Marta w ciąży

Rozmowa z Martą Śliwicką

Marta termin porodu wyznaczony ma na czerwiec. To dobry miesiąc, by powitać na świecie nowego członka rodziny. Ale najpierw trzeba przejść przez te dziewięć wyjątkowych miesięcy.

Naszą kolejną bohaterkę cyklu #ciąża znacie z bloga Burczy mi w brzuchu. Marta mieszka w Sopocie, gdzie udałyśmy się, żeby poznać ją lepiej. Z rozczulającą szczerością opowiedziała nam o swoim ciążowym obliczu, które mocno odbiega od jej codziennego. Cóż, każda z nas występuje w różnych wersjach. Marta dwa i pół roku temu urodziła syna Juliana, teraz czeka na córkę, obserwując w sobie kumulację kobiecej energii.

*

Co poczułaś, kiedy dowiedziałaś się o ciąży?

Pierwszy etap to na pewno euforia. W końcu właśnie stworzyliśmy człowieka, czy jest coś bardziej ekscytującego? Walczyły we mnie dwie siły: jedna chciała wykrzyczeć całemu światu, że będziemy mieć dziecko, druga jednak wolała ten fakt przez dłuższą chwilę zostawić dla siebie. Za pierwszym razem udało się utrzymać tajemnicę przed najbliższymi do trzeciego miesiąca, tym razem po kilku dniach stwierdziliśmy, że nie mamy siły ani ochoty na zabawę w „Marta nie pije wina, bo jest na diecie”, bo nikt i tak by w to nie uwierzył (śmiech).

Co było po euforii? 

Naturalnie pojawił się strach. Czy aby na pewno był to dobry pomysł? Czy damy sobie radę z dwójką? Jak zareaguje na to Julek? Co my sobie myśleliśmy, wywracając nasze idealne życie do góry nogami? Z czasem nie jest lepiej. Mam wrażenie, że im bliżej rozwiązania, tym bardziej się boję, chyba nawet mocniej niż przed pierwszym dzieckiem. Zawsze chcieliśmy mieć więcej fikających po mieszkaniu tygrysów, ale nasz syn był od początku tak bezproblemowy, że pokusa zostawienia życia takiego, jakim jest, była naprawdę silna.

Czegoś ci teraz bardziej potrzeba niż zwykle?

Wyrozumiałości, wyrozumiałości i jeszcze raz wyrozumiałości. Nie jestem sobą i czuję się, jakby nie tylko ktoś nowy mieszkał w moim brzuchu, ale też w mojej głowie. I choć staram się nad tym panować, to czasami mnie to przerasta. Potrzeba mi też odpoczynku. Duuuuużo odpoczynku. I znowu, wyrozumiałości dla mojej potrzeby odpoczynku. Ciąża ostatnio naprawdę daje mi w kość i oczywiście, jak na złość, w momencie, kiedy muszę intensywnie pracować.

Jakie są różnice między Martą w ciąży, a Martą nie w ciąży?

Marta nie w ciąży na pewno nie polubiłaby tej w ciąży. Na szczęście nigdy nie będzie im dane się spotkać (śmiech). Marta w ciąży albo inaczej – Marta w tej konkretnej ciąży, jest diabłem wcielonym, wiecznie poirytowaną zołzą, typiarką, z którą wytrzymać mogą tylko najtwardsi gracze. Mam wielkie szczęście, że właśnie na takiego trafiłam, bo w przeciwnym razie dostałabym papiery rozwodowe jeszcze przed rozwiązaniem i nawet nie miałabym o to pretensji.

Jest aż tak źle? 

Pamiętasz ten odcinek „Przyjaciół”, w którym Ross mówi do ciężarnej Rachel, że chciałby być konikiem morskim, bo nie dość, że tam męski osobnik nosi dziecko, to jeszcze byłby teraz bardzo, bardzo daleko w morzu? Nasz przypadek. Raz zrobiłam aferę, że mój mąż za głośno połyka ślinę, kilka razy zdarzyło się też, że śmiertelnie obraziłam się, bo zasnął, usypiając naszego syna – bo przecież mieliśmy spędzić miło wieczór, na czym mu najwyraźniej nie zależało, skoro pozwolił sobie na drzemkę… Nie poznaję siebie. Normalnie jestem zupełnie bezkonfliktową osobą, prawdę mówiąc naprawdę rzadko zdarza nam się nawet o coś spierać. Na szczęście wewnętrzna zołza czasem mnie opuszcza i wraca stara dobra Marta sprzed ciąży. Odliczamy wtedy wspólnie dni do jej nieuchronnego powrotu. Na porządku dziennym są teksty w stylu: Zauważyłeś, że nie było jej już 8 dni? To całkiem dobry wynik od ostatniego razu. A gdy się znowu pojawia, mój mąż krzyczy do mnie, że mogę już skończyć odliczanie.

