytajcie, jak sobie w niej radziła i ile dobrego dla siebie znalazła, mimo, iż musiała zmienić tempo życia. Dla aktorki i właścicielki prywatnych Żłobków Miś Joga, to zwolnienie obrotów wcale nie było proste, ale i z tego zrobiła użytek.

*

Jak czułaś się w ciąży?

Wszystko zaczęło się od dwóch kresek na teście ciążowym… Od tego momentu cały świat zaczął docierać do mnie dwa razy mocniej. Stałam się papierkiem lakmusowym, wulkanem wzruszeń i emocji, zmiennym, czułym, a nawet ocierającym się o erupcję (śmiech). Moje serce stało się, cytując Kasię Nosowską: „pojemne jak przedwojenna wanna”. Chciałam przytulić i zjednoczyć cały świat, załagodzić wszystkie konflikty zbrojne, aby było bezpiecznie. W głowie wiłam gniazdo na skalę globalną. Czułam się inaczej. Nic dziwnego, w końcu przez 9 miesięcy biły we mnie dwa serca. Sytuacja była wyjątkowa.

Czułaś różnicę między pierwszą a drugą ciążą?

Kiedy byłam w ciąży z Zacharym 5 lat temu, zanotowałam w kalendarzu przeczytane gdzieś zdanie: „Czasem płaczę krojąc marchewki, żeby cebule nie myślały, że są brzydkie czy coś”. Szczerze się roześmiałam, kiedy parę tygodni temu, będąc w ciąży z Józefiną, odnalazłam ten wpis. Zrozumiałam, że czuję się dokładnie tak samo! Choć Marcin Świetlicki w wierszu „Delikatnienie” pisał o kacu, do ciąży ten cytat też pasuje jak ulał „to taki stan, że byle reklama cię wzrusza do płaczu”. Tak, tkliwość stała się moim chlebem powszednim – zarówno w pierwszej, jak i drugiej ciąży. A co się zmieniło? Za pierwszym razem oczekiwanie na dziecko było jedynie abstrakcyjnym wyobrażeniem, czym jest macierzyństwo, ekscytującą niewiadomą. Drugą ciążę przeżyłam znacznie mocniej i głębiej – bardziej świadomie, wiedząc już, jak wielkim uczuciem obdarzę maleństwo. To był dla mnie piękny czas.

Co cię zaskoczyło? Czego się nie spodziewałaś i jak sobie z tym poradziłaś?

W pierwszej ciąży ćwiczyłam jogę właściwie do samego porodu, prowadziłam bardzo aktywny tryb życia, tuż przed rozwiązaniem kupowałam i remontowałam mieszkanie, w dzień porodu wybierałam podłogi i kompletowałam meble, dzień przed pójściem do szpitala wybrałam się na 7-godzinny spektakl Krystiana Lupy „Wymazywanie”. Czułam się świetnie! Byłam przekonana, że w drugiej ciąży będzie tak samo, że moje silne i zdrowe ciało nie zawiedzie. Tymczasem w drugim trymestrze, po rutynowym badaniu, mój ginekolog poinformował mnie, że mam leżeć, ile tylko się da. Lekcja pokory. Okazało się, że wcale się nie da! Że nie potrafię. A zmuszona do odpoczynku, po dwóch dniach leżenia, bez pracy i obowiązków, zaczęłam odczuwać silny niepokój. Zrozumiałam, że żyję w jakimś szalonym tempie, że nie jest mi łatwo się zatrzymać. Oddychać. Wierzę, że wszystkie trudne chwile przytrafiają nam się po to, żeby nas czegoś nauczyć. Dzięki tej lekcji wróciłam do medytacji mindfulness. Praktykuję do dziś i zamierzam dalej rozwijać swoją uważność.

Znalazłaś coś, co wypełniło ci czas? Coś, co cię relaksowało? 

Nauczyłam się robić na drutach, piec chleby, a przede wszystkim, spędziłam bardzo dużo czasu z rodziną i przyjaciółmi. Bezcennego czasu.

Nawyki z pierwszej ciąży, które stosowałaś w drugiej?

Starałam się wysypiać „na zapas”. Nie walczyłam z sennością, bez wyrzutów sumienia zasypiałam w kinie 20 minut po rozpoczęciu seansu. Oczywiście zaspokajałam swoje zachcianki kulinarne – w granicach rozsądku. Od 13 lat jestem na diecie wegetariańskiej, wbrew opinii niektórych lekarzy, nie wprowadziłam mięsa do diety na czas ciąży. Regularne badania krwi potwierdziły, że wszystko jest OK, nie musiałam nawet suplementować żelaza, moje dzieci urodziły się duże i zdrowe, a ja nie miałam anemii.

Coś wyjątkowo ci nie służyło?

Jak na złość, w drugiej ciąży miałam bardzo często ochotę na łakocie, niestety – gdy tylko zjadłam coś słodkiego, męczyło mnie pieczenie w klatce piersiowej. Na szczęście szklanka ciepłego mleka i migdały ratowały mnie z opresji.

Miałaś plan pielęgnacyjny skóry? 

Raz dziennie kremowałam brzuch i piersi kremem ujędrniającym. Teraz, w okresie karmienia piersią, dalej jej używam. Działa! Nie mam rozstępów! Długie kąpiele z olejkami zapachowymi pomagały mi się zrelaksować, odciążały kręgosłup, a moja córeczka najwidoczniej lubiła kołysanie i szum wody, zawsze się wtedy uspokajała, pewnie zasypiała. Zaczęłam używać pillingów do ciała. W ciąży byłam bardzo wrażliwa na zapachy, wszystkie ulubione perfumy przestały mi się podobać, za to przyjemnie koił zmysły zapach dzikiej róży, zielonej herbaty i ciężkich indyjskich kadzideł! Zapachowe zachcianki (śmiech).

