W ciąży #2

Joanna Marcysiak

Ciąża – wyjątkowy czas w życiu kobiety. Niektóre z nas od pierwszych chwil wszystko jej podporządkowują, inne działają jak zwykle. U Joanny jest trochę tak i tak.

W drugim odcinku naszego cyklu #ciąża o swoich 9 miesiącach opowiada nam Joanna Marcysiak, kobieta energia, siła, chodzący uśmiech i uważna mama ośmioletniej Heleny. Na chwilę przed porodem Zosi pilnuje ekipy remontowej, gotowa wprowadzić się do nowego mieszkania nawet pięć minut przed wyjazdem na porodówkę. Trudno jej się oprzeć, ja polubiłam ją natychmiast.

Edit: Trzy dni po naszym spotkaniu, na świat przyszła Zosia, czule zwana kiciusią. Dziewczyny mają się dobrze. 

*

Ten moment, w którym dowiedziałaś się, że po ośmiu latach znowu jesteś w ciąży…

Od początku nie było jak na filmach. Nie planowaliśmy tej ciąży, to było totalne zaskoczenie dla mnie i mojego partnera. Mam 8-letnią córkę Helenę, ułożone i wygodne w miarę życie, i mimo iż zawsze marzyłam o drugim dziecku, nie sądziłam, że wydarzy się to teraz. Szczególnie, że o ciąży dowiedzieliśmy się na 2 tygodnie przed planowanym wyjazdem mojego partnera, na pół roku za granicę, i z rozgrzebanym remontem naszego nowego mieszkania. Nie tak wyobrażałam sobie ten moment (śmiech). Pierwsze dwa dni to był jakiś totalny stres i milion pytań, jak damy radę, jak przetrwam te pół roku sama i jeszcze ten remont… A później powiedzieliśmy sobie: jakoś to będzie, będzie dobrze i pojechaliśmy na weekend nad morze.

Jak znosisz ją tym razem?

Pierwszy trymestr to był jakiś hardkor. Miałam zagrożoną ciążę, więc gdy w końcu psychicznie ułożyliśmy się z tym stanem, pojawiły się problemy i strach. Dodatkowo czułam się strasznie, nie wstawałam praktycznie z łóżka, ciągłe mdłości, no i stres. Na szczęście w trzecim miesiącu poczułam się znacznie lepiej. Spędziłyśmy z córką i ze znajomymi wspaniały miesiąc na Helu – od tego czasu jestem w ciągłym ruchu i czuję się rewelacyjnie. Oczywiście pojawiają się momenty zmęczenia, powoli też odczuwam ciężar i zmieniający się środek ciężkości, ale nie przeszkadza mi to w codziennych obowiązkach, których jest całkiem sporo. Szczególnie tych związanych z wykończeniem naszego nowego, ukochanego mieszkania. Myślę, że ciało świetnie współgra z umysłem i moje chyba wie, że nie może pozwolić sobie na chwile słabości (śmiech).

Czyli ostatnie tygodnie na budowie? 

Codziennie od rana jestem na nogach, zawożę córkę do szkoły, potem chwila relaksu przy kawie w moim ukochanym Relaksie lub, od teraz z racji zmiany dzielnicy – w Kawiarni Fabryczna na Powiślu, i chwilę później jestem gotowa do działania. Wybieranie glazury, negocjowanie z ekipami, walka z gazownią, itd. Później lunch, najchętniej w The Cool Cat też na naszym już Powiślu – tam zawsze zadbają o zdrowy i pyszny posiłek dla mnie i brzuszka. I lecimy dalej z tematem: wpaść na budowę, odebrać Helę ze szkoły i do wieczora już jestem tylko dla niej. Jak widzisz, ten stan odbiega od wyobrażenia o cudownych 9 miesiącach spędzonych na gładzeniu brzuszka i rozmyślaniach o wyprawce (śmiech).

Czy widzisz jakieś różnice między tą a pierwszą ciążą?