Moje ciąże, pierwsza z chłopcem, druga z dziewczynką, łączyły tylko dwie rzeczy: ciągle chciało mi się spać i odrzucało mnie od dyni. Jak to jest u ciebie, tę drugą przechodzisz podobnie czy to zupełnie inna historia?

Właśnie strasznie zdziwiło mnie, że tak wiele je łączy. Jest oczywiście kilka znaczących różnic, na przykład wspomniane przed chwilą poirytowanie. W ciąży z Julem byłam ostoją spokoju, dosłownie lewitowałam. Nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Byłam jednak bardziej senna, miałam miesiące, gdzie kładłam się na sofie na spotkaniach towarzyskich, budziłam się na sekundę, żeby wtrącić się do dyskusji i zasypiałam z powrotem. Z moim chłopakiem dopadło mnie też boleśnie zjawisko tak zwanego pregnancy brain, totalnego rozkojarzenia i nie bójmy się tego słowa, tępoty. Pracowałam wtedy jako prawnik w kancelarii i w pewnym momencie musiałam prosić współpracowników, żeby sprawdzali moje umowy zanim je wypuszczę, bo zdarzało mi się napisać tam takie głupoty, że generowałam dość spore ryzyko dla firmy. Rozkojarzenie sprowadzało na mnie niebezpieczeństwa nawet we własnym domu. Raz zostawiłam w zlewie sporą miskę przechyloną na bok, puściłam wodę i poszłam sobie do innego pokoju tańczyć ze słuchawkami na uszach. Na szczęście po 10 minutach dopadła mnie inna ciążowa dolegliwość i musiałam zawrócić do toalety. Okazało się, że w tym krótkim czasie zdążyłam zalać wodą całą kuchnię, a woda wylewała się z szuflad przez kolejne pół godziny. W tej ciąży nie mam takich akcji na koncie, a mój mózg działa zadziwiająco sprawnie. Chociaż może nie powinnam mówić o tym głośno, bo jeszcze przez chwilę mogę zrzucić na niego winę za wszystkie moje niepowodzenia.

A gdybyś miała wskazać największą różnicę?

Jest taka, z którą trochę ciężko mi się pogodzić – organizm tym razem daje mi ostre sygnały, że mam przystopować. I byłoby to dla mnie naturalne, gdybym biegała maratony i prowadziła niesamowicie aktywne życie, niestety nawet stopniowe zwiększenie aktywności, jakiś cięższy dzień, dają mi ostro popalić w kręgosłup i od razu objawiają się bolesnymi skurczami brzucha. Marzyły mi się ostatnie wakacje w trójkę, lecz z obawy, że mogą wystąpić jakieś komplikacje, nie chcę wypuszczać się z bazy zbyt daleko. Czuję się trochę, jakbym miała w sobie tykającą bombę.

A co te dwie ciąże łączy?

Prawie takie same ciążowe zachcianki i niepożądane zapachy. Co bardzo mnie zdziwiło, bo myślałam, że to zupełnie losowa sprawa w przypadku każdej następnej ciąży. Łączy też to, że bardziej schudłam niż przytyłam, z racji początkowego odrzucenia od jedzenia i niepopijania wina wieczorami. Dopiero teraz, w 7. miesiącu, zanotowałam pierwszy kilogram ponadprogramowej wagi w stosunku do wagi sprzed ciąży. No i przede wszystkim, syndrom wicia gniazda. Zaatakował mnie konkretnie, wydaje mnóstwo pieniędzy na jakieś dodatki do domu, których wcale nie potrzebujemy, ciągle chcę przeorganizować przestrzeń wokół siebie, kolekcjonuję przedmioty wyprawkowe. Są takie dni, kiedy łapie się, że nie mam siły już myśleć, co jeszcze muszę kupić.

Będąc w ciąży wprowadziłaś jakieś zmiany w swojej diecie?

Niespecjalnie. Oczywiście z mojego życia zniknęło wino, ale do innych zakazów narzucanych kobietom w ciąży podchodzę bardzo na luzie. Jesteśmy bombardowane coraz to nowymi, histerycznymi doniesieniami, czego w żadnym wypadku nie wolno jeść ani pić, a ja zdecydowanie wolę myśleć, że ciąża to nie choroba. Do pewnych rzeczy należy podejść nieco bardziej racjonalnie, przede wszystkim jeść jedzenie ze sprawdzonych źródeł, pilnować świeżości, itd.