A jedzeniowe zachcianki?

Smakiem mojej pierwszej ciąży były wypieki drożdżowe, dużo mleka i glutenu (śmiech). Zawsze w lodówce miałam świeże drożdże, a dzień rozpoczynałam od wyrabiania ciasta na racuchy, bułeczki drożdżowe z kostką gorzkiej czekolady w środku lub placka z rabarbarem. Z Józefiną wyostrzyły mi się smaki, zaczęłam mocniej doprawiać dania, więcej chilli, musiało być ostro i kwaśno, a jak deser, to naprawdę słodki. Królowała kuchnia azjatycka i hinduska.

Będąc w ciąży często słyszałam, że mój organizm sam podpowiada, co powinnam jeść i czego akurat potrzebuję. Otóż… nie sądzę. W pierwszym trymestrze, kiedy miałam ochotę na coś słodkiego.. nie myślałam o łyżeczce miodu czy daktylach, ja rozpaczliwie śniłam o trzech ciężarówkach snikersów wjeżdżających na moje podwórko! Raz w środku nocy obudziłam się i przypomniałam sobie, że gdzieś w spiżarni jest zupka chińska, której nie zjedliśmy gdzieś kiedyś w podróży. W półśnie zalałam wrzątkiem i zjadłam niczym najbardziej wykwintną i wyszukaną potrawę. Za trzecim razem, podczas obiadu u mamy, zaskoczyłam całą rodzinę, prosząc o rosołek domowej roboty, co jest mi do dziś, jako zdeklarowanej wegetariance, wypominane (śmiech).

Jakie rzeczy były twoim absolutnym ciążowym must-have? 

Kosmetyki naturalne! Zaczęłam się nimi interesować, chodzić na targi, czytać blogi. Na stałe zagościły w moim domu: olejki z aronii, mydło oliwkowe czy pilling różany. Kolejnym must-have były sukienki od  Risk made in Warsaw, tak zgrabnie skrojone, że rosły razem z moim brzuszkiem, nosiłam je do samego porodu, dziś też są w sam raz! Czułam się w nich zawsze bardzo kobieco i atrakcyjnie. I kilka książek: „Uważność i spokój żabki„, „Praktyka uwżności” – pozycje o medytacji dla dzieci i dorosłych, wszystkie kucharskie Marty Dymek – przyjemna lektura uwieńczona gotowaniem, reportaże podróżnicze (by snuć piękne plany na przyszłość) i sterta sztuk teatralnych, sama nie wiem, po co (śmiech)… a na koniec potrafiłam wsiąknąć na wiele godzin tworząc foto książki z naszych wypraw i ważniejszych wydarzeń rodzinnych.

Co było twoim ciążowym sprzymierzeńcem?

Głęboki, spokojny oddech. Pomocny jak najlepszy przyjaciel. I mądry, kochający mężczyzna przy boku. Myślę, że każda kobieta spodziewająca się dziecka zmaga się z ambiwalentnymi odczuciami. Pojawienie się pierwszego lub kolejnego maleństwa zmienia nasze życie nieodwracalnie. Nie jest tylko pięknie i kolorowo. Zawieszamy nasze plany, kariery, czasem tyjemy, hormony robią z nami co im się żywnie podoba, przestajemy podróżować lub siłą rzeczy zmieniamy swoje destynacje. Teraz, aby realizować się i spełniać na innych polach, musimy wykazać się cierpliwością i kreatywnością, a i to bez pomocy najbliższych nie jest łatwe.

Akceptacja takiego stanu rzeczy jest punktem wyjścia do wszystkiego. Zauważyłam, że jak tylko pozwalam sobie na słabość, frustracje, dużo łatwiej i szybciej przychodzi po niej zadowolenie i spełnienie. Co za tym idzie, głowa pełna pomysłów! To w ciąży zaczęłam więcej pracować jako lektorka, reżyserować castingi dla aktorów, a w moich żłobkach organizować warsztaty pschologiczno-edukacyjne dla rodziców. A dni spędzone w łóżku zaowocowały przeczytaniem kilku inspirujących książek i napisaniem dwóch ciekawych projektów, realizacji których podejmę się, jak Józia trochę podrośnie. Także głowa do góry!

Co Ci się sprawdza po porodzie? 

Niezmiennie piję herbatki ziołowe „Karmienie piersią”  i „Spokojny brzuszek” – są w 100% naturalne, bez konserwantów, świetnie smakują, dobrze działają na układ pokarmowy, rozluźniają, pomagają mi szybciej zregenerować się po porodzie. Nie wyobrażam sobie też wieczornej toalety bez ujędrniającego serum czy 100% kolagenu przeciw powstawaniu i na rozstępy. Rozsmakowałam się w kosmetykach naturalnych przez ostatnie miesiące i już nie wyobrażam sobie powrotu tych „sklepowych” z marketów czy nawet z lepszych sieciówek drogeryjnych. I moim największym odkryciem jest bawełna organiczna! Począwszy od rogala do karmienia, przez otulacze, po odzież dla mnie i córeczki – sukcesywnie staram się wymieniać ubrania, zwłaszcza bieliznę, T-shirty również synkowi i mężowi, niech ich skóra też głęboko oddycha!

Dziękuję za rozmowę. Życzę wam dużo dobrego czasu razem!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Zdjęcia: Martyna Galla

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

*

Olga Paszkowska, mama Zacharego i Józefiny, aktorka, właścicielka prywatnych Żłobków Miś Joga, studentka psychologii rozwoju na SWPS, w wolnych chwilach praktykuje jogę i mindfulness, podróżuje i gotuje.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.