Zdecydowanie. Przede wszystkim w strefie psychicznej. Mimo totalnego bałaganu związanego z remontem, życia na kartonach i ciągłej bieganiny, jestem o wiele bardziej spokojna w swojej głowie. Mój superpartner z pewnością miał duży wpływ na ten chill, ponieważ od początku – mimo 4000 km., które nas dzieliły – sprawiał, że czułam się bezpiecznie i wiedziałam, że wszystko się ułoży. Wciąż zresztą w to wierzę, mimo że za 3 tygodnie mam termin porodu, a mieszkanie wciąż rozgrzebane (śmiech). Ten spokój również widać w przygotowaniach do porodu i pojawieniu się Zosi w naszym życiu. W ciąży z Heleną chyba od początku miałam wszystko kupione, uprane, pachnące i ułożone na półkach w pięknym pokoiku. Wcześniej wydawało mi się, że bez wyparzacza do butelek nie da się żyć. Teraz wiem, że ten mały człowiek, prócz nas i naszej miłości, bardzo niewiele potrzebuje. To samo z podróżowaniem – w ciąży z Helą praktycznie zrezygnowałam z podróży, niewiele się ruszałam i bałam się, że najmniejsza rzecz zaszkodzi dziecku. W tej ciąży biegam, załatwiam, spotykam się z przyjaciółmi, poleciałam do Jordanii, żeby przespać się na pustyni Wadi Rum, 2 tygodnie temu jeszcze wjeżdżałam na Skrzyczne w Szczyrku i szłam na parokilometrową wycieczkę w śniegu.

Zdarzają ci się ciążowe zachcianki?

Praktycznie nie. Jem zdecydowanie więcej, ale nie mam specjalnych zachcianek takich jak czekolada czy ogórki kiszone (śmiech). Mój ciążowy i nie-ciążowy must have to kawa. Codziennie muszę wpaść na pół godziny na moje flat white w ulubionej kawiarni.

Masz jakiś specjalny program pielęgnacji? 

Mój specjalny program wcale nie jest specjalny. W sumie niewiele się różni od programu bez ciąży – jestem minimalistką, jeśli chodzi o kosmetyki i pielęgnację. Natomiast manicure zawsze musi być idealny i o to dba wspaniała Lena z „Pazy na boku”. Zrezygnowałam tymczasowo z profesjonalnych zabiegów kosmetycznych. Natomiast raz w tygodniu stosuję maseczkę z węgla aktywnego, codziennie – serum z witaminą C na twarz, a do tego dbam o prawidłowe nawilżenie skóry, najlepiej masłem do ciała Mokosh. Przed rozstępami chronię się kosmetykami Rosilimed.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

Co w ciągu tych ostatnich miesięcy wyjątkowo ci służy? 

Hmm, chyba nie znalazłam jeszcze chwili na taki totalny relaks. Służy mi ruch.

Twoje ciążowe must-have…

Kawa na wynos, krem Mokosh, który absolutnie kocham i mój Kindle, a na nim parę rozpoczętych książek.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

O czym myślisz na chwilę przed porodem? 

Wciąż biegam i działam, i chyba do końca jeszcze nie przyzwyczaiłam się do myśli, że to już za chwilę. Myślę, że jestem w mocnym niedoczasie (śmiech). Remont wciąż trwa, jeszcze nie wybrałam szpitala i dopiero powoli zaczynam przygotowywać wyprawkę. Ale Zosia chyba o tym wie – grzecznie siedzi i czeka w brzuchu, aż wszystko będzie gotowe. Przede wszystkim chcę się przeprowadzić przed porodem, zostały nam 2 tygodnie remontu i 3 tygodnie do terminu – zobaczymy, czy się uda.

Spakowałaś torbę do szpitala?  

Nie mam spakowanej torby, nie mamy jeszcze wózka, ani gotowej wyprawki, i nie byłam w szkole rodzenia. Gotowa jestem jedynie w głowie. Wiem, że na pewno będzie dobrze. Najpewniej poród złapie mnie w połowie przeprowadzki, przy niezatankowanym aucie i zagubionej karcie ciąży. Ale nic nie szkodzi. Jestem spokojna, że damy radę, bez względu na wszystko, ale i podekscytowana zbliżającym się porodem, i bardzo chciałabym już poznać naszą małą Zosię.

Dziękuję za rozmowę. Wszystkiego dobrego dla was.  

*

Joanna Marcysiak – konsultant muzyczny, historyk sztuki, mama ośmioletniej Heleny i Zosi, która urodziła się 3 dni po naszym spotkaniu. 

*

Rozmawiała: Paulina Filipowicz

Zdjęcia: Monika Kraińska

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.