Staram się zdrowo odżywiać, w takim samym stopniu, jak starałam się przed ciążą. Znalazłam też sobie dobre cardio, chodzenie pod górkę po bieżni – serce bije szybciej, a ja nie boję się o skaczący brzuch, tak jak przy joggingu. Nie wychodzę z założenia, że ciąża to czas, w którym można jeść za dwóch, uważam, że to właśnie może być dobry pretekst do pozbycia się nagromadzonej przed ciążą, nadprogramowej tkanki tłuszczowej. Dla siebie i dla dobra ciąży.

Coś nadal dręczy cię w kuchni? Nie możesz znieść zapachu albo smaku?

Moje odrzucenie od jedzenia skumulowało się w pierwszych dwóch miesiącach ciąży i szybko mnie opuściło. Zaczęło się od zapachu pieprzu. Nie mogłam znieść go w daniach, szczególnie gdy miałam coś nim przyprawić na gorącej patelni, bo zapach od razu uderzał mnie w nos. Pojawiło się też coś dziwnego, co przydarzyło mi się także, kiedy byłam w ciąży z Julem – zapach alkoholu zmienił się w moim nosie w zapach cebuli. Mój mąż nie mógł wypić nawet cydru, bo od razu krzyczałam, że wszędzie śmierdzi cebulą. Nie mogłam użyć też płynu do spryskiwaczy, bo nawiedzał mnie ten okropny zapach. Na szczęście tym razem skończyło się po dwóch miesiącach, w poprzedniej ciąży miałam tak bite 9 miesięcy.

Są też pozytywni bohaterowie tej historii. Domestos. Uwielbiam teraz jego zapach, więc mam najczystszą łazienkę na świecie (śmiech).

Jakieś wyjątkowe smakowe zachcianki?

PO-MI-DO-RY. Posolone plastry pomidora na kromce chleba to mój absolutny must have. Aż się boję pomyśleć, co by było, gdyby kiedyś zabrakło ich w domu: kupujemy kilogramami, na wszelki wypadek. Jestem niepocieszona, że moja pomidorowa chcica wypada akurat w anty-cyklu przyrody. Ponadto, wróciły zachcianki, które miałam ostatnim razem, kiwi i cytrusy. Ostatnio, gdy przyjechał do nas cały, 12-kilogramowy karton czerwonych pomarańczy z Sycylii, mój mąż pozwolił sobie na komentarz: kto to wszystko zje? Jak to kto?! Zniknęły w tydzień.

No i jest jeszcze kilka żenujących smaczków, których powinnam się raczej wstydzić. Po pierwsze salami. Ale nie jakieś włoskie, najlepszej jakości, „ą ę”. Takie złe, pakowane salami z pomidorową obwódką. No i fit płatki, które mają tyle samo wspólnego z byciem fit, co ja z crossfitem. Podpowiem: NIC!

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Odkryłaś teraz coś, co pojawiło się właśnie w ciąży?

Śmieszne, bo zanim w ogóle pojawiła się możliwość sprawdzenia płci, moja mama klaskała z radości, że tym razem będzie dziewczynka. Zupełnie niekontrolowanie zaczęłam interesować się „dziewczyńskimi” sprawami, które nie spędzały mi snu z powiek kiedykolwiek wcześniej. Pilnowałam bardziej tego, co na siebie wkładam, wróciłam do kolczyków, eksperymentowałam z fryzurami i… make-upem, którego nigdy wcześniej nie nakładałam. Nagle zaczęło mnie interesować, czy w hotelu będzie żelazko, żebym mogła przeprasować koszulę i czyścik do butów – tak, wiem, trochę wstyd, że nie było to dla mnie ważne wcześniej. Raz prawie doprowadziłam moją mamę do zawału serca, gdy spytałam czy ma temperówkę do kredek kosmetycznych. Spojrzała na mnie przerażona

Faktycznie będzie córka. 

Tak, będziemy mieć dziewczynkę, co nas kompletnie zszokowało. Byłam pewna, że los wie, co robi i będzie mi dane wychować samych chłopaków (śmiech). Co najgorsze, byliśmy tego tak pewni, że postanowiliśmy powiedzieć naszemu synowi, że będzie miał brata Konstantego, którego zaczął pieszczotliwie nazywać Kociem. Wyprowadzanie go z błędu trwało miesiącami, do dzisiaj zdarza mu się zapytać, gdzie się podział Kocio i czy jest w szpitalu…

Jak dbasz teraz o ciało?

Oczywiście poświęcam dodatkową ilość czasu na pielęgnację skóry na brzuchu, jak chyba każda ciężarna. Jednak mam za sobą w tym zakresie dość traumatyczne doświadczenia z poprzedniej ciąży. Za bardzo odpuściłam temat, będąc pewna, że już nic się nie wydarzy i moja skóra przegrała walkę. Tym razem obiecałam sobie, że do tego nie dopuszczę, choć być może, jak mówią badania, które na ten temat czytałam, mogę nie mieć na to wpływu.

Od kilku miesięcy jesteśmy całą rodziną zakochani w produktach Lush Cosmetics. Najbardziej chyba w bombach do kąpieli, które sprawiają, że woda w wannie nabiera kolorów tęczy, mają cudowny zapach i naturalne olejki. Ja do ciała używam także Scrubee, peeling i nawilżacz w małym mydle w kształcie pszczoły z masłem kakaowym. Stosuję go regularnie do skóry na brzuchu, co złuszcza i niesamowicie ją natłuszcza, a mój syn do ramion, na swoje problemy skórne. Oczywiście mam też klasyczny balsam dla ciężarnych, używam Palmer’s, który zachwalają moje koleżanki, i od czasu do czasu robię maskę z błota z Morza Martwego – trudno mi ocenić efekty, bo używam jej od niedawna. Oby ten zmasowany atak na brzuch przyniósł odpowiednie rezultaty.

Opowiedz mi proszę o twoim ciążowym niezbędniku.

Przede wszystkim wszelkie kosmetyki do kąpieli: bomby, olejki, sole, płyny. Uwielbiam w ciąży siedzieć w wannie, to mnie relaksuje i uwalnia od bólu. Dbam o to, aby moja kąpiel przyniosła najwięcej korzyści dla mojego ciała, i żebym czuła się maksymalnie zrelaksowana.

Książki. Ostatnio czytam „Szczygła” Donny Tartt. Staram się nawet w intensywnym czasie wygospodarować chwilę na spokojne czytanie, bo praca w social mediach ma to do siebie, że czasem nie odróżniam, co jest moim czasem wolnym, a co pracą.

Fotel. Ulubiony model z Ikea, który od kilku miesięcy jest moją bazą, z której wydaje rozkazy. Pamiętam, że sprawdził się też idealnie, gdy karmiłam Jula.

Kiwi. Obrane ze skórki i pokrojone w plastry. Dwa, trzy, czasem pięć.

Rośliny domowe. Zasypuję nimi cały dom. Dbanie o kilkanaście okazów traktuję jak trening do powtórnego macierzyństwa.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Czego uczy cię ta ciąża?

Że nie zawsze będzie tak, jak to sobie zaplanowałam i wyobrażałam. W pierwszej ciąży otworzyłam nową działalność, przebranżowiłam się, w piątek skończyłam biznesowe spotkania, a w niedzielę urodziłam. Byłam z siebie dumna, że nic mnie nie powstrzyma, że jestem prawdziwym kozakiem i byłam pewna, że tak też będzie to wyglądać za drugim razem. Niestety, choć zajęło mi to trochę czasu, zdążyłam już poukładać sobie w głowie, że w tym stanie akurat często niewiele zależy ode mnie i jeśli organizm daje znać, żeby zwolnić, to trzeba się po prostu temu podporządkować. Teraz ktoś inny przejął kontrolę, inna silna babka, która nie znosi kompromisów.

Dobrze, że ciąża trwa 9 miesięcy?

Natura chyba dobrze to wymyśliła. Z jednej strony można porządnie się przygotować na to, co nadchodzi, a z drugiej strony to na tyle krótko, żeby nie dać się zwariować. Chociaż nawet, gdyby trwała 2 lata, to na wszystkie scenariusze się przygotować nie da. Podejrzewam, że na początku ogarnie nas takie samo przerażenie jak za pierwszym razem.

Dziękuję za rozmowę. Wszystkiego dobrego!

*

Marta Śliwicka, współautorka bloga burczymiwbrzuchu.pl i książki kucharskiej „Burczy mi w brzuchu. Śniadania”. Z zawodu radca prawny, na co dzień prowadzi własną agencję social mediową Brandy i łączy to z wychowaniem 2,5-letniego Juliana, a wkrótce małej K. Jest dumną mieszkanką Sopotu, którego nie zamieniłaby na żadne inne miejsce na ziemi.

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Kasia Rękawek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.